Lech kontra Bolek

Lech kontra Bolek

Fakt, że Lech Wałęsa współpracował z bezpieką na początku lat 70., nie pozbawia go znaczenia ani wielkości w latach 80.

 Skandal wokół „Ostatniego kuszenia Chrystusa" czy „Kodu da Vinci" to pikuś w porównaniu z tym, co dzieje się wokół książki Piotra Gontarczyka i Sławomira Cenckiewicza. Na ulice nie wyszli wprawdzie przeciwnicy książki z transparentami, a do jej palenia też jeszcze nie doszło, ale emocje dyskutantów sięgały zenitu. I nie chodzi wcale o prostych ludzi, którym ktoś odebrał marzenia, ale o elity, które zachowują się tak, jakby ktoś chciał zniszczyć ich wiarę i urazić uczucia religijne.
Arcybiskup Józef Życiński już przestrzegł autorów książki, a  także dziennikarzy o  niej piszących, że ich teksty będą powodem do wstydu dla ich dzieci i  wnuków. Andrzej Celiński uznał historię za "duperelę", którą nie warto się zajmować w  wolnych i  demokratycznych społeczeństwach. A  premier Donald Tusk – przy okazji książki o  Wałęsie – skrytykował braci Kaczyńskich. Wszystko oczywiście w  imię obrony legendy, która buduje Polskę i  której niszczenie ma być największą zbrodnią.

I nie miało znaczenia, czy fakty, o których piszą historycy, są prawdziwe. Takimi drobiazgami nikt się nie przejmuje, bowiem legenda już dawno przekształciła się w bajkę, której opowiadanie ma budować dobre samopoczucie, uzasadniać istnienie takich, a nie innych autorytetów, a także, co może najważniejsze, kształtować wizję historii przydatną w walce politycznej.

 

Bajkopisarze z salonu
Bohaterowie tej bajki są niemal zawsze identyczni. Dobrzy, szlachetni, pozbawieni skaz i oczywiście nieulegający pokusom. Rodzą się, jak pogańscy bogowie, od razu w pełni świadomi, każdy ich wybór jest od razu dobry, a pokusy (choć doświadczane na pustyni nawet przez samego Chrystusa) ich w istocie nie dotykają. Każda informacja, która ten wizerunek może zburzyć, jest z wściekłością odrzucana i uznawana za atak na legendę, za dzieło frustratów, którzy sami nie dorastają do poziomu bajkowego bohatera i bez wątpienia chcą go zastąpić.
Po takim „ataku" romantyczna bajka o szlachetnym bohaterze, który walczył (nie jest tylko jasne z kim, bo przecież chyba nie z ludźmi honoru od Czesława Kiszczaka) o wolność Polski, nabiera dramatyzmu i przekształca się w horror o tym, jak „spoceni ludzie w pogoni za władzą", „posługujący się złą polszczyzną" (licentia poetica Andrzeja Celińskiego) chcą zniszczyć wspaniałego bohatera. W efekcie z rajskiej opowieści o doskonałych ludziach przechodzimy od razu do niemal manichejskiego (choć raczej w wersji dla ubogich) mitu o walce dobra ze złem. W tej walce nasz bohater i jego obrońcy stają jednoznacznie po stronie dobra, a historycy, publicyści czy politycy, którzy od bajek wolą fakty, natychmiast stają się lordami Vaderami, których siły światłości muszą zniszczyć.
Ten scenariusz można już było oglądać wielokrotnie. Bajkowym bohaterem był ks. Michał Czajkowski (jak się okazuje, jest nadal, bo w ubiegłotygodniowej „Gazecie Świątecznej" Adam Michnik i Jan Turnau wezwali do zwrócenia mu szacunku społecznego w 50. rocznicę święceń kapłańskich). Ale też Michał Boni, Małgorzata Niezabitowska, a teraz stał się nim Lech Wałęsa. On, tak jak oni, gdy zaczyna się choćby mówić o możliwości współpracy z bezpieką czy sugerować, że nadużył władzy do ukrywania niewygodnych faktów ze swojej przeszłości, natychmiast zostaje wyniesiony na niewyobrażalny poziom szlachetności i broniony do upadłego. Usprawiedliwić i zrozumieć da się przy tym nie tylko fakt współpracy w młodości, ale nawet to, że jako prezydent wykradał, łamiąc prawo wolnej już Polski, dokumenty z własnej teczki. Zbigniew Bujak tłumaczył na falach Tok FM, że w latach 90. chciano (polityk ostrożnie nie precyzował, kto chciał, ale sugestia jest jasna) usunąć prezydenta ze stanowiska, „i wtedy ja się nie dziwię, że dzieją się takie rzeczy: to, co może być przyczynkiem do jego usunięcia, jest usuwane". A jeśli ktoś się dziwi, to zapewne nie dorósł do demokracji i zamiast niej woli się babrać „w popłuczynach tej wielkiej historii" (podziękowania dla Pawła Wrońskiego, który tak określa książkę o Wałęsie w wywiadzie z Bujakiem).

