Polski gen sukcesiku

Polski gen sukcesiku

Polacy boją się walczyć o najwyższe trofea - także w piłce nożnej
Pewnie przegramy z Niemcami. Pewnie nie pokonamy też Chorwatów. Pewnie nie wyjdziemy z grupy. I pewnie będzie ogólnonarodowa trauma. To było widać już od początku 2008 r. Marna gra naszych piłkarzy w zagranicznych klubach, marna gra reprezentacji w meczach towarzyskich, senność i apatia na zgrupowaniach. Coś się skończyło po ubiegłorocznej euforii. Wiara, że Leo Beenhakker wszystko załatwi za naszych piłkarzy, już nie wystarcza. Czegoś nam jeszcze brakuje, nie tylko w sporcie. Czego? Genu wytrwałego zwycięzcy. I kilku innych genów. Zadowalamy się drobnostkami, sukcesikami, erzacami. Mimo morderczej walki padamy tuż przed metą albo kapitulujemy, albo się nudzimy, albo brak nam woli, sił i odwagi.
Sport zawładnie naszymi duszami i naszym czasem przez cały czerwiec (Euro), a następnie sierpień (olimpiada). Dlaczego wielu z nas nie obiecuje sobie po startach Polaków zbyt wiele? Odpowiedź jest jedna. Mamy rozum. I mamy pamięć. I nie potrafimy na stałe uaktywnić drzemiącego w nas genu zwycięzcy. I kilku innych genów. Cierpimy na coś, co psychologowie nazywają syndromem pierwszego piętra. Nie chce się nam chcieć zdobywać pięter najwyższych. Cierpimy na coś, co ponad sto lat temu Stanisław Brzozowski nazywał brakiem instynktu drapieżnika.

Gen uśpiony
?Niemcy nie mają genu zwycięzcy!" ? obwieścił w niemieckiej gazecie Leo Beenhakker, czym wprawił w osłupienie nie tyle Niemców (bo ci wiedzą dobrze, że Holendrzy z narodu rolników stali się krainą dziwaków), ile Polaków. Kto jak kto, ale my właśnie zdajemy sobie sprawę, kto ów tajemniczy gen ma, a kto nie albo ma go tylko w postaci uśpionej. On w Polakach czasami się budzi, ale tylko czasami. Serce nam mówi, że obudzi się właśnie na austriackich boiskach. Rozum ? że nie. Odczuwamy tę naszą swoistą niższość genową szczególnie teraz, tuż przed meczem z Niemcami
w Euro 2008. Rozum więc podpowiada, że przegramy jak zwykle, pocieszając się, że u rywala gra w składzie trzech Polaków (Klose, Podolski, Trochowski), a śpiewanie hymnu zaczynają od słów: Eins, zwei, drei, jeszcze Polska nie zginęła!
Gdyby szukać jakichś historycznych wzorów polskiej słabości, może przyjść na myśl Juliusz Słowacki. Nie, to żaden piłkarz, tylko romantyczny poeta z talentem obserwacyjnym. To on stworzył obraz polskiego życia, charakteru, a zatem i sportu ? co widać w ?Kordianie". Jak wiadomo, młody spiskowiec zamierza zabić cara Mikołaja podczas koronacji, by nas wyzwolić. I już się skrada, już jest blisko, ale nagle broń wypada mu z ręki, mdleje, a Polska zostaje w kajdanach.

