Liderzy i maruderzy

Liderzy i maruderzy

Najlepsi i najgorsi przywódcy krajów Europy Środkowo-Wschodniej
Max Weber twierdził, że państwo to przedsiębiorstwo, którym powinien zarządzać polityk obdarzony zdolnościami menedżerskimi. Teza niemieckiego socjologa i filozofa idealnie pasuje do realiów postkomunistycznych krajów Europy Środkowo-Wschodniej. W państwach rządzonych przez sprawnych politycznych menedżerów efekty dobrego zarządzania widać jak na dłoni. Czeski PKB na mieszkańca jest wyższy niż w Portugalii, Słowacja już w przyszłym roku wprowadza euro, a Estonia może się poszczycić większą przejrzystością życia publicznego niż Włochy czy Grecja. Tymczasem Węgry, Bułgaria i Rumunia, którym brakuje sprawnych przywódców, borykają się ze stagnacją ekonomiczną i korupcją, nie mogąc przy tym poradzić sobie z reformami gospodarczymi.Sztuka uwodzenia
Czarnym koniem w gronie przywódców naszego regionu okazał się rządzący od dwóch lat premier Słowacji Robert Fico, szef lewicowej, populistycznej partii Smer. Przed dwoma laty Fico, mający za sobą przeszłość komunistycznego aparatczyka, uwiódł Słowaków, postępując zgodnie z kardynalną zasadą rasowego populisty. Jego poprzednik, przywódca centroprawicowej koalicji Mikuláš Dzurinda zdynamizował słowacką gospodarkę, wprowadzając jednolity podatek 19 proc. Fico, chcąc przypodobać się wyborcom niezadowolonym z liberalnych, prorynkowych reform, obiecywał powrót do państwowego rozdawnictwa i socjalnych przywilejów. Jako premier szybko zrezygnował jednak z populistycznych pomysłów, zachowując liberalny kurs gospodarczy. Dzięki dyscyplinie finansów publicznych, nad którymi sprawowanie pieczy powierzył biznesmenowi i restauratorowi Janowi Pociatkowi, utrzymał też rygoryzm fiskalny i stabilny kurs korony. W rezultacie Słowacja była w stanie spełnić kryteria niezbędne do wprowadzenia od stycznia 2009 r. europejskiej waluty. Pod tym względem Słowacja okazała się lepsza od Czech, choć i premierowi tego kraju Mirkowi Topolánkowi politycznego kunsztu nie brakuje.
Na czele wątłej koalicji, sformowanej po półrocznym pacie parlamentarnym, Topolánek wprowadza trudne i niepopularne reformy. Od stycznia 2008 r. w Czechach obowiązuje 15-procentowa stawka podatku liniowego, która od 2009 r. ma zostać zredukowana do 12,5 proc. Podatek dla firm od 2010 r. będzie obniżony z 24 do 19 proc. Reforma finansów publicznych pozwoli w ciągu najbliższych trzech lat zmniejszyć dziurę budżetową do 2,5 proc. i przygotuje kraj do wejścia do strefy euro, planowanego na 2012 r. Mimo protestów organizacji pacjentów, od stycznia 2008 r. rząd wprowadził częściową odpłatność za wizyty lekarskie i wypisanie recepty. Tempo wzrostu gospodarczego przekracza 6 proc., stopa bezrobocia spadła poniżej 6 proc. – Topolánek to typowy pragmatyk, który konsekwentnie realizuje swój polityczny plan – mówi „Wprost" profesor Milan Znoj, dyrektor Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Karola w Pradze. – Wykazuje się przy tym sporym instynktem przetrwania, który decyduje o trwałości obecnego rządu – dodaje Petr Just, politolog z Uniwersytetu Karola w Pradze.
Politycznemu wizerunkowi premiera Czech nie szkodzą skandale obyczajowe. Topolánek potrafił uczynić narzędziem promocji swojego wizerunku nawet skandal małżeński. Przyparty do muru przez czeskie brukowce przyznał się do romansu z Lucie Talmanovą, wiceszefową Izby Poselskiej i miss parlamentu. Potem, chcąc uciszyć dalsze medialne spekulacje, wiosną 2007 r. sam ujawnił, że jego kochanka spodziewa się potomka. – Większości społeczeństwa wręcz podoba się to, że Topolánek nie jest pruderyjny i nie ukrywa swoich małżeńskich perypetii – uważa politolog prof. Jiří Pehe. Wedle ostatnich sondaży, owianemu aurą skandali Topolánkowi nadal ufa ponad 30 proc. rodaków.
Jeszcze większym zaufaniem, także za granicą, cieszy się prezydent Estonii Toomas Hendrik Ilves, bon vivant i elegant w muszce, o nienagannych manierach i idealnym angielskim akcencie. Urodzony w Szwecji w rodzinie estońskich imigrantów, wykształcony w Stanach Zjednoczonych, od 1996 r. do 2002 r., z roczną przerwą, był szefem estońskiej dyplomacji. Od 2004 r. był posłem do europarlamentu, zyskując duże uznanie w oczach unijnego establishmentu. Dwa lata później miażdżącą większością głosów został wybrany na prezydenta przez estoński parlament. Spokojny o gospodarczą kondycję kraju (Estonia rozwija się w tempie 12 proc.) Ilves skupił się przede wszystkim na polityce zagranicznej. Przekonany, że – jak sam wielokrotnie podkreślał – droga do poprawnego ułożenia relacji z Moskwą wiedzie przez Brukselę, postawił na zbliżenie z krajami Europy Środkowo-
-Wschodniej via Unia Europejska. Według niego, to najlepsza gwarancja obrony przed presją Kremla, który ostro protestował przeciwko usunięciu pomnika radzieckich żołnierzy z centrum Tallina.