Ewangelia według Bolka
Problem z takim pisaniem historii jest tylko taki, że wówczas zajmowanie się tą nauką traci sens, historia przestaje być nauczycielką życia. Gdyby bowiem dwa tysiące lat temu, posługując się paradygmatem bajkopisarzy, zaczęto zestawiać Ewangelie, Dzieje Apostolskie czy Listy św. Pawła, bez wątpienia Nowy Testament wyglądałby zupełnie inaczej. Wypadłyby z niego fragmenty poświęcone zaparciu się Piotra. Ich autorami byli przecież ludzie przebywający na dziedzińcu u arcykapłanów, czyli niegodni zaufania, a do tego ujawnienie, że najbardziej zaufany apostoł, zaparł się – i to nawet nie pod wpływem krzyków, ale zwykłego pytania – mogło zburzyć jego legendę i osłabić autorytet apostolski.
Podobnie rzecz się ma z postawą pozostałych apostołów, z których tylko jeden – Jan (dodajmy: prawdopodobnie niepełnoletni) – stał pod krzyżem, podczas gdy reszta rozbiegła się w popłochu. Po co było zamieszczać świadectwa tchórzostwa w książce, która ma być świętą księgą Kościoła? Paradygmat myślenia przeciwników poznawania prawdy nie pozostawia przestrzeni na sensowną odpowiedź na tak zadane pytanie. Posługując się opinią abp. Józefa Życińskiego, trzeba powiedzieć wprost, że dzieci (o ile je mieli, o czym Pismo i tradycja milczą) i wnuki Mateusza, Marka, Łukasza i Jana powinny się wstydzić za ojców i dziadków, którzy zamieścili fragmenty szkalujące najważniejsze postacie chrześcijaństwa.
Nie inaczej powinno być też z Pawłem. Po co ludziom wiedza o tym, że uczestniczył on w kamienowaniu Szczepana? Czy nie lepiej byłoby zataić ten niewygodny fragment albo przekonywać, że owszem stał, ale nie pilnując szat kamienujących, ale broniąc Szczepana? Czy sam Paweł nie wyglądałby o wiele lepiej, gdyby zatajono niewygodne elementy jego biografii? A czy kolegium Dwunastu Apostołów nie wyszłoby lepiej na zatajeniu faktu, że jeden z nich zdradził? Czy nie można by zwyczajnie wykreślić Judasza z historii albo przynajmniej dyskretnie pomijać jego obecność?
Odpowiedź na wszystkie te pytania brzmi: nie! Ani Judasz, ani Paweł, ani Piotr i inni apostołowie, ani nawet cały Kościół nie wyszedłby na takim zatajaniu lepiej. Ewangelia jest bowiem opowieścią o zwykłych ludziach: tchórzach, kłamczuchach, skąpcach i egoistach, którzy zostali postawieni w arcytrudnych sytuacjach. I często im nie sprostali albo nawrócili się dopiero później. Dzięki takiemu postawieniu sprawy dopiero ich przykład staje się ważny dla zwyczajnych ludzi, którzy jak Piotr czasem zapierają się czy wyrzekają własnych poglądów, jak Tomasz mają kłopot z uwierzeniem czy jak synowie Zebedeusza chcą być najważniejsi.

