Profesor staje na głowie

Profesor staje na głowie

Uniwersytecki wykład musi się dziś łączyć z show


Kip Thorn, profesor hipis z California Institute of Technology z pacyfą na T-shircie, słynął z tego, że fizykę jądrową tłumaczył swoim studentom na trawniku przed uniwersytetem, a skomplikowane wzory zapisywał na serwetkach w knajpce. Genialnym wykładowcą przyciągającym tłumy słuchaczy był Richard Feynman, fizyk, laureat Nagrody Nobla, który chcąc wzbudzić zainteresowanie słuchaczy, grał na wykładach na bębnach. Kilka miesięcy temu Bryan Travis, matematyk z Los Alamos, przebywając na warszawskim sympozjum zorganizowanym przez Mic-rosoft, opowiadał o zasadach budowania języków komputerowych przebrany za głównego bohatera filmu "Matrix". Na najważniejszych uczelniach świata kończy się era wykładów ex cathedra. Nauczyciele akademiccy wiedzą już, że za wszelką cenę - odnotowywaną także na kontach - muszą przykuć uwagę słuchaczy. A u nas?
- Albo bĘdziemy zanudzaĆ, albo wprowadzimy elementy show - mówi prof. Zbigniew Nęcki, psycholog społeczny i dyrektor Instytutu Zarządzania Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. - Wykład jest średniowieczną formą dydaktyczną, powstałą w czasach, gdy brakowało książek. Dziś studenci unikają zajęć sprowadzających się do wyliczania faktów, o których mogą się dowiedzieć z podręczników. Musimy stawać na głowie, żeby zainteresować odbiorców.

Teatr uniwersytecki
Elementy teatralne wykorzystuje między innymi doc. Waldemar Jan Dziak, biznesmen, właściciel firmy utylizującej odpadki, który jako Waldemar Ogiński prowadził programy radiowe i telewizyjne. Na co dzień jest pracownikiem naukowym Instytutu Studiów Politycznych PAN, specjalistą od spraw Azji (napisał biografię Kim Ir Sena). Na jego wykłady na kilku warszawskich uczelniach ściągają tłumy. Dziak często krzyczy, gestykuluje, wręcz wpada w trans. - Mówią mi na "ty", zachęcam, żeby traktowali mnie po koleżeńsku. To ich ośmiela, aby mi przerywać i dyskutować ze mną na wykładzie, a o to właśnie chodzi - mówi Dziak.
Estymą cieszy się wśród studentów prof. Jan Sandorski z Katedry Prawa Międzynarodowego i Organizacji Międzynarodowych UAM w Poznaniu. Na swoich zajęciach seminaryjnych organizuje "posiedzenia" Rady Bezpieczeństwa ONZ, Trybunału Haskiego czy "konferencje międzynarodowe". Jego studenci występują w roli szefów delegacji, ich zastępców lub ekspertów. Z kolei prof. Konstanty Wojtaszczyk z Instytutu Nauk Politycznych UW organizuje debaty Sejmu lub Rady Europejskiej. Na debaty europejskie zapraszani są ambasadorowie państw unii akredytowani w Polsce, a także prasa, radio i telewizja.

Niech przemówią moduły
Prof. Stanisław Bereś, polonista z Uniwersytetu Wrocławskiego, wprowadził zajęcia z publicystyki telewizyjnej, w czasie których każdy ze studentów wygłasza napisany przez siebie tekst do kamery.
- Stając z nią oko w oko, mają szansę zrozumieć, że czasem trzeba się przygotować na większą dawkę adrenaliny - tłumaczy prof. Bereś.
Do innych metod ucieka się prof. Jan Madey z Wydziału Matematyki i Informatyki UW. Chcąc otworzyć umysły słuchaczy na zagadnienia inżynierii informatycznej, odwołuje się do żywej animacji. - Każdy ze studentów odgrywa rolę jednego z modułów systemu operacyjnego. Kiedy nadchodzi jego czas, wstaje i mówi: "Otrzymałem od modułu x takie to a takie informacje, przekształciłem je w taki to a taki sposób i przekazuję je modułom y i z". To pozwala studentom świetnie zapamiętywać skomplikowane procesy - opowiada Madey.
Gra idzie o to, by utrzymać uwagę słuchaczy - z badań wynika, że człowiek potrafi się skoncentrować zaledwie przez sześć minut. W dodatku aż ponad 80 proc. informacji dociera do nas za pośrednictwem wzroku. Zrozumienie informacji przyswajanej za pomocą wzroku zajmuje o połowę mniej czasu niż zrozumienie tej samej informacji podanej jedynie za pomocą słów. Wiadomości docierające do nas drogą wzrokową są także o przeszło połowę dłużej zachowywane w pamięci.

