Kijowskie wojny na górze

Kijowskie wojny na górze

Z każdym kolejnym politycznym zawirowaniem Ukraina zbliża się do statusu rosyjskiej kolonii
Choć ledwo go widać zza pleców prezydenta, jest solą w oku otoczenia premier Julii Tymoszenko. Żądanie jego usunięcia było pierwszym warunkiem narodowej zgody i prezydencko-rządowego przymierza. To Wiktor Bałoha, szef sekretariatu prezydenta, ostatnio główny rozgrywający w ukraińskiej polityce. Kariera Bałohy może służyć za przykład względności podziałów na ukraińskiej scenie politycznej, gdzie przynależność do obozu wroga nie przesądza sojuszy. Od Kuczmy do Juszczenki
Bałoha, 45-letni działacz najpierw proKuczmowskiej Socjalno-Demokratycznej Partii Ukrainy, z której listy został merem zakarpackiego Mukaczewa, w trzy lata rozbił partyjne struktury w regionie. Jego przejście do Naszej Ukrainy, z której list startował w wyborach na szefa administracji regionalnej, zaowocowało wiosną 2004 r. awanturą. Była preludium do pomarańczowej rewolucji. Wybory w Mukaczewie zostały sfałszowane, miejscowi „patrioci" pobici, a Bałoha – choć przegrał – na krótko został bohaterem lokalnej demokracji i doczekał się miana zaufanego przyszłego prezydenta Wiktora Juszczenki. Zakarpacie stało się na kilka lat niepodzielnym królestwem Bałohy. I choć to region skory do rewolucji i ogłaszania rusińskich suwerenności – jak to udowodnił trzykrotnie w ciągu XX wieku – Bałoha zjednoczył pomarańczowe siły i został szefem obwodowej administracji. Stąd droga do Kijowa była już prosta i zaufany prezydenta został ministrem – notabene – do spraw sytuacji nadzwyczajnych, a następnie szefem prezydenckiej administracji.
Od tamtej pory Wiktor Juszczenko stał się nieprzejednanym wrogiem Julii Tymoszenko jako premiera. Wbrew dramatycznie spadającemu poparciu w sondażach (poniżej 3 proc.), czego nie doświadczył nawet Leonid Kuczma w apogeum swojej niepopularności, prezydent Ukrainy walczy ze swoim pomarańczowym rządem. A Bałoha pisze scenariusze mające pogrążyć liderkę BJuT przed wyborami prezydenckimi w 2009 r. Działa wytaczane przez sekretariat prezydenta wprawdzie strzelają nieco na oślep, ale jeśli potraktować na serio te argumenty, Ukraina stoi na skraju przepaści. Pani premier miała zaprzedać niepodległość ekonomiczną państwa, sabotować politykę energetyczną prezydenta na rzecz Rosji i Chin, wyprzedawać majątek narodowy, blokować napływ nierosyjskich inwestycji, finansować własną partię ze środków bud-żetowych i stać za próbą zamordowania prezydenckiego szefa kancelarii.
Najcięższym grzechem Tymoszenko jest jednak parlamentarny sojusz z Partią Regionów i komunistami, w którego wyniku będzie można nie tylko zagrać na nosie prezydenckiemu ministrowi, ale też odrzucić prezydencki sprzeciw. Bałoże pozostało stwierdzić: „Obecny sojusz wczorajszych antagonistów jest dziwacznym połączeniem populizmu, wielkiego kapitału, leninowskich haseł i niezmierzonych apetytów na władzę". Prowokacyjne posiedzenie Rady Najwyższej pokazało, że nowy niebiesko-pomarańczowy układ osłabił moc prezydenckich dekretów, odebrał mu władzę nad kluczowymi ministrami oraz prawo mianowania i zwalniania szefa służb bezpieczeństwa. Tego dnia prezydenckie krzesło w parlamencie było puste, a Tymoszenko zasiadła w ławach swojej partii, kibicując głosowaniom. Wzburzony szef parlamentu Arsenij Jaceniuk odmówił prowadzenia obrad.