„Spieprzyliśmy wszystko"
W gronie wielkich przegranych regionu znalazł się prezydent Rumunii Traian Băsescu. Ten absolwent prestiżowego Instytutu Marynarki w Konstancy, w latach 80. kapitan największego rumuńskiego statku handlowego, po wyborze na prezydenta cieszył się poparciem prawie 60 proc. obywateli. Unia Europejska wiązała z jego osobą nadzieję na przyspieszenie gospodarcze kraju sponiewieranego dyktaturą Ceauşescu. Băsescu szybko jednak zaszkodził autokratyczny i bezkompromisowy styl sprawowania władzy, a także awantury z dziennikarzami, których nazywał zarazą. W kwietniu 2007 r. parlament stosunkiem głosów 322 do 108 przegłosował usunięcie prezydenta z urzędu, zarzucając mu nadużycie władzy i łamanie konstytucji. Băsescu nie miał jednak zamiaru rezygnować ze stanowiska. Miesiąc później ogólnokrajowe referendum w sprawie odwołania prezydenta zakończyło się porażką opozycji. Prezydent ocalił urząd, ale awantura wokół impeachmentu poważnie podkopała jego polityczną pozycję. Niebawem okazało się też, że jest zupełnie bezradny wobec największych bolączek kraju, takich jak korupcja i nepotyzm. Lipcowy raport Komisji Europejskiej w sprawie rumuńskiej korupcji nie pozostawił na władzach w Bukareszcie suchej nitki. Bruksela wytknęła Rumunii przede wszystkim brak realnych pomysłów na wyjście z kryzysu.
Z podobnymi problemami nie może też sobie poradzić premier Bułgarii i lider postkomunistów Siergiej Staniszew. Wychowany w ZSRR, absolwent historii na Uniwersytecie Moskiewskim, zamiast na gospodarczych reformach i wyrównywaniu dysproporcji rozwojowych skupił się na podtrzymywaniu kruchej koalicji ze stronnictwem byłego cara Symeona II i partią mniejszości tureckiej. Bułgarzy mają już jednak najwyraźniej dosyć Staniszewa. Według ostatnich sondaży, jego odejścia domaga się prawie 70 proc. społeczeństwa. Opieszałość władz w Sofii coraz bardziej irytuje też Brukselę. W lipcowym raporcie Komisji Europejskiej Bułgaria zebrała cięgi od Brukseli za nepotyzm, panoszącą się korupcję i przestępczość. Komisja Europejska wstrzymała Sofii wypłatę prawie 0,5 mld euro środków
z funduszy strukturalnych.
Maruderem okazał się też Ferenc Gyurcsány, jeden z najbogatszych Węgrów, po wygranych w 2006 r. wyborach pierwszy tamtejszy premier, który utrzymał się przy władzy dłużej niż jedną kadencję. – Gyurcsány był traktowany jak mąż opatrznościowy, który postawi na nogi dotkniętą kryzysem gospodarkę – mówi Krisztián Szabados, politolog z ośrodka analitycznego Political Capital. Wyborcom nie przeszkadzała komunistyczna przeszłość Gyurcsánya ani jego niewyparzony język i rozliczne gafy, jak porównanie do terrorystów piłkarzy Arabii Saudyjskiej rozgrywających towarzyski mecz z reprezentacją Węgier. Ważniejszy był image elokwentnego, znającego angielski światowca w szykownym garniturze, a przy tym wrażliwego społecznie polityka świetnie rozumiejącego potrzeby zwykłego obywatela. Zauroczenie szybko jednak minęło. We wrześniu 2006 r. do mediów przedostały się nagrania ze zorganizowanej po wyborach konferencji partyjnej, dowodzące, że rząd przez dwa lata okłamywał Węgrów, fałszując informacje na temat sytuacji gospodarczej. „Spieprzyliśmy wszystko" – z rozbrajającą szczerością przyznał Gyurcsány. Naddunajski marazm i brak rzeczywistej alternatywy skompromitowanego premiera przedłużają tylko agonię gabinetu Gyurcsánya, która może potrwać do następnych wyborów w 2010 r. Fatalnie odbija się to na kondycji węgierskiej gospodarki. Deficyt budżetowy sięga 6 proc., inflacja przekracza 7 proc., bezrobocie 8 proc., a z kraju uciekają zagraniczni inwestorzy.

Dwie prędkości
Słabość politycznych liderów wyraźnie ciąży na rządzonych przez nich krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Prymusi, pod batutą sprawnych i utalentowanych przywódców, coraz bardziej zostawiają w tyle regionalnych maruderów, którzy nie mogą sobie poradzić z wyzwaniami transformacji. Już wkrótce może się więc ziścić czarna wizja Europy Środkowo-Wschodniej jako regionu dwóch prędkości, gdzie przepaść między prymusami a outsiderami będzie się pogłębiać. Szansą na odwrócenie tego scenariusza wydaje się zastąpienie regionalnych maruderów przez przywódców umiejących sprawnie zarządzać „politycznym przedsiębiorstwem". Nie wiadomo jednak, czy ci akurat czytają Maksa Webera.
Okładka tygodnika WPROST: 34/2008
Więcej możesz przeczytać w 34/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także