Historie prawdziwe
Nie trzeba się odwoływać aż do Pisma Świętego, by zobaczyć, że historia, jeśli ma być interesująca i oddawać skomplikowanie ludzkich wyborów i decyzji, nie może się uciekać do szkicowania żywotów laickich świętych. Martin Luther King nie traci niczego ze swojej wielkości, nawet gdy przypomni się (jak robią to amerykańscy historycy), że zdradzał żonę, pił zdecydowanie za dużo, a słynne kazanie („Miałem sen"), które – wygłoszone dzień przed śmiercią – miało być proroctwem, wygłaszał wcześniej wielokrotnie bez tak wstrząsających rezultatów. Fakty te nie są oczywiście niczym chwalebnym, ale też trudno nie dostrzec, że nie odbierają mu niewątpliwych zasług w rozprawieniu się z rasizmem. A nawet pokazują, że był dość zwyczajnym człowiekiem, którego historia postawiła przed wielkim zadaniem. I on mimo wszystkich swoich słabości mu sprostał.
Podobnie nie odbiera Winstonowi Churchillowi zasług w zakończeniu II wojny światowej jego alkoholizm, a podczas I wojny światowej wysłanie na rzeź tysięcy żołnierzy pod Gallipoli. Tak jak Józefowi Piłsudskiemu nie odbiera zasług w budowaniu II RP fakt, że w pewnym momencie współpracował ze służbami obcych mocarstw. Roman Dmowski także będzie oceniany raczej z powodu zasług, jakie miał dla Polski w budowaniu jej granic, niż z powodu ewidentnie świadomego wycofania się z życia politycznego II RP i pozostawienia endecji na lodzie. Wiedza na temat skomplikowanych wyborów, ale i często osobistych przyczyn pewnych wyborów, pozostaje jednak ważnym składnikiem ich biografii. Nie sposób bowiem zrozumieć animozji między Dmowskim a jego partyjnymi kolegami, jeśli nie przypomni się, że polityk ten miał zwyczaj znikać co jakiś czas z Polski i bawić się w ciepłych krajach. A jednym z wyjaśnień tych ucieczek było jego zamiłowanie do kobiet niekoniecznie najmocniejszych obyczajów.
Mroczne, a czasem zwyczajnie wstydliwe elementy biografii „wielkich tego świata", nawet jeśli uznamy je za spisywane z perspektywy lokaja, pozwalają lepiej zrozumieć postać, uczłowieczają ją, a także – co nie mniej ważne – pozwalają uchwycić rzeczywistą, a nie wyobrażaną wielkość. Dopiero w zestawieniu z własnymi, a nie cudzymi grzechami dostrzec można nie tylko trudną drogę dorastania, ale również rzeczywistą wielkość wyborów. I podobnie mogłoby być z Lechem Wałęsą. Fakt, że współpracował z bezpieką na początku lat 70., nie pozbawia go znaczenia i wielkości w latach 80. A to, że obawiając się ujawnienia niewygodnych dla siebie faktów, zdecydował się na łamanie prawa, także nie niszczy legendy. Owszem, wymusza nieco inne interpretacje, ale też pozwala zrozumieć pewne wybory czy słowa, które bez tej wiedzy byłyby niezrozumiałe.
Ale nawet gdyby pozostać tylko na poziomie legendy, bez odniesienia do rzeczywistości, to i tak trzeba powiedzieć, że biografia Wałęsy uzupełniona o dokumentację zgromadzoną przez Cenckiewicza i Gontarczyka staje się bardziej interesująca i inspirująca dla zwykłego człowieka. Pokazuje bowiem, że upadek nie musiał być wieczny, że człowiek biorący pieniądze od SB, mógł później walczyć z nią do upadłego, a bohaterowie historyczni nie są jednowymiarowi. Legenda nie zostałaby więc zniszczona, ale umocniona. Jedyne, co musi przestać istnieć, to bajki, jakimi karmiono nas przez całe lata 90.

