Kolejowy Dom Kultury

Kolejowy Dom Kultury

Film Agnieszki Holland był jedynym rodzynkiem festiwalu w Wenecji

Możesz być najlepszym grzybiarzem, ale jeśli nie padało, to w lesie i tak nic nie znajdziesz" - tak skomentował poczynania nowego dyrektora festiwalu filmowego w Wenecji Moritza de Hadelna, jego poprzednik Gillo Pontecorvo. De Hadeln, były dyrektor Festiwalu w Locarno i ojciec sukcesu Berlinale, podkupiony przez Włochów, by wymyślił nową formułę umierającej weneckiej Wystawy Sztuki Filmowej, zebrał to, co najlepsze w światowej produkcji. Niestety, najlepsze okazało się takie sobie. Jak powiedział najsłynniejszy włoski krytyk sztuki Vittorio Sgarbi, "w porównaniu z Cannes jesteśmy w kolejowym domu kultury".
Trudno nie przyznać mu racji. Wenecki Palazzo del Cinema przypomina prefabrykowany barak. Hotel Excelsior najlepsze lata ma już za sobą, a miejskie kasyno jest podobne do Łubianki. W Cannes biznes filmowy kręci się aż furczy, a w Wenecji tylko dwóch lub trzech laureatów Złotych Lwów spośród ostatnich dwudziestu dostało się do dystrybucji. Dotychczas tłumaczono, że w Cannes triumfuje komercja, a w Wenecji - jakość. Moritz de Hadeln chce to zmienić. "Żadnych filmów irańskich - miał powiedzieć - prawdziwe kino powstaje w Hollywood".

Nuda i rozczarowanie
Niestety, Spielberg odmówił prezentacji "Minority Report". Nie przyjechał Martin Scorsese ze swymi "Gangami z Nowego Jorku", a nawet Roberto Benigni z "Pinokiem". Dlatego w Wenecji prezentowano sensacje zastępcze, takie jak wygwizdana przez część dziennikarzy "Droga do zatracenia" Sama Mendesa, z Tomem Hanksem w roli głównej i Paulem Newmanem w drugoplanowej. Hucznie zapowiadana "Frida" Julie Taymor też została przyjęta gwizdami. Świetna meksykańska malarka Frida Kahlo zasługiwała na lepszy film i na bardziej przekonywającą odtwórczynię niż Salma Hayek. Zawiodły "Pocałunek niedźwiedzia" Siergieja Bodrowa i "Dom wariatów" Andrieja Konczałowskiego. Uśmieszki politowania wywołały pozakonkursowe produkcje hollywoodzkie, choćby "Between Strangers"
- syna Sofii Loren, Edoardo Pontiego, "K-19"
- Kathryn Bigelow (z Harrisonem Fordem) czy "Full Frontal" Stevena Soderbergha. Ten ostatni miał dobry marketing, bo obiecał pokazać Julię Roberts na golasa (full frontal), a tymczasem była ona cały czas szczelnie zapięta po szyję. Clint Eastwood w swym "Blood Work" tym razem przefilozofował. Odrobiny rozrywki dostarczył niezły "Ken Park" Larryego Clarka, który jednak ze względu na liczne sceny ostrego seksu powinien być raczej pokazywany na festiwalu filmów porno w Cannes.

Upadłe i ocalone
W festiwalowym grochu z kapustą zdecydowanie uratowały się "Z dala od nieba" Todda Haynesa z Julianne Moore w roli głównej, "Człowiek z pociągu" Patrice Lecontea, a przede wszystkim wystrzałowy "Magdalen Sisters", czyli "Siostry Magdalenki" Szkota Petera Mullana - o zakładzie dla upadłych dziewcząt, z zakonnicami w rolach oprawców. Historia nie tylko w stu procentach prawdziwa, ale i współczesna: ostatni z tych specyficznych zakonnych pensjonatów zamknięto w 1996 r. Do dziś żyje jeszcze ok. 30 tys. kobiet - survivers (tych, które przetrwały) - jak je nazywa Mullan. Nie otrzymały żadnego odszkodowania za bezprawne więzienie, codzienne upokorzenia, a nierzadko tortury. Niektórym odebrano dzieci. Wszystkie nauczono nienawidzić swego ciała.
43-letni Peter Mullan to nagrodzony Złotą Palmą w Cannes aktor z filmu Kena Loacha "My name is Joe". Wstrząsnął krytyką i publicznością swoim reżyserskim debiutem "Sieroty". Obecnie z odwagą poruszył temat, do jakiego inni nie ośmielili się zabrać. "Kiedy pracowałem jako ochotnik w zakładzie dla umysłowo chorych - mówi Mullan - poznałem zakonnicę, która była najgorszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałem. Utożsamiłem ją ze złą stroną Kościoła. I im dłużej pracowałem nad tym filmem, tym dobitniej uzmysławiałem sobie, że nie ma wielkiej różnicy między tymi instytutami a talibami. Jestem katolikiem i zawsze nim będę, ale uważam, że Kościół powinien przemyśleć to, czego dokonał w XX wieku, by zrozumieć, jak ma postępować w wieku XXI".
Oczywiście, natychmiast odezwały się głosy twierdzące, że "Mullan nic nie zrozumiał z kościelnej misji". Zrozumiał, i to dobrze: Kościół to instytucja ważna dla milionów ludzi, oczekujących wszystkiego tego, czego nie daje im doczesność. Dlatego, choć nie może być idealny, powinien do ideału dążyć. Polacy mieli okazję przypomnieć sobie niedawno, jak wygląda dobre oblicze Kościoła. Teraz Mullan pokazał nam to drugie.

Agnieszka, Agnieszka
Agnieszka Holland, zaproszona do głównego konkursu, zrobiła najlepszy film spośród tych, które pokazano w tym roku w Wenecji. Obraz na miarę Kieślowskiego. Bohaterką jest matka nieuleczalnie chorego chłopca, szukająca pomocy u uzdrowiciela. Australijka Miranda Otto, odtwórczyni tytułowej roli Julii, zagrała jedną z najwspanialszych filmowych ról kobiecych ostatnich lat. "Julia wraca do domu" to jeden z tych filmów, które się "odchorowuje". Film, który reżyser mężczyzna raczej by zepsuł. Mimo że wśród producentów wykonawczych był Krzysztof Zanussi, w "Julii" nie ma łatwych recept na religijność, żadnych zupek instant z Panem Bogiem w proszku: wystarczy Go zalać ciepłą wodą i katolik gotowy! W tym filmie wszystko jest umyślnie brzydkie: wstrętna Kanada, okropna Polska, odrażająca Rosja. Brzydkie są wnętrza, nawet aktorzy, zwłaszcza mężczyźni. Piękne są tylko uczucia, wydobywające się ponad brzydotę entourageu.


Okładka tygodnika WPROST: 37/2002
Więcej możesz przeczytać w 37/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0