Wende

Dodano:   /  Zmieniono: 
Śmierć Edwarda Wendego dopisuje się do coraz dłuższej listy polskich narodowych strat
"Żywot mój wiatrem jest"
Księga Hioba


Wiele osób będzie wspominało Edwarda Wendego. Podkreślone zostaną jego zasługi dla Polski, miłość do najbliższej rodziny, wierność wobec przyjaciół, bezinteresowna gotowość pomocy zrazu nieznanym, a z czasem coraz mu bliższym osobom. Wyliczone będą dzieła, których dokonał, choć nigdy i nigdzie nie był tzw. pierwszym. Ktoś przypomni, że zazwyczaj szedł o pół kroku z tyłu, jeśli chodzi o obejmowanie funkcji, mimo że nieraz pierwszy zgłaszał niepopularne propozycje. Ci, którym dane było przez długie lata mieć go za współtowarzysza tak wielu zmagań, zaczną tworzyć swoisty "alfabet Wendego", złożony z niezliczonych anegdot i cytatów z przemówień, wystąpień, a także bon motów rzucanych z senatorskiego fotela lub poselskiej ławy.
Miałem zaszczyt i radość zaliczać się do jego przyjaciół. Jak to bywa, niekiedy poważnie i porywczo sprzeczaliśmy się, kiedy indziej byliśmy zgodni "aż do bólu". Bardzo przygasł po śmierci Ewy i ta jego miłość poza grobową deskę mocno podkreślała protestancko-polską "genetykę" Edka. Tak samo mocno wyróżniało go przekonanie, że mimo wszelkich zmian i przetasowań dziedzictwo sierpnia 1980 zawsze pozostanie zobowiązaniem i zarazem powodem do satysfakcji. W tym sensie otwarty na nowości i niespodzianki pozostał klasycznym przykładem konserwatyzmu. Zwroty polityczne ostatnich czasów nie tyle go zaskoczyły, ile umocniły w akcentowaniu nienaruszalnych zasad uprawiania przyzwoitej polityki. Tutaj zresztą sam był nie do ruszenia: nigdy nawet nie otarł się o ryzyko bycia posądzonym o prywatę. Nie myślę o ambicji, bo miał swoje osobiste ambicje i wielu nie udało mu się zrealizować, ale raczej o tym, że ludzie spotykający go na ulicy patrzyli na niego z szacunkiem. Nie ze strachem, lecz właśnie
z szacunkiem, choć należał do "elit", do "władzy", do "onych".Śmierć Edka dopisuje się do coraz dłuższej listy polskich narodowych strat. Do tych, którzy umarli w momencie, w którym ludzie zwykli umierać, mimo to na długo, a niekiedy na zawsze, pozostawiają po sobie bolesną wyrwę. Do tych, których śmierć odrywa od dopiero rozpoczętej roboty. Do tych, którzy zrobili już wszystko, co przyzwoici ludzie powinni w życiu zrobić, ale którzy mogli - choćby w Trybunale Stanu - wyznaczać swoim doświadczeniem i autorytetem praktyczne granice między dobrem i złem, między tym, co w polityce wolno i czego nie wolno robić. Do tych wreszcie, których zabraknie na coraz krótszej "rezerwowej ławce" polskiej polityki.
Odbieram śmierć Edka z bardzo osobistej perspektywy. Niezależnie od wielkiej ludzkiej sympatii dla jego renesansowych zainteresowań i zachowań (dużo by i o tym pisać...) ubywa mi z widzialnego świata kolejna postać wielkiego kalibru, z jaką dane mi się było zetknąć przez ostatnie ćwierćwiecze. Uświadamiam to sobie, kiedy przy kolejnym nazwisku w mojej prywatnej książce adresowej stawiam krzyżyk. Co kilka lat książka wypełnia się - muszę wtedy jej treść pracowicie przepisywać do obszerniejszej. Waham się zawsze, czy do tej nowej nie przepisać nieaktualnych już adresów i numerów telefonów. Adresów, pod którymi już nikogo nie zastanę, i telefonów, których już nikt nie odbierze. Tyle mojego, że ci ludzie kiedyś byli i że miałem szansę znaleźć się blisko nich. Zmieniali niekiedy poglądy, trwałe pozostawało wewnętrzne poczucie przyzwoitości i obywatelskiego obowiązku, które szło o wiele długości przed domaganiem się dla siebie samych obywatelskich uprawnień. Dziś coraz mi trudniej takich znaleźć.
Opowiadał mi kiedyś Edek o wietrze, którego doświadcza się, pędząc motorem po pustej szosie. Dziś mam wrażenie, że on sam ledwo mignął i już go nie ma. Niechby po nim i po tych wszystkich, którzy przemknęli, pozostał nam przynajmniej ich dobry wiatr. 




Więcej możesz przeczytać w 23/2002 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.