Pojedynek z rakiem

Pojedynek z rakiem

Czy sztab wyborczy i lekarze ukrywają zły stan zdrowia Johna McCaina?
Czy rak wreszcie przestał być w Polsce tematem tabu? Jeszcze niedawno choroba nowotworowa była przez Polaków ukrywana. Jakby to był trąd, a nie choroba, na którą każdego roku zapada w Polsce pół miliona osób. Po śmierci znanych osób zwykle pojawiała się w prasie jedynie notka, że „odszedł po ciężkiej i długiej chorobie". Zdarzało się, że niektóre osoby publiczne przyznawały się do raka, ale robiły to raczej pod wpływem chwili słabości. Poza nielicznymi wyjątkami, do których należy Krystyna Kofta i Irena Santor, zwykle szybko się z tego wycofywały. Coś się zmieniło, gdy o swej chorobie zaczęli mówić prof. Zbigniew Religa i Krzysztof Kolberger. Bogusław Mec po siedmiu latach przyznał, że pokonał białaczkę, choć dawano mu jedynie kilka procent szans na przeżycie.O raku zaczęli nawet mówić księża. „Mam chorobę nowotworową" – przyznał na swoim blogu ordynariusz siedlecki Zbigniew Kiernikowski i opisał przebieg leczenia. W kwietniu 2008 r. poddał się operacji w Centrum Onkologii w Bydgoszczy, a od lipca do września był poddawany radioterapii. Biskup uciął w ten sposób plotki na temat swojej choroby, które się pojawiły, gdy przestał bywać w siedzibie swej diecezji. To pierwszy taki wypadek w polskim Kościele. Gdy jesienią 1977 r. prymas Stefan Wyszyński był operowany, wierni modlili się za zdrowie biskupa, ale nikt nie wiedział, na co był chory.

Frankenstein McCain
W USA o chorobie nowotworowej zaczęto mówić otwarcie na początku lat 90. XX wieku. Pierwszym politykiem, który w 1992 r. wyjawił, że jest chory (na chłoniaka nieziarniczego), był Paul E. Tsongas, kandydat na prezydenta z ramienia demokratów. Zdobył wtedy pierwsze miejsce w prawyborach w stanie New Hampshire. Przegrał jednak w kolejnych stanowych prawyborach z Billem Clintonem. Tsongas zmarł pięć lat później, kilka dni przed uroczystością zaprzysiężenia Clintona na drugą kadencję. Od tej pory niemal regułą jest, że o fotel w Białym Domu starają się politycy chorzy na raka. W 1996 r. kandydował chory na raka prostaty Bob Dole, a w 2004 r. – John Kerry (też chory na raka prostaty).
W poprzedniej kampanii prezydenckiej niemal wszyscy kandydaci byli chorzy raka. Fred Thompson w 2004 r. zachorował na chłoniaka, a Rudolph Giuliani był chory na raka prostaty. Podobnie jest w obecnej kampanii. Barack Obama ujawnił, że na raka zmarła jego matka. Pierwsze dolegliwości w postaci bólów brzucha pojawiły się u niej w 1994 r. Lekarz stwierdził, że ich przyczyną jest niestrawność. Siedem miesięcy później nie było już wątpliwości, że kobieta ma raka jajnika. Zmarła 7 listopada 1995 r. w wieku 52 lat.
John McCaine lubi żartować, że ma na twarzy więcej blizn niż Frankenstein. Te blizny nie pochodzą tylko z wojny w Wietnamie. Większość z nich to pozostałości po czterech zabiegach, którym kandydat na prezydenta USA musiał się poddać z powodu czerniaka, nowotworu skóry. Pierwsze objawy choroby u kandydata na prezydenta wykryto już w 1993 r. Przeszedł wtedy pierwszą operację, a potem trzy kolejne. Ostatni zabieg odbył się w 2002 r., gdy McCainowi usunięto zmiany na skórze nosa.

