Polacy kupują Amerykę

Polacy kupują Amerykę

Polscy biznesmeni za oceanem znajdują tańszą ziemię, hale przemysłowe, biura i pracowników
"For sale" – coraz więcej takich tablic widnieje nie tylko na amerykańskich domach. Stagnacja gospodarcza, realny spadek płac i tani dolar sprawiły, że na wyprzedaży po wyjątkowo atrakcyjnych cenach jest amerykańska gospodarka. To, co do niedawna wydawało się niewyobrażalne, dziś jest faktem. Polscy przedsiębiorcy przenoszą produkcję za ocean, bo mogą tam kupić fabryki, biura, maszyny i wynająć pracowników taniej niż w Polsce. „To nowy dzień dla Danville. Z nadzieją patrzymy w przyszłość" – cieszył się w połowie lutego 2008 r. Jeff Reed, urzędnik odpowiedzialny za rozwój ekonomiczny w ratuszu tego miasta w stanie Virginia. Powodem radości był komunikat o tym, że polska firma meblarska Com.40 za 36 mln USD uruchomi tam produkcję materacy i sof, przy której znajdzie pracę 813 osób. Aby przyciągnąć inwestora, lokalne władze zaoferowały firmie jednego z najbogatszych Polaków – Bogdana Kaczmarka, 1,5 mln USD ze stanowego budżetu, a 900 tys. USD dorzuciła agencja zajmująca się rewitalizacją terenów po upadłych zakładach tytoniowych (w jednej z takich opuszczonych fabryk ruszy produkcja Com.40). Z takich okazji korzysta coraz więcej polskich firm. Wydając porównywalne albo mniejsze pieniądze niż w Polsce, zyskują dostęp do kilkaset razy większego rynku.

Przeczekać dolara
– W Europie odkroiliśmy sobie już duży kawał rynkowego tortu. Teraz mam w dłoni widelec i patrzę na największy tort świata, czyli amerykański rynek. Mam sobie odmówić? Nie w takiej chwili – mówi Krzysztof Jabłoński, prezes wieluńskiej Korony, największego w Europie wytwórcy świec zapachowych (Europejczycy wydają na nie 240 mln euro rocznie, Amerykanie – 3,5 mld USD). Trzy lata temu Jabłoński wrócił z Charlotte w Karolinie Północnej z obiecanym przez lokalne władze pakietem grantów: ulgami w podatkach stanowych, dopłatami do kosztów utworzenia miejsca pracy, dowolnych rozmiarów halą produkcyjną na własność albo wynajem, bezpłatną asystą doradców Ernst & Young. Dolar kosztował wówczas 3,3 zł i Jabłoński uznał, że uruchomienie produkcji w USA jeszcze się nie opłaca. Dziś dolar kosztuje 2,2 zł i w tym roku Korona otworzy swój zakład w Charlotte.
Produkcję za oceanem zamierza uruchomić Konspol należący do Kazimierza Paz-gana. To europejski lider w przetwórstwie mięsa z drobiu. Do wejścia na amerykański rynek szykuje się też Andrzej Czernecki, główny udziałowiec i prezes spółki HTL-Strefa z Ozorkowa, największego na świecie producenta jednorazowych nakłuwaczy służących do pobierania krwi z palca (56 proc. udział w globalnym rynku. Już dziś HTL-Strefa większość nakłuwaczy eksportuje do USA, a 98 proc. sprzedaży rozlicza w dolarach i euro. – Tani dolar zabija rentowność eksportu. Teraz chcemy skorzystać ze sprzyjającej sytuacji i jeszcze w tym roku uruchomić własną wytwórnię za oceanem – mówi Andrzej Czernecki. W realizacji celu pomoże spółka zależna, utworzona jeszcze w 2006 r. w Atlancie. Prawdopodobnie tam zostanie ulokowana część produkcji spółki. Czernecki nie wyklucza też przejęcia amerykańskiego producenta.

