Dyskoteka idei

Dyskoteka idei








Sparing na idee i książki między lewicą i prawicą najlepiej byłoby określić mianem brazylijskiej capoeiry. To walka, w której na równi z techniką i siłą liczy się taneczność i wdzięk. Na ring, zdominowany przez przedstawicieli różnych odłamów konserwatywnej prawicy (spod znaku „Arkanów", „Frondy" czy „Christianitas"), błyskawicznie wdarł się nowy zawodnik – Sławomir Sierakowski z zespołem „Krytyki Politycznej". To swoiste „wejście smoka", według przychylnych lewicy komentatorów, miało całkowicie zmienić układ sił i pokazać, że obecnie ciekawe rzeczy dzieją się tylko po lewej stronie. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie fakt, że taka ocena ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Już liczba tytułów wydawanych po prawej stronie zdecydowanie przewyższa liczbę tekstów sygnowanych przez środowiska nowej lewicy. Nie inaczej jest także z ich głębią i intelektualnym znaczeniem, a także adekwatnością do otaczającej nas rzeczywistości (co niegdyś określano staroświeckim terminem prawda). A jednak, i co do tego nie można chyba mieć wątpliwości, w powszechnym odbiorze to Sierakowski i jego drużyna przejęli prowadzenie w sztafecie intelektualnej i to oni nadają ton toczącym się debatom, dyktując, co jest nowoczesne, co ma przyszłość, a co musi odejść do politycznego lamusa.

Mistrzowie autopromo
Dominujące wrażenie wynika z dopracowanej choreografii występów „Krytyki Politycznej", za którą należy się punkt w pojedynku z prawicą. To, czego brakuje jej w kwestiach intelektualnych, nadrabia dobrym wrażeniem. Każda nowa książka sygnowana przez pismo Sierakowskiego ukazuje się jako dzieło „najważniejszego współczesnego krytyka kultury" (chodzi o Slavoja Žižka), „najbardziej znanego amerykańskiego krytyka kapitalizmu" (to o Thomasie Franku) lub przynajmniej jako „dzieło przełomowe w polskiej krytyce literackiej" (tak określane są „Homobiografie" Krzysztofa Tomasika). Jeśli nie sposób już zaimponować nazwiskiem autora, to do okładki dołącza się banderolkę z informacją, że dziełko ukazuje się równocześnie ze światową premierą (tak witano „W obronie przegranych spraw" Žižka).
Mocny przekaz to jednak nie wszystko. Błyskawicznie do promowania „zawsze przełomowych" dzieł włącza się bowiem medialna orkiestra. Absurdalny pomysł Alaina Badiou, by ze świętego Pawła wykastrować doświadczenie zmartwychwstania i zrobić z niego prekursora maoizmu, był (na poważnie) dyskutowany przez wiele tygodni na łamach „Tygodnika Powszechnego". Nie inaczej jest ze Slavojem Žižkiem, który stale gości na łamach „Europy", intelektualnego dodatku do „Dziennika". „Czerwona książeczka" czy wspomniane już „Homobiografie” doczekały się recenzji i szerokich omówień niemal we wszystkich dziennikach (poza „Naszym Dziennikiem”) i w zdecydowanej większości tygodników. O takiej promocji konserwatywni autorzy mogą tylko pomarzyć. I dotyczy to także mediów, które są im ideowo bliskie.
Przełomowy „Esej o duszy polskiej", w którym Ryszard Legutko diagnozuje (może miejscami zbyt surowo) stan tożsamości narodowej Polaków, został skomentowany tylko w „Rzeczpospolitej", a „Gazeta Wyborcza" ograniczyła się do prześmiewczego tekstu Witolda Gadomskiego, w którym zarzuca on filozofowi „nacjonalizm" (umiarkowany) i porównuje go do polskich kibiców, którzy rzekomo mają robić na nieuprzedzonych o wiele gorsze wrażenie niż kibice angielscy (swoją drogą ciekawe, co na to brytyjska policja tocząca nieustanne boje z kibolami Albionu). Podobna kurtyna milczenia opadła po opublikowaniu – na początku 2008 r. – dwutomowego wydania dzieł wybranych Władimira Bukowskiego („Partyzant prawdy"), znawcy sowieckiego komunizmu i wytrwałego krytyka rozmaitych współczesnych lewicowych utopii. Przykłady można mnożyć, przypominając przy tym, że milczenie to nie jest na lewicy przypadkowe, a wynika z od dawna sformułowanej „zasady Kozłowskiego”, w zgodzie z którą pewnych osób zwyczajnie się nie czyta, bo nie wypada. Odpowiedź ta nie wyjaśnia jednak milczenia mediów o bardziej konserwatywnym obliczu.
Niezależnie jednak od wyjaśnień trudno nie przyznać nowej lewicy (ale i starej) kolejnego punktu: za grę zespołową, a także sprawne promowanie swoich, przy równie sprytnym dyskredytowaniu obcych.