Wyścig z chorobą
W Polsce najdokładniejszą dotychczas wiwisekcję swej choroby przeprowadził Krzysztof Kolberger. Nie tylko wiadomo, jak zachorował i jak przebiega jego choroba, ale nawet w jaki sposób jest leczony. Dla wielu osób może to być pouczający przykład walki z chorobą. Raka nerki po raz pierwszy zdiagnozowano aktorowi 18 lat temu, gdy na ten sam nowotwór w wieku 55 lat zmarła jego siostra. Lekarz poradził mu, by na wszelki wypadek zrobił USG. Okazało się, że ma tę samą chorobę, i to tak zaawansowaną, że trzeba było usunąć nerkę.
Choroba u Kolbergera ujawniła się ponownie w 2005 r. Tym razem w postaci przerzutów. W Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie usunięto mu woreczek żółciowy, śledzionę, trzustkę i fragmenty żołądka. Niestety, po roku znowu doszło do przerzutów, tym razem do wątroby, a potem do płuc. Lekarze dwukrotnie usuwali mu guz przerzutowy wątroby. Przerzut do płuc udało się cofnąć dzięki lekom, głównie przy użyciu środka o nazwie sorafenib (Nexavar). Ten lek prawdopodobnie pozwolił uniknąć przerzutów do mózgu. To pierwszy tego typu środek w leczeniu zaawansowanego raka nerkowokomórkowego. Od trzech lat jest testowany m.in. w Polsce (w Wojskowym Instytucie Medycznym). Prof. Cezary Szczylik z WIM ma nadzieję, że lek pozwoli kontrolować chorobę u Kolbergera, gdyż niedawno po raz trzeci wykryto u tego aktora przerzut do wątroby. Tym razem guz jest tak umiejscowiony, że nie można go usunąć operacyjnie, pozostaje leczenie farmakologiczne. Na szczęście nowe leki w tzw. terapii celowanej są coraz skuteczniejsze. Trzeba je tylko odpowiednio dobrać do konkretnego pacjenta (w zależności od profilu genetycznego). U kilkudziesięciu leczonych w Warszawie pacjentów z zaawansowanym rakiem nerki sorafenib poprawia jakość życia i opóźnia postęp choroby.

Odwracanie uwagi
Krzysztof Kolberger twierdzi, że trzeba odwracać uwagę od choroby. Gra w teatrze, czyta poezję, spotyka się z widzami. Jest skupiony na pracy, by w miarę możliwości zapomnieć o chorobie. Podobnie postępuje prof. Zbigniew Religa, który po długim leczeniu wrócił do polityki i życia publicznego. I to w najważniejszym dla polskiej służby zdrowia momencie, gdy decyduje się jej przyszły kształt.
Prof. Religa od maja 2007 r. walczy z rakiem płuc. Po pierwszej operacji w Instytucie Chorób Płuc w Warszawie wycięto mu większość zajętego przez nowotwór lewego płuca. Choć nie chce ujawniać szczegółów choroby, był to prawdopodobnie rak płuca typu N, czyli z przerzutami do węzłów chłonnych. Wskazuje na to przerzut do prawego nadnercza, który pojawił się po kilku miesiącach od operacji. Pod koniec 2007 r. lekarze usunęli mu nadnercze. Konieczna była też chemioterapia. Wtedy profesor otarł się o śmierć. O ile dobrze zniósł pierwszy cykl podawania silnych leków, to w drugim etapie gwałtownie spadł w jego organizmie poziom komórek odpornościowych. Nie chciał jednak zbyt długo przebywać w szpitalu. Po kilku tygodniach wrócił do pracy. Choroba dała mu spokój do ostatnich wakacji, kiedy profesor znowu źle się poczuł.
Prof. Religa musiał się poddać radioterapii. I znowu pojawiły się powikłania, tym razem wywołana naświetlaniami choroba popromienna. Po lekach jest już lepiej, do szpitala Religa nie wrócił. Jako pacjent źle się w nim czuje. O rokowaniach nie chce rozmawiać nawet z lekarzami. Chce walczyć z chorobą tak długo, jak będzie to możliwe. I nie zamierza się oszczędzać. Jak powiedział w jednym z wywiadów, „praca w Sejmie nie jest ważniejsza od zdrowia, ale nie wpływa ujemnie na zdrowie". Nie wiadomo, jakie będzie dalsze leczenie. Niewykluczone, że jeśli potwierdzą to badania genetyczne, profesor będzie otrzymywał leki terapii celowanej stosowane w leczeniu raka płuca, takie jak Avastin czy Tarceva.