Paternalizm elit
Świadomość tego, że trzeba skończyć z bajkami, mają bez wątpienia obrońcy przywódcy „Solidarności". Jeśli więc z taką wściekłością występują przeciwko opublikowaniu ściśle naukowej książki historyków IPN, to powód musi być inny niż zamiłowanie do legendarnych postaci. Wiele wskazuje na to, że prawdziwej przyczyny trzeba szukać w ich stosunku do narodu, którego są elitami. Stosunku pełnego źle skrywanej pogardy, a przynajmniej lekceważenia. Z tekstów i wypowiedzi przeciwników książki Gontarczyka i Cenckiewicza aż wylewa się przekonanie, że jedynym powodem opublikowania książki o Wałęsie są frustracje i zła wola części polityków.
Innym, nie mniej pogardliwym argumentem, jest przekonanie, że Polacy nie są w stanie poznać prawdy o własnej przeszłości i nie stracić szacunku dla samych siebie i dla swojej historii. Powracające jak mantra przypominanie, że ubecka prawda o Wałęsie ma zniszczyć polską pamięć historyczną, zakłada bowiem, że Polacy są dziećmi, które trzeba chronić przed niewygodnymi prawdami.
Antylustracyjne elity (czyli po prostu elity jedynie słuszne) stają się przy takim myśleniu obrońcami dziecięcej niewinności społeczeństwa, która nie powinna być naruszana przez nieodpowiedzialnych frustratów. Autorytety stają się dorosłymi, którym trzeba wierzyć na słowo, gdy zapewniają, że lustrowanie jest be, traktat lizboński cacy (trzeba przecież – jak pouczał Adam Michnik – nieustannie powtarzać, że poza UE nie ma dla Polski zbawienia), a PiS i polityka historyczna to rewolwer w rękach wariata. Społeczeństwo jest zaś dzieckiem, które wciąż na nowo trzeba nakierowywać na dobrą drogę, przekonywać, formować, kształtować i utwierdzać w świadomości (tu znowu nie sposób nie odwołać się do Michnika), że ma ono „lepsze elity niż na to zasługuje".
Aby przekonanie to było jednak odpowiednio trwałe, konieczne jest zbudowanie wrażenia, że elity są nie tylko lepsze od obywateli, ale że są w istocie doskonałe. Grzech, zbrodnia, upadek, błąd czy niedoskonała kalkulacja nie mają dostępu do grupy „ludzi mądrych i szlachetnych", którzy w pocie czoła poświęcają swój wolny czas w służbie niewdzięcznego, niedojrzałego i zacofanego narodu. Każda informacja, która burzy taki obraz, powinna zostać odrzucona. I w imię tego odrzucenia broni się teraz Wałęsy, który – choć długo był dla „elit" synonimem obciachu – teraz został ponownie (ale tylko do 1989 r., jak wskazywała Ewa Milewicz) przygarnięty do elity.

Koteria przeciw demokracji
Uznanie, że społeczeństwo zazwyczaj się myli, że nie ma prawa do wiedzy o własnej przeszłości, a także teraźniejszości swoich polityków (czego znakomitym przykładem było wielomiesięczne zwlekanie z ujawnieniem sprawy Rywina, a nawet blokowanie wypływu informacji na jej temat), że nie powinno samodzielnie decydować o kluczowych kwestiach, co do których wiedzę i wystarczające kompetencję mają tylko eksperci namaszczeni przez „elity", jest bowiem czystej wody arystokracją (by nie powiedzieć despotyzmem). Rolę rodów przejmują wtedy medialno-towarzyskie koterie, które zawsze wiedzą lepiej od społeczeństwa.
Warunkiem utrzymania wrażenia „wyższości elit" i ich przeznaczenia do władzy pozostaje jednak utrzymanie monopolu na wiedzę, pozwalającą trzymać pewne osoby w szachu, a także – w nie mniejszym stopniu – zachowanie władzy narracji historycznej, pozwalającej jasno określać, kto jest, a kto nie jest elitą i kogo można, a kogo nijak się nie da włączyć do grona „prawdziwych bojowników o demokrację". I właśnie o to toczy się obecny spór. Lech Wałęsa, choć może mu się wydawać inaczej, jest tylko bronią, którą przeciwnicy lustracji, dostępu społeczeństwa do wiedzy, a także pełnej demokracji, będącej przecież władzą ludu, a nie salonów, wykorzystują w walce przeciw tym wartościom.
Istotą obecnego sporu jest pytanie, czy chcemy żyć w społeczeństwie, w którym funkcjonują koterie, o których członkach nie można napisać nic krytycznego, gdzie książki jeszcze przed publikacją są skazywane na „intelektualną banicję", a historycy oceniani nie za warsztat, ale za poglądy polityczne? Czy rzeczywiście ideałem demokracji jest stan, w którym próba poznania przeszłości polityka czy prześwietlenia jego powiązań jest uznawana (jak podkreślał Andrzej Celiński w Tok FM) za „duperele", które są skutkiem „sowieckiej mentalności"? Jest to zatem tyleż spór o przeszłość, co o przyszłość Polski. 


