Kultura syfonów

Kultura syfonów

Jedzeniowy terror zdrowotny ze Stanów Zjednoczonych zatacza coraz szersze kręgi


Piotrze Drogi!

Kaloryczni skrupulanci i tropiciele tłuszczów zwierzęcych uwzięli się ostatnio na wodę z bąbelkami. Naraził im się dwutlenek węgla, który jest przecież istotą bąbelkowatości, więc zalecają picie wody w stanie czystym. A ja kocham bąbelki. Od picia napojów gazowanych powstrzymywałem się tylko wtedy, gdy wycięto mi migdałki, bo bąbelki strasznie szczypały w gardło. Jestem absolutnym czcicielem kultury syfonów, u nas prawie wymarłej, lecz wszechobecnej na Węgrzech, bo to Węgier, benedyktyński nauczyciel Anyos Jedlik, wynalazł w 1829 r. syfon. Kultura syfonów zrodziła kulturę szprycera, wina z dodatkiem gazowanej wody. Syfon w tym wypadku sprawdza się najlepiej, bowiem woda mineralna miewa różne smaki, które mogą zakłócić smak wina. Szprycer to istota środkowoeuropejskości, z każdą szklanką rieslinga albo muskatu z bąbelkami odczuwam coraz większą wspólnotę z mą wielką ojczyzną, ciągnącą się od Triestu po Huculszczyznę. I pijąc wino, żałuję jednocześnie, że nie ma już oranżady z krachlą.
Słowo "krachla" jest powszechnie zrozumiałe w dawnym zaborze austriackim, lecz tym nieszczęsnym, którzy żyją gdzie indziej, należą się lingwistyczne wyjaśnienia. Krachla jest to butelka z charakterystycznym zamknięciem, porcelitowym lub szklanym, przymocowanym do szyjki grubym drutem. Kiedyś tylko w takich flaszkach sprzedawano oranżadę, a i oranżada inna była niż dziś. Landrynkowa, różowa, słodzona prawdziwym cukrem, a nie - jak dziś - wstrętną sacharyną czy też przerażającym z samej nazwy aspartamem.
Obszedłem niedawno mnóstwo sklepów w poszukiwaniu oranżady. W krachlach oczywiście nic nie ma, lecz nie znalazłem też oranżady na cukrze. Wszędzie sztuczne słodziki, a na etykietach groźnie brzmiące ostrzeżenia dla chorych na fenyloketonurię, by nie dotykali aspartamowych erzaców. Tak, mój drogi. Terror dietetyków odebrał mi smak dzieciństwa. Już to wystarczy, by ich nienawidzić.

Twój wściekle zrozpaczony RM



Kochany Przyjacielu!

Spieszę Ci donieść, że to, co Ty nazywasz "krachlą", w okolicach, gdzie ja się wychowywałem, nazywano "butelką z pałąkiem". Też tęsknię do tego niezwykłego urządzenia, które pozwalało powtórnie szczelnie zamknąć już napoczętą butelkę oranżady. Poza tym gdy po lekkim wstrząśnięciu butelką szybkim ruchem uderzało się w ów pałąk kantem dłoni, butelka otwierała się z głośnym, soczystym hukiem, co spragnionego młodego człowieka wprowadzało w ekstazę zbliżającego się spełnienia. No, ale dziś to się już producentom widocznie nie opłaca, choć przecież spotyka się jeszcze takie butelki - rozlewa do nich swoje piwo alzacki browar Fischer.
Co do syfonów, to kilka lat temu można było odnieść wrażenie, że nastał ich renesans. Pojawiły się chyba w całej Polsce plastikowe syfony - nie do powtórnego nabijania przez nabywcę, ale do wymiany. Cóż, ostatnio znowu zanikły.
Zalały nas - całkiem dosłownie - niegdyś długo wyczekiwane bąbelki z Zachodu: coca-cole, fanty i toniki. Niestety, i tu mamy pecha. Otóż moim ulubionym zimnym napojem jest Bitter Lemon Schweppsa. Raczę się nim z rozkoszą w czasie zagranicznych wojaży, ale u nas - mimo iż ta firma jest na naszym rynku jak najbardziej obecna i wprowadza kolejne smaki - akurat tej lemoniady o ciekawym, słodko-kwaśnym, a zarazem leciuchno gorzkawym posmaku "gorzkiej cytryny" jakoś nie ma. Lubię też lemoniadę imbirową. Ginger Ale firmy Canada Dry pojawił się u nas w latach 90., a potem stopniowo zanikł. Ostatnio można czasem dostać imbirowy tonik Kinleya, ale obawiam się, że to też już zanika. Szkoda!
Kiedyś w którymś z hipermarketów natrafiłem na świetne słodzone napoje rodzimej firmy Staropolanka, znanej z doskonałej wody mineralnej. Ale cóż, one także okazały się efemerydą.
Ach pić się chce, idę zaparzyć zielonej herbaty.

Twój Bikont z Bąbelkami i Pałąkiem
Okładka tygodnika WPROST: 31/2002
Więcej możesz przeczytać w 31/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0