Gen obudzony
Bardziej aktywny jest w nas nie gen zwycięstwa, lecz gen oporu. I byłoby to nawet chwalebne (Westerplatte, powstania), gdyby nie był to na ogół opór bierny. Najpierw chłop nie chciał pracować dla szlachcica, potem Polak dla zaborcy, dla okupanta, dla Związku Sowieckiego ? generalnie ciągle znajdowaliśmy jakiś pretekst, by się od pracy wymigać. A sport to głównie praca, nie talent. Sport to praca żmudna, niewdzięczna, z nagrodą odłożoną w czasie. Jak tej pracy podołać? Jak się nie zniechęcić? I dlaczego ? na co liczymy ? wciąż zdarzają się zaprzeczające ogólnej teorii chwalebne wyjątki?
Pierwszy wyjątek: Adam Małysz. Obalił pogląd, że Polacy nie mogą na skoczni wygrywać z Austriakami i Finami. I pogląd, jakoby sportowcom potrzebny był psycholog. Skakał równie doskonale z nim, jak i bez niego. Wdrapywał się na skocznie jak Syzyf. Skąd akurat u niego taki kult pracowitości i wytrwałości? Czyżby z tej przyczyny, że ewangelik? Nieliczący na mannę z nieba? Albo Irena Szewińska, multimedalistka (aż siedem olimpijskich krążków i niepoliczalne wręcz rekordy świata) ? czy nie dlatego była tak mocna i tak wytrwała, że urodziła się podczas wojennej blokady Leningradu, w którym przetrwali wyłącznie najsilniejsi? No i Zbigniew Boniek oraz Robert Kubica. Skąd u nich gen zwycięzcy? Chyba zapożyczony, podpatrzony, skradziony. Jednego i drugiego wychowały na dobre Włochy. I profesjonalne wymagania.
Polak ukształtowany nad Wisłą zadowala się byle czym. Często ochłapem. ?Radosław Matusiak to katastrofa. Marnuje swój talent" ? tak Leo Beenhakker ocenił właśnie swego ulubionego zawodnika, wyrzucając go z drużyny kilka dni przed Euro. Co spowodowało, że ze zdolnego napastnika pozostała tylko ładna lalka, pozująca w najelegantszych garniturach do kolorowych magazynów? Kiedy pierwszy raz objawił się w nim nie gen zwycięzcy, tylko gen utracjusza? Człowieka latającego powietrznymi taksówkami po kilkanaście tysięcy złotych za kurs, spędzającego czas w kasynach, a nie na boisku?

Nasze pęta narodowe
Dlaczego Polacy, nie tylko w sporcie, przystają w połowie drogi, a po rewolucji nie potrafią przejść do pokojowego budowania? Prof. Janusz Czapiński z Katedry Psychologii Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego twierdzi, że to m.in. efekt ogromnego braku wzajemnego zaufania. Gdy mamy wspólnego wroga, potrafimy się zjednoczyć, bo mamy wspólny interes. Jeśli go pokonamy, ten brak zaufania pęta nam ręce, niszczy motywację i uniemożliwia współpracę. Każdy wtedy ciągnie w swoją stronę.
Jeśli chodzi o tzw. optymizm obronny, czyli wiarę w to, że nic złego nam się nie stanie, nie ustępujemy innym. W ochronną rękę Opatrzności wierzymy równie mocno jak Amerykanie. ? Brakuje nam jednak tzw. optymizmu ekspansywnego, czyli rozwojowego ? dodaje prof. Czapiński. Jeśli odniesiemy sukces, stać nas, żeby wspiąć się jeszcze o pięć szczebli wyżej, ale to wszystko. Wręcz jesteśmy skażeni rozwojowym pesymizmem. Nie wierzymy, że możemy dojść dalej, niż sądziliśmy. Jeśli ktoś wyjeżdża do Wielkiej Brytanii z postanowieniem, że chce zarabiać dwa razy więcej niż w Polsce, kiedy to osiągnie, jest zadowolony i to mu wystarcza.
Nie mamy też tzw. motywacji transwersyjnej, nie przekraczamy granicy swoich oczekiwań. Nie jesteśmy ryzykantami. W sporcie, zwłaszcza w dyscyplinach zespołowych, te cechy są szczególnie uciążliwe.