Głosowanie uszami i oczami
- Wszystko, co ma związek z nowoczesną dydaktyką, trzeba importować z Zachodu i USA - uważa prof. Nęcki. Nic dziwnego, że większość cenionych w Polsce wykładowców ma w swojej biografii epizod amerykański. Za oceanem student jest najważniejszy, bo jest klientem kupującym wiedzę. - Wielokrotnie widziałem wybitnych naukowców, laureatów Nagrody Nobla, którzy przerywali w pół zdania rozmowę ze swoimi nie mniej szacownymi kolegami i biegli na konsultacje do studentów - wspomina prof. Łukasz Turski, fizyk z PAN, także bardzo popularny wśród studentów pedagog.
Na wszystkich uczelniach amerykańskich i angielskich studenci wydają opinie o wykładowcach, wypełniając specjalne kwestionariusze. Są one potem starannie analizowane przez władze uczelni, przez tzw. komisje podwyżek, które ustalają wysokość pensji pracowników. W naszym kraju nauczycieli akademickich ocenia się na podstawie ich prac naukowych, a nie talentów dydaktycznych. - Wykładowca, na którego zajęcia uczęszcza więcej studentów, ma z tego właściwie tylko jeden "pożytek": więcej pracy za te same pieniądze - ironizuje prof. Nęcki. - Co jakiś czas powraca pomysł wprowadzenia w Polsce modelu amerykańskiego, ale podnosi się wtedy wielkie larum, bo nasi akademicy boją się elementarnej weryfikacji - twierdzi Waldemar Dziak.

Oracja przez pryzmat kieszeni
Tylko na nielicznych krajowych uczelniach przyjęto system oceny wykładowców przez słuchaczy. Udało się tego dokonać na kilku wydziałach Uniwersytetu Warszawskiego (między innymi na matematyce, archeo-logii, socjologii, prawie). - Obawiałem się pewnych zjawisk w stylu amerykańskim, bo miałem w pamięci procesy wytaczane uczelniom przez studentów, którym nie podobały się oceny, jakie dostali na egzaminach. Wprowadzenie naszych ankiet przyniosło jednak same korzyści - zauważa dr hab. Rafał Latała z Wydziału Matematyki i Informatyki Uniwersytetu Warszawskiego. - To naprawdę zmusza wykładowców do większego wysiłku.
- Niektórzy profesorowie kwestionują wyniki, twierdząc, że badania nie są przeprowadzone profesjonalnie - mówi Elżbieta Ossowska z samorządu studentów Wydziału Prawa i Administracji UW. Doktorantom zależy jednak, by dobrze wypaść w ankietach. Obecnie na ich podstawie najlepszym wykładowcom przyznawane są nagrody - dodaje.
Może więc młodzi naukowcy sprawią, że z sal wykładowych przestanie wiać nudą. Dostrzegają przecież sukcesy swoich starszych kolegów. Dziak wykłada na czterech uczelniach w kraju, prof. Wojtaszczyk na trzech, a prof. Turski na wielu zagranicznych (między innymi we Francji i USA). Uniwersytecki show się opłaca.

Pomysł za milion

Na dobry show na uczelni Amerykanie nigdy nie pożałują pieniędzy. Chemicy i fizycy otrzymują fundusze potrzebne do przeprowadzania pokazowych doświadczeń. Lingwiści mają nieograniczony dostęp do najróżniejszych publikacji i filmów. Biolodzy dostają warte kilkadziesiąt tysięcy dolarów komputery, za pomocą których mogą na przykład przeprowadzać wirtualne operacje. Na Har-vardzie jeden z profesorów biologii otrzymał milion dolarów na swoje pomysły.
- Jedna z moich prezentacji wymaga użycia niezwykle czułej i dość kosztownej kamery - mówi prof. Roy Glauber, fizyk z Harvardu, którego wykłady cieszą się wielką popularnością.
- Nie miałem problemu z jej otrzymaniem, podobnie jak z uzyskaniem innych akcesoriów. Zatrudniłem dwóch asystentów, którzy pomagają mi w przygotowywaniu różnych atrakcji na zajęcia, bo konkurencja między profesorami jest duża - dodaje. Wiele uczelni w USA ma specjalne wydziały zajmujące się wyłącznie podnoszeniem poziomu zajęć, szkoleniem profesorów i metodami pozyskiwania studentów.
- Mamy dwie sale wykładowe wyposażone w kamery - mówi James Wilkinson, dyrektor centrum im. Dereka Boka na Harvardzie, zajmującego się szkoleniem wykładowców. - Filmujemy ponad dwieście zajęć rocznie i analizujemy każde z nich. Pokazujemy wykładowcom, co robią dobrze, a co powinni zmienić. Nie wszystkim się to podoba, ale biorą sobie nasze uwagi do serca.

Agnieszka Pukniel
Waszyngton
Okładka tygodnika WPROST: 42/2002
Więcej możesz przeczytać w 42/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • robert.bruks@wp.pl IP
    Ja z prof. Dziakiem mam doświadczenia częściowo odmienne. Wykładowcą był absolutnie fantastycznym (z tym mówieniem na ty to jednak nie jest prawda). Myślałem, że w jakiś sposób ceni mnie jako dobrego studenta. Tuż przed obroną zaproponował mi pozostanie na uczelni, byłem szczęśliwy. Kiedy już po obronie stanąłem przed nim i całą dyrekcją aby omówić szczegóły, rozłożył ręce i nie wsparł mnie w jakikolwiek sposób. Z mojej pracy naukowej nic nie wyszło. Dzwoniłem do niego kilka lat później, kiedy na nowo szukałem zatrudnienia. Miałem nadzieję, że pomoże mi znaleźć cokolwiek związanego z posiadanym wykształceniem. Nie pomógł. Nie pytałem czemu, po prostu czułem rozczarowanie.

    Czytaj także