Ostatni wykład
Najbardziej dramatycznej wiwisekcji onkologicznej dokonał chory na raka trzustki prof. Randy Pausch z Uniwersytetu Carnegie Mellon. U 46-letniego wtedy informatyka wykryto chorobę we wrześniu 2006 r. W sierpniu 2007 r. okazało się, że ma przerzuty. Rozpoczął chemioterapię, o której od początku było wiadomo, że może jedynie przedłużyć życie pacjenta o kilka, najwyżej kilkanaście miesięcy. Zmarł 25 lipca 2008 r., ale zanim do tego doszło, jego walka z rakiem przybrała formę otwartego mówienia o śmierci z powodu raka. Na YouTube zamieścił wzruszający zapis „Ostatniego wykładu", który wygłosił na uniwersytecie w Pittsburghu. „Umieram, ale nadal dobrze się bawię i zamierzam się cieszyć życiem do końca moich dni" – oświadczył oniemiałym studentom. Ostatnie miesiące spędził nie w szpitalu, lecz z rodziną. Przed śmiercią wydał książkę „Ostatni wykład" (The Last Lecture), która stała się bestsellerem.
Mówienie o raku nie zawsze jest tak otwarte, nawet w Stanach Zjednoczonych. Steve Jobs, prezes Apple, od 2003 r. choruje na raka trzustki, ale firma ze względu na swe interesy niechętnie ujawnia stan zdrowia szefa. Najpierw ukrywano, że musiał poddać się operacji. Teraz niepokój inwestorów i falę plotek wywołał szczupły wygląd Jobsa. Gdy w mediach pojawiły się spekulacje na ten temat, ceny akcji Apple’a spadły o 2 proc.

Tajemnica McCaina
Nie ustają spekulacje na temat stanu zdrowia Johna McCaina. Czy sztab wyborczy i onkolodzy ukrywają przebieg jego choroby? Nie ma pewności, że czerniak McCaina jest jedynie powierzchowny, jak zapewniają opiekujący się nim lekarze. Takie zmiany zwykle dobrze rokują, tym bardziej gdy są miejscowe (in situ). Nie byłoby zatem powodu do niepokoju, mimo że czerniak wykazuje dużą złośliwość. Często szybko się rozwija, powoduje przerzuty, jest mało podatny na leczenie, ale wcale nie jest tak śmiertelny, jak się powszechnie sądzi.
Wiele zależy od tego, na jakim etapie rozwoju zostanie wykryty. O ile jednak ostatnia operacja u McCaina w 2002 r., podobnie jak dwie wcześniejsze, nie budzi wątpliwości, nie ma pewności, co się wydarzyło w 2000 r., gdy McCain poddał się trzeciej, trwającej ponad pięć godzin operacji. Specjaliści z Mayo Clinic w Arizonie, gdzie McCain był operowany, zapewniają, że usunięte wtedy zmiany były w tzw. stadium IIa. Jest to faza inwazyjna czerniaka, ale na tym etapie sięga on jedynie górnych części warstwy brodawkowatej skóry i zwykle dobrze rokuje. U takich pacjentów nie jest konieczna chemioterapia ani radioterapia, a szanse na tzw. pięcioletnie przeżycie szacuje się na 79 proc. Aż 64 proc. chorych przeżywa pięć kolejnych lat. Wydaje się, że tak może być w wypadku McCaina, bo do dziesięcioletniego przeżycia pozostały mu jedynie dwa lata. Ale nie wszyscy onkolodzy się z tym zgadzają.
Podejrzewa się, że po operacji w 2000 r. u kandydata na prezydenta USA wykryto czerniaka w stadium IIIb. Na tym etapie zmiany zajmują całą warstwę brodawkowatą skóry i istnieje duże ryzyko przerzutów. Lekarze twierdzą, że wskazuje na to zasięg operacji, którą przeprowadzono u McCaina. Nie ograniczono się do usunięcia zmian nowotworowych w okolicy lewej skroni, gdzie znajdował się czerniak o średnicy 2 cm. Przeprowadzono również biopsję pobliskiego węzła chłonnego, by sprawdzić, czy nie doszło do przerzutów. Specjaliści z Mayo Clinic zapewniają, że badania nie wskazywały na to, że doszło do rozsiania choroby w organizmie. Jeśli nawet tak było, wynik biopsji nie daje pewności, na jakim etapie rozwoju jest choroba. Takie badanie może być „fałszywie pozytywne". Możemy się o tym przekonać już za kilka miesięcy, najpóźniej w ciągu najbliższych dwóch lat.

Okładka tygodnika WPROST: 45/2008
Więcej możesz przeczytać w 45/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • zrozpaczona wdowa IP
    POjedynek z rakiem jest nadal przegrywany.Mój mąż zmarł w wieku 49 lat w roku 2008 na chłoniaka centralnego układu nerwowego po 6 m-cach diagnozowania w  Uniwersyteckiej Klinice Neurologii w Krakowie ( oczywiscie diagnoza dopiero po smierci) Przykre to ale prawdziwe,