Postleninowski bełkot
Ale na tym przewagi zespołu „Krytyki Politycznej" w zasadzie się kończą. Bo próba lektury wydawanych przez nich „arcydzieł" kończy się zazwyczaj krótkim, ale dosadnym stwierdzeniem: „co za bełkot!". Najlepiej to widać na przykładzie esejów „najgłośniejszego filozofa ostatnich lat" – jak reklamują Žižka na okładce jego polscy wydawcy. Słoweński filozof i psychoanalityk ma w swojej najnowszej książce bronić przegranych spraw. Przegranych, czyli jakich? Nie zgadną państwo – chodzi oczywiście o maoizm czy stalinizm, który w istocie (jak to dość pokrętnie wyjaśnia autor) jest obrońcą człowieczeństwa. W tych tekstach można również znaleźć głębokie analizy wybitnych dzieł filozoficznych Mao Ze‑donga czy Lenina, którzy – gdyby ktoś nie wiedział – mieli oczywiście na głębokim poziomie rację, a teraz trzeba ją tylko odnaleźć, najlepiej za pomocą narzędzi lacanowskiej psychoanalizy. Jako że potrafi ona w westernie znaleźć elementy kompleksu Edypa lub pragnień kazirodczych, nadaje się też do odkrywania głębi zapisków „wielkiego językoznawcy".
Mordercy spod znaku sierpa i młota nie są zresztą jedynymi bohaterami Žižka. Z dużą dozą sympatii spogląda on także na intelektualistów, którzy – jak Heidegger – zaangażowali się w nazizm. Zaangażowanie to było – uwaga! – dobrym krokiem, ale w złym kierunku. Dobrym, bo odrzucało cywilizację europejską z jej umiarkowaniem, wolnym rynkiem czy zasadą wolności słowa; w złym kierunku, bowiem faszyzm nie był komunizmem, a zatem nie mordował w dobrych intencjach, ale w złych. Dlaczego? Bo, jak wyjaśnia Žižek, był zbyt mało radykalny i „nie ośmielił się zaburzyć podstawowej struktury społeczeństwa kapitalistycznego". Gdyby ją zaburzył, to co innego. Wówczas można by mu wybaczyć miliony zamordowanych, a w nim samym dostrzec – jak to pisze słoweński myśliciel o innym dwudziestowiecznym psychopacie Leninie – „bohatera", „nie po to, by za nim podążać i robić dziś to samo, co on robił niegdyś, ale powtórzyć/odzyskać go w tym właśnie sensie wydobycia niezrealizowanego potencjału".
Obrona „przegranych spraw" opiera się (gdy odrzucić cały psychoanalityczny bełkot) na zwulgaryzowanej frazie Tertuliana Credo, quia absurdum. Žižek wierzy w marksizm i leninizm, bo nie ma na to żadnych dowodów; wierzy w nie pomimo argumentów przeciwko nim. Komunizm upadł, mordując po drodze setki milionów osób, więc właśnie dlatego wierzymy, że zawarty w nim był „potencjał emancypacyjny". Kapitalizm z elementami demokracji liberalnej zwyciężył i ukształtował myślenie i działanie miliardów ludzi, a zatem bez wątpienia jest fałszywy. Jeśli zaś rzeczywistość podpowiada coś innego, to należy ją odrzucić jako pokusę grzesznego flirtu z kapitalizmem.
Rzeczywistość jest zresztą ostatnią rzeczą, o jaką troszczy się „najgłośniejszy filozof ostatnich lat". Rządy PiS w Polsce Žižek uznaje za triumf „antymodernistycznej reakcji", która głosiła „hasła absolutnego zakazu aborcji, antykomunistycznej »lustracji«, wykluczenia darwinizmu z edukacji na poziomie podstawowym i średnim, aż do przedziwnego pomysłu, by ogłosić Jezusa Chrystusa Królem Polski". Pamiętają państwo takie hasła? Nie? Ale to wcale Žižkowi nie przeszkadza, a nawet mu pomaga, bowiem kontakt z faktyczną Polską czy choćby faktycznym chrześcijaństwem, które chętnie i obficie krytykuje (przypisując mu na przykład pedofilskie inklinacje), przeszkodziłby w formułowaniu tez zmieniających perspektywy myślenia.