Daczowa demokracja
Proprezydencka Nasza Ukraina nigdy nie była monolitem, a wybór Juszczenki na prezydenta pogłębił rozłamowe tendencje. Jedyny działacz, którego skłonny jest słuchać Juszczenko, Iwan Pluszcz, został zmarginalizowany i zepchnięty do roli politycznego emeryta. W 2008 r., zgodnie ze znaną z polskiego podwórka przewrotną logiką łączenia przez podział, w ramach partii wyłonił się nowy byt – Zjednoczone Centrum (Jedynyj Centr). W czerwcu 2008 r. Bałoha odszedł z Naszej Ukrainy i wstąpił do tej nowej partii, która ma stanowić zaplecze głowy państwa i zagwarantować mu reelekcję. Pomarańczowy sojusz, który został wypowiedziany, doprowadził do kolejnego podziału – koalicję porzucili socjaliści Jurija Łucenki spod znaku Ludowej Samoobrony. Choć to jedynie 18 deputowanych, wśród nich pozostają dawni przyjaciele, dziś wrogowie prezydenta, tacy jak Dawyd Żwanija, który zasłynął z tezy o samootruciu się Juszczenki (choć jako jedyny uczestniczył we wszystkich trzech spotkaniach lidera ówczesnej opozycji fatalnego 5 września 2004 r.).
Sprawa toksycznych posiłków Juszczenki pozostaje niewyjaśniona, co podaje w wątpliwość wszechmoc prezydenta. Juszczenko zmarnował swoją popularność i otoczył się dworem doradców bardziej dbających o własne wpływy niż o interes państwa. Bohaterowie pomarańczowego Majdanu walczą dziś z sobą, a parlament przypomina rezerwat dla bogaczy. Reguły demokracji zastąpione zostały sąsiedzkimi pogwarkami przez płoty posiadłości polityków w Konczej-Zaspie i Puszczy-Wodyci, gdzie zgodnie żyją Leonid Kuczma z Wiktorem Medwedczukiem, Wołodymyr Łytwyn z Ołeksandrem Morozem, Tymoszenko i Juszczenko. Politycy w oświadczeniach podatkowych co roku biednieją, a doniesienia prasowe o korupcji w rodzinie prezydenta nie mają konsekwencji.
Wścibskim obserwatorom ukraińskiej sceny politycznej pozostaje oglądanie w Internecie filmów nakręconych ukrytą kamerą, na których urzędnik „załatwia" pozwolenia za dolarowe prezenty, rekomenduje swoich ludzi w administracji i ustawia lewe interesy (http://ua.pravda.com.ua/news/2008/8/6/79641.htm). Wojny, które wypowiadają politycy, nie mają związku z żadnym programem politycznym ani wyborczymi obietnicami. Żadna z barw, które kojarzymy z głównymi politycznymi siłami – pomarańczowy Blok Tymoszenko i Nasza Ukraina oraz niebieska Partia Regionów – nie gwarantuje lepszej jakości rządów. Trwa spór o poszerzanie kompetencji raz prezydenta, raz premiera. Mogą być zawierane każde, byle skuteczne, sojusze. Juszczenko sprzymierzył się z Wiktorem Janukowyczem, by samemu zostać zdradzonym przez pomarańczowych. Przedterminowe wybory nie dały ani nowej równowagi sił, ani jasnego podziału kompetencji władzy. Główni aktorzy konfliktu z 2006 r. albo wypadli, jak Ołeksandr Moroz, poza polityczną burtę, albo tkwią w narożniku, jak sam Juszczenko.
Największymi wygranymi pozostają lider opozycji Wiktor Janukowycz i Julia Tymoszenko, do których dołączyli komuniści. Partia Regionów ma w Radzie Najwyższej 185 posłów, BJuT – 156, a komuniści – 27, co daje im większość do obalenia prezydenckiego weta. Pozostaje pytanie, jak długo wytrwają w tej koalicji, bo pogróżki prezydenta o rozpuszczeniu rządu i ogłoszeniu nowych, znów przedterminowych wyborów, wydają się pustosłowiem.