Mała stabilizacja
Jakże zwyciężać, gdy nie tylko w sporcie, ale i w biznesie, w życiu codziennym wreszcie, sukcesu i sławy żądnych jest tylko 3 proc. naszych rodaków! Według marcowego badania CBOS, Polacy cenią przede wszystkim szczęście rodzinne (78 proc. wskazań), zdrowie (59 proc.), spokój i uczciwość (po 46 proc.). Praca zawodowa, choć w tej hierarchii znalazła się dość wysoko (44 proc.), służyć ma raczej osiągnięciu ?małej stabilizacji".
Nic więc dziwnego, że nie tylko sportowcy, ale i nawet bardzo bogaci ludzie będący dopiero u progu sukcesu na miarę przekraczającą krajowe podwórko stają w miejscu, zadowoleni ze status quo. Kto dziś pamięta byłego dziennikarza Dariusza Sobiczewskiego, który w 1991 r. zakładał wraz z Mariuszem Łukasiewiczem firmę pośrednictwa ratalnego Lukas? Po sprzedaniu jej francuskiemu Crédit Agricole nieżyjący już Łukasiewicz z wielkim sukcesem uruchomił Eurobank. Sobiczewski zaś zainkasował za swoje akcje około 350 mln zł i przepadł bez wieści. Mało kto kojarzy też Zbigniewa Urbana i Stanisława Ziętka, którzy wspólnie z Bogusławem Cupiałem założyli Tele-Fonikę. Cupiał okazał się bardziej żądny sukcesu i stał się potentatem w europejskiej branży kabli i jednym z najbogatszych Polaków. Jego wspólnicy ? po kłótni w 2000 r. ? odeszli z firmy, zadowalając się gotówką, ziemią i kamienicą w Krakowie. Uznawany niegdyś za jednego z bogatszych Polaków Mieczysław Wilczek, były minister przemysłu w rządzie Rakowskiego, zrezygnował z walki z konkurentami i w 1994 r. sprzedał udziały w firmach mięsnych i produkujących koncentraty włoskiemu inwestorowi. ?Miałem dość harówki i nerwów. Dziś wystarcza mi adrenalina, którą daje partia tenisa" ? mówił ?Wprost? w 2002 r. Przedwcześnie, bo w wieku 52 lat, obiecującą karierę w branży informatycznej zakończył Krzysztof Musiał. Świetnie wykształcony, z doświadczeniem w pracy w największych koncernach na Zachodzie, na początku lat 90. założył w Polsce spółkę zależną niemieckiej firmy komputerowej ABC Data. Był jednym z ?królów? tego sektora w Polsce, ale w 2000 r. za kilkaset milionów złotych sprzedał posiadane udziały niemieckim inwestorom. Od tego czasu zajmuje się rozbudową swojej ogromnej kolekcji sztuki, odwiedza największe opery świata, sponsoruje dziesiątki przedsięwzięć kulturalnych.
Odpuszczają też znacznie młodsi, jak choćby 34-letni dziś Łukasz Foltyn, którego Waldemar Pawlak nazwał ?polskim Billem Gatesem". Tyle że Gates osiągnął niemal wszystko, co możliwe w biznesie w skali globalnej. Foltyn, twórca m.in. popularnego komunikatora Gadu-Gadu (pierwszą wersję stworzył w 1999 r.), odniósł sukces w Polsce i to mu wystarczyło, mimo że kariera na miarę twórców Skype?a nie była w tym wypadku mrzonką. Rok temu Foltyn ostatecznie wycofał się z giełdowego już Gadu-Gadu, sprzedając 55 proc. posiadanych jeszcze akcji zagranicznej firmie Naspers. Teraz bloguje, zachwalając socjalizm na wzór szwedzki. Usiłował się dostać do parlamentu z list PSL w ostatnich wyborach.

Jak gasną gwiazdy
Bądźmy sprawiedliwi, nie tylko my nie potrafimy w sporcie (i w biznesie, i w sztuce, i w nauce) zwyciężać do końca. Najsłynniejszym człowiekiem w dziejach sportu, który popisowo roztrwonił swój talent, był George Best. ?Absolutnie największy" ? tak ocenił Irlandczyka sir Alex Ferguson z Manchesteru United. Piłkarz genialny, strzelający po sześć goli w meczu, bijący wszelkie rekordy, mijający rywali niczym tyczki na stoku, a przy tym diabelsko przystojny i bogaty. Najlepszy gracz świata, zdobywca wszelkich laurów. Ale nagle upadł. Jak to się stało? Kiedy? Długo się nad tym zastanawiał i doszedł do przerażającego wniosku. To było dokładnie tej samej nocy, kiedy w hotelu leżał w łóżku z nagą Miss Świata Mary Stavin, liczył wygrane w kasynie 20 tys. funtów i zamówił szampana Dom Pérignon. Wszedł kelner, wziął pięćdziesięciofuntowy napiwek, popatrzył na to wszystko i nieoczekiwanie zapytał: ?Proszę mi powiedzieć, panie Best, jak to się stało? Gdzie się to wszystko zaczęło pieprzyć??. Takich Bestów są w świecie dziesiątki. U nas ? statystycznie ? jeszcze więcej.