Myślenie na halucynogenach
Patrząc z takiego punktu widzenia, strategia myślowa konserwatystów rzeczywiście może się wydawać nudna. Ryszard Legutko, Alasdair McIntyre, Zbigniew Stawrowski, Władimir Bukowski, Dariusz Karłowicz czy Dariusz Gawin wychodzą nieodmiennie od analizy rzeczywistości. To ona, po dokładnym jej przebadaniu i próbie zrozumienia, staje się fundamentem dalszych rozważań i ona ogranicza „swobodę myśli". Bukowski, który odsiedział swoje w sowieckich więzieniach i psychiatrykach i na własnej skórze doświadczył „emancypacyjnych dążeń" marksizmu-leninizmu, wydaje się mieć zdecydowanie więcej do powiedzenia na temat tego ustroju niż odległy od kontaktu z jakąkolwiek rzeczywistością słoweński psychoanalityk.
Oczywiście, można powiedzieć, że słowa Bukowskiego zawarte w opublikowanym przez „Frondę" niemal równocześnie z Žižkiem dwutomym „Partyzancie prawdy" („marzenie o absolutnej, uniwersalnej równości jest zadziwiająco, strasznie nieludzkie. Z chwilą gdy tylko zawładnie ludzkimi umysłami, piętrzą się trupy i rzeki spływają krwią. A przy tym stara się wyprostować zgarbionych i skracać wysokich") są nudne i nie otwierają na nowe rozumienia marksizmu, a do tego nie są w stanie dać ludziom wizji, która pchnie ich do zmiany liberalno-demokratycznego status quo. I rzeczywiście można to powiedzieć, problem jest tylko taki, że mimo całej swojej nudy są to słowa prawdziwe, oddające doświadczenie milionów ludzi, którzy z komunizmem spotkali się nie tylko za pośrednictwem książek towarzysza Mao.
Nudna rzeczywistość ma też to do siebie, że tylko poprzez jej poznanie można formułować mniej lub bardziej adekwatne projekty reform społecznych. Aby coś zmienić, trzeba to bowiem najpierw poznać. A strategia „nowej lewicy" przypomina plany rewolucyjne snute pod wpływem „grzybków halucynków". Widzenia pod wpływem ich spożycia są, owszem, ciekawe, ale nijak nie dadzą się zastosować w codziennym życiu. I dlatego zamiast skłaniać do działania, skłaniają wyłącznie do mówienia, pisania i snucia wizji, które jeśli dadzą się zastosować w życiu, to ze szkodą dla ludzi, którzy będą podlegać tego typu eksperymentom.
Napięcie między nudną rzeczywistością a marzeniami (by nie powiedzieć halucynacjami) znakomicie widać w polemice na książki o „rewolucji ’68 roku". Z wydanego przez „Krytykę Polityczną" (2008) „Maja ’68. Rewolta" wyłania się obraz szlachetnego ruchu, którego celem było wyzwolenie ludzkości ze zniewolenia zachodnią cywilizacją i zbudowania bardziej ludzkich struktur. „Zabawa w komunizm!" (Fronda 2008) Bettiny Röhl, oparta nie tyle na marzeniach, ile na solidnym studium archiwów, rozmowach ze świadkami i wspomnieniami własnych rodziców, pokazuje zaś, co kryło się za owymi „majakami" zrewoltowanej młodzieży.
A kryło się Stasi i KGB, które chciały i wykorzystały nowe ruchy młodzieżowe do osłabienia Zachodu i budowy własnych kryptokomunistycznych przybudówek.

