Czerwony Napoleon

Czerwony Napoleon

Jeszcze nigdy od zburzenia muru berlińskiego dogmatyczna lewica w RFN nie była tak silna jak obecnie
Gdy 16 września 2008 r. Oskar Lafontaine wydał przyjęcie z okazji swych 65. urodzin, nie przyszedł nikt z szefostwa SPD. Niemieccy socjaldemokraci życzyliby mu najchętniej, żeby poszedł do diabła. Posunięcia byłego szefa tej partii, dziś dobosza czerwonych dogmatyków z Lewicy (Die Linke), spędzają sen z powiek dawnym towarzyszom, którzy tracą wyborców na rzecz nowego „obrońcy ludu pracy". Nie wiedzą, jak wydobyć SPD z największego kryzysu w jej historii i z politycznego klinczu.– Najpierw z nas kpili, teraz miny im zrzedły – cieszy się Lafontaine. Niemieckim socjaldemokratom faktycznie nie do śmiechu: sojusz związkowców i postkomunistów z Lewicy w niektórych okręgach przewyższa notowania SPD i wciąż pnie się do góry. Lafontaine, wczoraj skazany na polityczny niebyt za dezercję z partii i gabinetu Gerharda Schrödera, dziś znów jest jednym z najważniejszych graczy i śni o współrządzeniu w Niemczech.
O tym, jak groźny dla SPD stał się Napoleon z Saary, jak nazywano go, gdy był premierem tego landu, świadczy niedawna uwaga Helmuta Schmidta, że Lafontaine jest charyzmatycznym mówcą równym Hitlerowi.

Nóż w kwiatach
Socjaldemokraci takiego mówcy jak Lafontaine nie mają. Nie był nim pozbawiony niedawno urzędu były przewodniczący SPD Kurt Beck, nie jest nim też partyjny pomazaniec na stanowisko kanclerza, szef MSZ Frank-Walter Steinmeier ani nawet ściągnięty z domu dla ratowania partii stary-nowy szef socjaldemokratów Franz Müntefering. Lafontaine umie być trybunem ludu. Na jego wiecu w Templinie, gdzie stoi dom rodziców Angeli Merkel, tłum kłębił się jak za Honeckera na masówce z okazji święta rewolucji październikowej. „To, co dziś dzieje się w Berlinie, można określić jako jedno wielkie polityczno-socjalne świństwo!" – grzmiał Lafontaine, a tłum bił mu brawo po każdym zdaniu o „przerdzewiałej moralności przedsiębiorców", „bogaceniu się bogatych i ubożeniu biednych” czy „deptaniu przez koalicję CDU/CSU-SPD państwa opiekuńczego”.
Lafontaine ma gębę nie od parady i nie należy do bojaźliwych. Ten fizyk z wykształcenia, a polityk z powołania zasiadł w parlamencie Saary w wieku 27 lat i był premierem tego kraju przez trzynaście lat, aż do objęcia funkcji ministra finansów w rządzie Schrödera. Wcześniej sam próbował zdobyć urząd kanclerski. Gdy w 1990 r. na wiecu w Kolonii pewna kobieta podcięła mu gardło nożem ukrytym w bukiecie kwiatów, wydawało się, że porzuci politykę. Wyzdrowiał i stanął do pojedynku z Helmutem Kohlem. Przegrał, gdyż Kohl obiecywał rodakom po zjednoczeniu „kwitnące krajobrazy",
a Lafontaine mówił o pocie, łzach i wzywał do etapowego łączenia obu republik. Jego przepowiednie się sprawdziły, lecz to nie on został kanclerzem. Był akuszerem wyborczego sukcesu Schrödera. Obaj udawali zgodność, ale w rzeczywistości nie lubili się i różnili diametralnie.
Właśnie konflikt Schrödera i Lafontaine’a można uznać za początek obecnego kryzysu popularności SPD. Lafontaine był skłonny do flirtu z enerdowskimi postkomunistami z PDS, Schröder wolał liberałów z FDP, lecz bez wzajemności. Były kanclerz, nazywany towarzyszem bossów, prezentował orientację prorynkową, jego minister był za państwowym interwencjonizmem i hołdował przestarzałym lewicowym pojęciom sprawiedliwości społecznej. Projekt reformy fiskalnej Lafontaine’a poprzedziło przywrócenie świadczeń socjalnych obciętych przez Kohla. Gospodarkę i rynek pracy miało ożywić zwiększenie siły nabywczej społeczeństwa przez obniżkę podatków dla najuboższych i podwyższenie dla lepiej zarabiających, a dziury budżetowe w reanimowanym państwie socjalnym miały załatać podwyżki cen energii, paliw i podatku VAT. Pomysły Lafontaine’a wywołały falę czarnych prognoz instytutów naukowych. Już w pierwszym półroczu istnienia rządu Schrödera pracę straciło pół miliona ludzi. Kanclerz zdecydował się na radykalny zwrot: ograniczenie państwowego rozdawnictwa i liberalizację gospodarki. Po nocnej awanturze ze Schröderem Lafontaine uciekł do domu w Saarbrücken, porzucił pracę, partię i oddał poselski mandat.
Schröder postanowił być niemiecką Margaret Thatcher. Jego reformy i cięcia socjalne poprawiły wskaźniki gospodarcze RFN, wyraźnie spadło bezrobocie, lecz przeciętnych Niemców to nie przekonuje. Na SPD spadło oskarżenie o zdradę lewicowych ideałów. Po Lafontainie legitymacje SPD zwróciło prawie ćwierć miliona socjaldemokratów, a Napoleon z Saary zjednoczył pod sztandarem Lewicy zachodnich związkowców z WASG oraz spadkobierczynię Honeckerowskiej SED z nowych landów (PDS) i przystąpił do kontrataku. Obecnie przewodzi frakcji Die Linke w Bundestagu. Choć SPD usiłuje zdyskredytować Lafontaine’a i jego „zgraję frustratów", jak określa to ugrupowanie premier Brandenburgii Matthias Platzeck, ich popularność rośnie. Wprawdzie Platzeckowi udało się w niedawnych wyborach wygrać z „frustratami", lecz Lewica uzyskała tylko jeden procent głosów mniej od SPD. Ów rezultat jest symptomatyczny: jeśli zsumować wyniki obu tych partii, okazuje się, że wskazała na nie ponad połowa elektoratu, a na chadeków tylko co piąty wyborca. Niemcy tęsknią za lewicową nadopiekuńczością i rozdawnictwem, lecz czują się oszukiwani przez SPD podporządkowaną chadeckiej kanclerz w rządowej koalicji z CDU/CSU.