Kosa z mentorem
Naszym graczom brakuje mentorów. Boniek miał Antonia Caliendo, wszechwładnego w Italii menedżera. Romana Koseckiego, który z piłką przy nodze zawojował całą Europę, prowadził Jan Maciejczyk ? doradca prawny gen. Jaruzelskiego. On zabierał Kosie wszystkie niemal pieniądze, by zamiast wydawać je na zegarki i garnitury, kupował ziemię. Kosecki stał się posiadaczem sporych posiadłości w Konstancinie, które są dziś jednymi z najdroższych w Polsce. Prosty chłopak, który dzięki mądremu pokierowaniu jest milionerem, jest też posłem. Niedawno stać go było, by młodzieży ze swego miasteczka stworzyć klub i wybudować stadion. A zatem może nie geny są ważne, lecz proces socjalizacji? Uspołecznienia? Nauki? Żeby Polak nauczył się wydzierać ziemię morzu, a nie pieniądze własnej babci. Żeby był pracowity jak muł. Jak Lance Armstrong, który po wyjściu z kliniki nowotworowej siedem razy wygrał Tour de France.

Między kijem a marchewką
Piłkarze zarabiają miliony, a premie na Euro są rekordowe (Ebi Smolarek tylko za reklamę Pepsi zainkasował 2 mln zł, a Leo Beenhakker za Bank Zachodni WBK ? 3 mln zł). Na igrzyskach w Pekinie za olimpijskie złoto będzie 300 tys. zł i markowy samochód, a do tego za każdy medal dożywotnia emerytura w wysokości średniej krajowej! Więc marchewka już jest. Ale najwyraźniej wciąż za mało kija.
U nas reguła jest taka, że sportowym talentom (i nie tylko sportowym, bo podobnie jest i w gospodarce, i w sztuce, i w nauce), zbyt wcześnie nogi wrastają w ziemię. Na szczęście ? i dlatego jednak warto choć jednym okiem śledzić Euro ? od każdej reguły bywają wyjątki. A więc ? wygramy z Niemcami, Chorwacją, Austrią, pokonamy? Pomarzyć zawsze warto. 

Polak – archaiczny indywidualista

Prof. Ireneusz Krzemiński z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego


Najbardziej fascynującym psychologicznie zjawiskiem jest to, że w Polsce indywidualna przedsiębiorczość (a ta kwitnie wręcz popisowo) w kiepski sposób przekłada się na działania instytucjonalne. Przykładem jest budowa dróg. Ona wręcz uosabia skrajną niesprawność instytucji państwowych. Jesteśmy sprawniejsi w działaniu indywidualnym
niż w rolach zespołowych. Typowe dla II RP silne społeczeństwo obywatelskie nie odrodziło się po dziesiątkach lat komunizmu do dzisiaj. Niezrozumiałym zrządzeniem losu powstał ruch demokratycznej opozycji – „Solidarność". To zrywało ze złym indywidualizmem. Potem jednak gdzieś zniknęło. Sposób, w jaki zorganizowano nowe państwo, nie spowodował, by instytucje państwowe były zaangażowane w działanie na rzecz społeczeństwa. Urzędnicy nie myślą prospołecznie.



Okładka tygodnika WPROST: 23/2008
Więcej możesz przeczytać w 23/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 2
  • hydrozagadka IP
    Fakt \"coś się skończyło\" bo do koryta dorwał się Donek.
    • fritz IP
      Oczekuje, ze pan Zarzeczny w przypadku wyjscia z grupy uroczyscie, nagrywajac wszystko na video popelni seppuku, naprzyklad wieszajac sie uroczyscie. Oczekuje, ze znajomy informatyk napisze skrypt umozliwiajacy automatyczne przeslanie nagrania do youTube.
      ... Z gory dziekuje. ... P.S. To panu Z. brakuje geniku i te swoje braki rozposciera, a wlasciwie zatruwa wszystkich jak Polska dluga i szeroka.

      Czytaj także