Kserujemy panowie, kserujemy!
Właśnie za kontakt z rzeczywistością, zakorzenienie w faktach należy się konserwatywnej prawicy pierwszy mocny punkt. Drugi zaś trzeba przyznać za nowatorstwo zdecydowanej większości konserwatywnych polskich myślicieli. Inaczej niż lewica, zarówno Legutko, jak i Krasnodębski czy Karłowicz nie ograniczają się do kserowania poglądów obcojęzycznych myślicieli, ale korzystają z własnej, narodowej czy religijnej tradycji. Dla Krasnodębskiego (i to nie tylko tego z „Demokracji peryferii", ale również ze zbiorów esejów opublikowanych w 2006 r. przez Ośrodek Myśli Politycznej) punktem wyjścia myślenia nie są opinie obcokrajowców, ale czysto polskie doświadczenie „Solidarności". Podobnie jest z Karłowiczem (który – w swoich erudycyjnych esejach – wychodzi często od mistyki siostry Faustyny i filozofii pracy robotników z NSZZ „Solidarność") czy Gawinem – z pasją odczytującym Brzozowskiego (bynajmniej nie w duchu lewicowym), Gombrowicza czy Sienkiewicza.
Legutko, wadząc się z polskością, także nie sięga do wyświechtanych opinii zachodnich intelektualistów, w Polsce często widzących zacofany zaścianek, który trzeba szybko zmodernizować, ale buduje (nie ma co ukrywać – przygnębiający) obraz Polaków wyprowadzany z uważnej lektury polskich mistrzów myślenia, a jeszcze mocniej z obserwacji rzeczywistości. Wnioski nie wynikają tu z zastosowania modelu jakiegoś zachodniego mędrca do polskiej sytuacji, ale są skutkiem wielu lat przemyśleń, obserwacji i rozmów, których nie da się przeprowadzić poza Polską.
Nowa lewica w tej kwestii pozostaje zastanawiająco stara. Miast próbować szukać korzeni, obserwować świat i budować w oparciu o niego własne analizy – nieodmiennie sięga do tekstów z zagranicy. I dotyczy to nie tylko przełomowych dzieł autorów miary konserwatysty McIntyre’a (co oczywiście zdarza się także na prawicy), ale nawet książek poświęconych polskim przemianom gospodarczym. O nich pisze bowiem amerykańska antropolog Elizabeth Dunn („Prywatyzując Polskę"), a nie któryś z nowych lewicowców wychowywanych w stajni Sierakowskiego. Trudno nie przypomnieć tu słów Romana Dmowskiego, który na początku XX wieku ubolewał, że polscy politycy nie są w stanie wymyślić nic nowego, a ograniczają się wyłącznie do cytowania i przywoływania innych. Na prawicy się to zmieniło, ale lewica pozostaje taka jak dawniej. Myślenie oznacza dla niej cytowanie autorytetów z zewnątrz.
Dostrzec to można także w dyskusjach toczących się na łamach periodyków. Konserwatywne „Arkana" czy „Pressje" prowadzą ostatnio debatę nad nowym wydaniem republikanizmu (rozpoczętą przez niezwykle interesujący esej Jana Filipa Staniłki). W „Nowym Państwie" autorzy młodszego pokolenia próbują odpowiedzieć na pytanie, jak na polski sposób ochrzcić prawa człowieka, a we „Frondzie" toczy się debata nad politycznymi aspektami radykalnej ortodoksji czy teologią polityków, nie tylko zresztą z Polski.
W tym samym czasie na łamach „Krytyki Politycznej" ukazują się głównie tłumaczenia zachodnich myślicieli.
Otwartość i nowatorstwo łączą się także z większą głębią myśli. Zakorzenienie w rzeczywistości, ale także czerpanie z dorobku filozofów zdecydowanie większej miary niż Marks, Lenin, Stalin, Mao czy Žižek i Badiou daje bowiem szerszą perspektywę myślicielom konserwatywnym. Spoglądanie na rzeczywistość z ramion gigantów na miarę Arystotelesa, Tomasza z Akwinu czy Edmunda Burke’a pozwala zobaczyć więcej, niż gdy idzie się „długą drogą" z Mao. I dlatego w dziedzinie głębi myśli trudno nie dodać trzeciego punktu właśnie konserwatywnej prawicy.

Dobrze, czyli źle
A jednak – choć jeśli chodzi o siłę, dynamizm, otwartość i technikę, to konserwatyści zdecydowanie prowadzą – wrażenie jest inne. Na uniwersytetach i w mediach dominują bowiem książki i idee spod znaku „Krytyki Politycznej", a nie „Frondy" czy Ośrodka Myśli Politycznej. I choć bez wątpienia powodów takiej dominacji lewicy w dyskursie można szukać poza granicami Polski, to nie ulega wątpliwości, że braki wykazują także sami polscy prawicowcy. Wciąż brakuje im bowiem (co zresztą pozostaje cechą wspólną konserwatystów na świecie) świadomości wspólnoty interesów. Wciąż drobne w gruncie rzeczy różnice skłaniają ich do wrogości, a nie do współpracy. Lewica takich oporów nie ma. Każdy numer „Krytyki Politycznej" jest omawiany i reklamowany na łamach „Gazety Wyborczej", każda książka znajduje tam odzew (nie zawsze przychylny). Prawica mogłaby się także uczyć od środowiska Sierakowskiego autopromocji.
Ale powoli wydaje się to zmieniać. Najlepszym dowodem promocja najnowszej książki Bronisława Wildsteina. Uczestniczyli w niej chyba wszyscy przedstawiciele polskiego konserwatyzmu, niezależnie od odcieni ideowych. Jeśli ten proces się utrzyma, to zespół capoeiry pod szyldem „Krytyki Politycznej" może się zwijać lub przynajmniej ćwiczyć intelekt i oryginalność przemyśleń. Co wreszcie mogłoby przekształcić starcie dwóch środowisk w rzeczywistą debatę. A nie w balet i taniec z gwiazdami w jednym. Z Sierakowskim w roli Pudziana polskiej lewicy. 
Okładka tygodnika WPROST: 23/2008
Więcej możesz przeczytać w 23/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0