Stanisław August Poniatowski
(1732-1798)

Polski król przez lata pozostawał na utrzymaniu carycy Katarzyny (której był zresztą kochankiem) i państwa moskiewskiego. W 1763 r. Katarzyna zapewniała go, że wysyła do Polski posłańca, by uczynił go królem. On zrewanżował się wasalizacją Polski, a także powołaniem Szkoły Rycerskiej, która miała dostarczać kadr oficerskich Rosjanom. Mimo to był jedną z osób, które doprowadziły do uchwalenia Konstytucji 3 maja oraz do reformy systemu oświatowego w Polsce, który wydał wielu wspaniałych polityków. Po abdykacji zamieszkał w Petersburgu, gdzie caryca wypłacała mu dożywotnią rentę.

Józef Piłsudski
(1867-1935)
Mimo niewątpliwych zasług w odzyskaniu niepodległości był przez lata oskarżany o współpracę agenturalną i szpiegostwo na rzecz Niemiec. Chodzi oczywiście o okres, gdy – inaczej niż Roman Dmowski – uznał, że źródłem
niepodległości Polski może być współpraca z państwami centralnymi, a nie z Rosją. Innym chętnie przywoływanym przez krytyków faktem było to, że 11 listopada przyjął władzę od Rady Regencyjnej powołanej przez okupantów.

Philippe PÉtain
(1856-1951)
Marszałek Francji, w czasie II wojny światowej był wicepremierem w rządzie Paula Reynauda, a następnie premierem Francji. 22 czerwca 1940 r. podpisał zawieszenie broni z Niemcami, a później powołał kolaboracyjny rząd Vichy. W sierpniu 1944 r. wysłał posłańców do gen. de Gaulle’a, proponując oddanie mu władzy. Niemcy internowali go za to, on jednak odmówił dalszego sprawowania rządów. W kwietniu 1945 r. powrócił do Francji, gdzie został zdegradowany, a następnie skazany na śmierć przez rozstrzelanie. Generał de Gaulle zamienił mu karę śmierci na dożywotnie wiezienie.

 

Kurt Waldheim
(1918-2007)

Był sekretarzem generalnym ONZ w latach 1972-1981 oraz prezydentem Austrii w latach 1986-1991. Z jego władzą w Austrii jest związany jeden z największych skandali politycznych w tym kraju. W 1986 r. ujawniono, że jego biografia została „oczyszczona" z niewygodnego dla niego faktu przynależności do nazistowskiej bojówki SA oraz walk w Wehrmachcie na Bałkanach, gdzie Waldheim pełnił funkcję adiutanta generała Löhra, skazanego później za
zbrodnie wojenne. Ujawnienie jego przeszłości doprowadziło do uznania go za persona non grata w wielu krajach europejskich oraz w USA.

François Mitterrand
(1916-1996)
Ten francuski polityk socjalistyczny, prezydent Francji w latach 1981-1995, w swoich biografiach starannie ukrywał fakt współpracy z rządem Vichy, a także przyznanie mu przez ten rząd honorowego odznaczenia Francisque. Jako prezydent starannie ukrywał natomiast (także dzięki pomocy służb specjalnych), że ma nieślubną córkę i że choruje na raka.

John F. Kennedy
(1917-1963)
Pierwszy katolicki prezydent Stanów Zjednoczonych, który został zamordowany w Dallas, przez lata ukrywał, nie bez udziału najbliższych współpracowników, uraz kręgosłupa, który uniemożliwiał mu normalne sprawowanie urzędu. Ukrywał także dziesiątki pozamałżeńskich romansów (jednym z najbardziej znanych był ten z Marilyn Monroe). W 1953 r. po raz pierwszy pojawiły się pogłoski o separacji i możliwym rozwodzie z Jacqueline Kennedy. Polityk tej rangi nie mógł sobie jednak w tym czasie pozwolić na taki krok, więc rozpad pożycia małżeńskiego tuszowano przez wiele lat.


Okładka tygodnika WPROST: 26/2008
Więcej możesz przeczytać w 26/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także