Między dżumą a cholerą
Według najnowszego sondażu Instytutu Forsa, gdyby dziś odbyły się wybory federalne, prawica osiągnęłaby 37-procentowe poparcie, zaś SPD tylko 26-procentowe. To jednak tylko pół prawdy. Trzecią siłą polityczną w Niemczech, która wyprzedza liberałów z FDP i Zielonych, jest właśnie Lewica. Gdyby analogicznie połączyć jej notowania z SPD, chadecy utraciliby pozycję lidera. Tyle że sukces czerwonych ortodoksów oznacza klęskę SPD, która niespełna rok przed głosowaniem Niemców stoi przed wyborem między dżumą a cholerą. Pierwsza możliwość ratowania się SPD przed wypchnięciem do ław opozycji to kontynuacja koalicji z CDU/CSU. Ponowne sprzedanie się pod komendę Angeli Merkel to jednak trwanie socjaldemokratów w dyskredytującej roli rządowej zapchajdziury i dalsza utrata politycznej wyrazistości. Poza tym socjaldemokraci zdają sobie sprawę, że pójdą w odstawkę, gdy tylko chadekom do zdobycia parlamentarnej większości wystarczą mandaty liberałów z FDP. Ratunkiem dla SPD mogłyby być wielobarwne miraże z Zielonymi i FDP, co jest mało prawdopodobne, bo pierwsi są zbyt słabi, a drudzy chcą współrządzić z chadekami. W tej sytuacji języczkiem u wagi dla SPD pozostaje znienawidzona Lewica ze zdrajcą Lafontainem.
Jeszcze nigdy od zburzenia muru berlińskiego czerwoni dogmatycy nie byli w RFN tak silni jak obecnie. „To nasza pierwsza stolica landu, ale nie ostatnia – skomentował triumfalnie Lafontaine po zwycięstwie Angeliki Gramkow w Meklemburgii Przedpomorzu. Nawet w konserwatywnej Bawarii Lewica zdobyła w niedawnych wyborach prawie 5 proc. poparcia, zasiada już w pięciu parlamentach zachodnich landów, a sam Lafontaine chce za rok zostać pierwszym czerwonym premierem w tej części republiki. I ma duże szanse; w jego rodzinnej Saarze pod francuską granicą Die Linke wyprzedziła w sondażach byłych towarzyszy z SPD.

Próba trzeźwości
Sukces Lewicy i problemy SPD wynikają z tego, że Lafontaine przywraca czerwonym ideowcom poczucie ważności. To on otwarcie sprzeciwił się obserwacji postkomunistów przez agentów Urzędu Ochrony Konstytucji. Uzasadnienie tej inwigilacji brzmiało: ich działalność godzi w porządek demokratyczny RFN. Lafontaine przytoczył słowa Münteferinga sprzed kilku lat o ataku „kapitalistycznej szarańczy" i wyszydził starego-nowego szefa SPD: „Jeśli tę kapitalistyczną szarańczę uznać za część składową naszej konstytucji, to istotnie, występujemy przeciw". Lewica służy dziś Niemcom walczącym o podwyżki płac i przywrócenie przywilejów socjalnych jako tłuczek na partie rządzące. Gdy w lipcu 2008 r. pracodawcy nie chcieli się zgodzić na warunki 221 strajkujących kierowców autobusów w Saarze, ci zagrozili, że gremialnie wstąpią do Die Linke. I osiągnęli, co chcieli.
Nerwy członków SPD są na wyczerpaniu. Tandem Steinmeier–Müntefering obiecuje wydobycie partii z politycznego klinczu. Zadanie trudne, gdyż do pokonania mają nie tylko rywali z CDU/CSU czy Die Linke, lecz także ludzi z własnej partii. Wiceprzewodnicząca socis Andrea Nahles otwarcie wzywa do połączenia sił z Lewicą, podobnie jak coraz więcej terenowych oddziałów SPD. Lafontaine odpowiada: „Jestem za, ale jeszcze nie teraz. Postawienie Steinmeiera i Münteferinga na czele socjaldemokratów oznacza kontynuację kursu Schrödera, a to z nami jest niemożliwe. Niech dojrzewają, jeszcze sami do nas przyjdą". „Führer" Lewicy stawia warunki i powtarza swe slogany: „Dość okradania obywateli ze zdobyczy socjalnych, dość nieodpowiedzialnej polityki międzynarodowej!”. Jego ostatnią receptą na szczęście rodaków i powszechny dobrobyt jest obietnica zmiany konstytucji, aby wywłaszczyć z majątków rodzinne klany. Niemcy stoją przed dziejową próbą politycznej trzeźwości.
Okładka tygodnika WPROST: 41/2008
Więcej możesz przeczytać w 41/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także