Instynkt samobójcy
Wybory, którymi grozi prezydent – co prawda coraz mniej hałaśliwie – byłyby ostatecznym pogrzebaniem jego politycznej przyszłości. Dochodząca do 30 proc. przewaga Tymoszenko i jej bloku w sondażach oraz stały i niezmiennie wysoki elektorat Partii Regionów nie zostawiają miejsca dla Naszej Ukrainy i stawiają pod znakiem zapytania możliwość reelekcji prezydenta. Juszczenko nadawał się na ikonę rewolucji, ale za decyzje, nielicujące z prozachodnim wizerunkiem gwaranta demokracji, płaci nie tylko mizernym poparciem politycznym, ale też opinią polityka słabego, uwikłanego w układy, niezdolnego do konstruktywnych działań. Nasza Ukraina, wychodząc z rządowej koalicji, zwalnia miejsce dla stęsknionej za władzą Partii Regionów, która nie ukrywa, że nie jest stworzona do tkwienia w opozycji. Janukowycz zapewne szykuje się do zajęcia miejsca przewodniczącego parlamentu – dogodnego do spełnienia jego prezydenckich ambicji.
Czy stanowisko głowy państwa z okrojonymi pełnomocnictwami nadal będzie atrakcyjnym kąskiem? Ukraińscy politycy nie zauważają, że zmierzając od modelu państwa prezydenckiego ku parlamentarno-rządowemu, osłabiając pozycję prezydenta – przez uproszczenie procedury impeachmentu popartej 363 głosami (na 450) – naruszyli jedyny znany im postsowiecki porządek polityczny. O ile poselskie harce były temperowane przez prezydenta, o tyle dziś gwarantem stabilności jest premier – z poparciem trwałym lub incydentalnym w Radzie Najwyższej.
Można się zastanawiać nad postawionym w poprzednim wydaniu „Wprost" przez Andrzeja Nowaka pytaniem: czy Europa jest kolonią Rosji? Trudno nie zauważyć, że Ukraina z każdym politycznym zawirowaniem zbliża się do tego statusu. W Sewastopolu odbywają się wiece poparcia dla „pokojowej interwencji" Rosji na Kaukazie, w Odessie przed cerkwiami zbiera się podpisy przeciwko NATO, w Doniecku ukraiński należy do języka ledwo tolerowanej mniejszości, a ropa jak płynęła, tak płynie rurociągiem z Brodów w kierunku przeciwnym do Europy.
Zgodnie z retoryką prezydenta ze spotkania w gronie G7, Ukraina nie ustaje w proeuropejskiej walce „o rozwój demokracji, swobód obywatelskich, zachowanie integralności terytorialnej". Ale do tego repertuaru dołączył chór głosów, które wskazują Ukrainę jako następną do skolonizowania. Na granicach państwa od 18 lat są dwa punkty zapalne: Krym z autonomią i Flotą Czarnomorską oraz Naddniestrze pod przywództwem gen. Igora Smirnowa, wdzięcznego za opiekę matiuszki Rosji. W obu wypadkach scenariusz pisany jest tak samo – „prześladowana rosyjska mniejszość" wyraża poparcie dla prawdziwej ojczyzny za rosyjskie paszporty.
Kraj, zwany w terminologii Moskwy bliską zagranicą, za spokój płaci wyrzeczeniem się aspiracji euroatlantyckich. Ukraińscy posłowie nie zdobyli się na żadne oświadczenie w sprawie konfliktu w Gruzji, choć do wyboru mieli aż 10 projektów uchwał. Można przypuszczać, że tak samo niemrawo będą reagować w sprawie naruszania integralności terytorium własnego państwa. Partia Regionów gotowa była nawet uznać suwerenność państwową obu gruzińskich prowincji i potępiła Juszczenkę za zaangażowanie po stronie prezydenta Saakaszwilego. Konflikt kaukaski jak papierek lakmusowy pokazał, że w ukraińskich wojnach o władzę każda cena jest dla polityków do zapłacenia.


Okładka tygodnika WPROST: 38/2008
Więcej możesz przeczytać w 38/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0