Drzwi do skarbca
Hale przemysłowe na przykład w Chicago czy Denver można dziś wynająć dwukrotnie taniej niż w Warszawie i okolicach. Podobnie jest z powierzchnią biurową. Słaby dolar zniwelował ogromną kiedyś różnicę w zarobkach polskich i amerykańskich robotników. Według Departamentu Pracy USA, w kwietniu 2008 r. średnie zarobki w przemyśle wynosiły około 2800 USD brutto miesięcznie, czyli około 6200 zł. W zależności od sektora i regionu różnice były znaczne, bo na przykład w przemyśle drzewnym czy spożywczym przeciętne zarobki stanowiły równowartość około 4500 zł brutto. W Polsce średnie zarobki w przemyśle wynoszą w zależności od branży i regionu 3-5 tys. zł brutto. – Operator linii produkującej 50 tys. świec na godzinę w Polsce otrzymuje 7-8 dolarów za godzinę, w USA – około 11 USD. W cenie gotowego wyrobu tę różnicę można dostrzec gdzieś na czwartym miejscu po przecinku, więc przestaje mieć znaczenie – mówi prezes Korony.
Dla firm, które i tak sporą część towarów czy usług sprzedawały w USA, kiedy słaby dolar „pożera" zyski z eksportu, decyzja, aby działać tam, gdzie się handluje, stała się naturalna. Tak robią również wielkie koncerny, jak niemieckie BMW (produkcję swoich SUV-ów X3 i X5 ulokował w Spartanburgu w Karolinie Południowej) czy szwedzka sieć meblowa Ikea (m.in. otworzy zakład w Danville obok jednego ze swoich głównych poddostawców – polskiego Com.40). „Będziemy składać coraz więcej zamówień u amerykańskich producentów, bo dzięki słabemu dolarowi stali się oni atrakcyjnymi partnerami" – ogłosił w kwietniu Andreas Dahlvig, prezes Ikei.

Firmy w promocji
Łatwiejszą drogą wejścia na amerykański rynek może się okazać przejęcie lokalnych firm, których wartość wskutek kryzysu na rynku finansowym i spowolnienia gospodarczego spadła. Przed kilkoma tygodniami Ponar Wadowice, znaczący gracz w sektorze produkcji siłowników hydraulicznych, sfinalizował zakup za 20 mln USD amerykańskiej firmy Georgia Hydraulics Cylinders. Internet Group, inna polska spółka giełdowa, inwestuje w założoną przez młodych amerykańskich informatyków firmę Uppfylla. Polacy włożyli pół miliona dolarów w projekt stworzenia narzędzia internetowego, które ma komunikować z sobą osoby o podobnych zainteresowaniach. Jeśli pomysł chwyci, Internet Group do końca 2008 r. obejmie 20 proc. udziałów w Uppfylli.
Ze względu na spadające koszty coraz więcej polskich przedsiębiorców jest też zainteresowanych przynajmniej uruchomieniem firm dystrybucyjnych w USA. Na przykład krośnieńska Grupa Nowy Styl braci Adama i Jerzego Krzanowskich, wytwarzająca m.in. krzesła i fotele, na początku 2008 r. otworzyła w Newark na wschodnim wybrzeżu firmę, która zajmie się marketingiem i sprzedażą drewnianych parkietów Baltic Wood.
– Nawet nieduża polska firma, która ma dobry produkt i uzyskuje u nas przychody wynoszące mniej więcej 10 mln zł, wchodząc do USA i zatrudniając dobrego sprzedawcę może co najmniej podwoić ten wynik – mówi Marcin Duszyński, prezes firmy doradczej Capital One Advisers. Jego zdaniem, wciąż zbyt mało polskich firm dostrzega ogromną szansę, jaka powstała za oceanem. – Ograniczają się do kraju, bo uważają, że mają tu jeszcze wiele do zrobienia. W najlepszym razie spoglądają na Paryż czy Londyn i myślą, że to dla nich za wysokie progi, więc ostatecznie otwierają biura w Kijowie – mówi Duszyński.

Punkty za pochodzenie
Polskie inwestycje w Stanach Zjednoczonych to ledwie dostrzegalny strumyk w rzece pieniędzy płynących tam z całego świata (na przykład NBP szacuje, że z Polski do USA w 2006 r. wytransferowano około 100 mln zł, a kwota ta obejmuje nie tylko inwestycje długoterminowe). Mimo to Polacy mogą liczyć na ciepłe przyjęcie za oceanem i hojną pomoc lokalnych władz. Amerykańscy urzędnicy jak żadni inni doceniają znaczenie rozwoju gospodarczego dla lokalnych społeczności i oferują wszelką pomoc. Co więcej, dla kandydatów w zbliżających się wyborach prezydenckich tworzenie nowych miejsc pracy stało się jednym z głównych haseł kampanii, więc klimat dla zagranicznego kapitału jest bardzo dobry. Departament Handlu USA chwali się, że około 4 mln Amerykanów zawdzięcza pracę inwestorom z Europy.
Choć nikt głośno tego nie mówi, polskie firmy mogą liczyć na swoiste „punkty za pochodzenie". Departament Skarbu USA wydał niedawno rozporządzenie reorganizujące procedury działania CFIUS – Komitetu ds. Inwestycji Zagranicznych, który zajmuje się nadzorowaniem bezpieczeństwa gospodarczego. Amerykańska administracja obawia się bowiem wielkich inwestorów w postaci rządowych funduszy lub państwowych przedsiębiorstw z Chin czy państw regionu Zatoki Perskiej. Dlatego chętnie wita u siebie kapitał europejski. Także polski

Okładka tygodnika WPROST: 24/2008
Więcej możesz przeczytać w 24/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0