Biznes skopany

Biznes skopany

Inwestycja w piłkarski klub to komunikat: „Jestem już tak bogaty, że stać mnie na wyrzucanie pieniędzy”
Czy można zarobić na futbolu? Tak, jeśli futbolowa maszyna do robienia pieniędzy nazywa się na przykład Manchester United, Real Madryt. Albo klub gra w Lidze Mistrzów, na stadion przychodzą dziesiątki tysięcy widzów, a stacje telewizyjne płacą miliony za transmisje. Kluby, które nazywają się Wisła Kraków czy Legia Warszawa, dotychczas nie przyniosły właścicielom dochodów. Czy może tego dokonać klub o nazwie Ruch Chorzów? Zamierza on wkrótce wejść na giełdę, więc jego współwłaścicielem – w porażce czy sukcesie – ma szansę zostać każdy chętny.Bessa nam niestraszna
Pierwszoligowy Ruch Chorzów zakończył sprzedaż akcji w tzw. ofercie prywatnej i jeszcze w 2008 r. ma zadebiutować na NewConnect, warszawskiej giełdzie małych spółek. Zaoferuje inwestorom 10 proc. akcji. Klub należący do Mariusza Klimka, twórcy i prezesa firmy odzieżowej Reporter, oraz Dariusza Smagorowicza, jednego z głównych udziałowców firmy komputerowej Pronox Technology, byłby pierwszą giełdową spółką piłkarską w Polsce. Zamiar wejścia na giełdę w 2012 r. ujawniła też niedawno Legia Warszawa, należąca do Grupy ITI, kierowanej przez Jana Bohdana Wejcherta. Być może to początek nowego trendu, który zaowocuje powstaniem u nas piłkarskiego rynku giełdowego na wzór choćby Wielkiej Brytanii.
– Nie boję się obecnego kryzysu. Zawsze są jakieś zawirowania, ale jeśli chce się zyskać, trzeba zaryzykować – mówi Katarzyna Sobstyl, prezes Ruchu Chorzów. Przekonuje, że klub wychodzi na prostą, prowadzi rozsądną politykę finansową i może być atrakcyjną inwestycją. Tyle że liczne przykłady z lig polskiej i zagranicznych wskazują, że mieszanie piłki i biznesu to nie najlepszy pomysł. Nie znaczy to, że debiut giełdowy Ruchu Chorzów się nie powiedzie – piłkarski biznes nie ma wiele wspólnego z racjonalną ekonomią.

Tylko dla wariatów
Czy piłka nożna może być opłacalna? – Mimo wymogu przejrzystości niewiele klubów piłkarskich w Polsce ujawnia bilanse. Raczej nie przynoszą one zysków. Czasem jednak nie liczy się to, czy klub zarabia, lecz czy dzięki jego posiadaniu więcej zyskuje właściciel, tak jak ITI w wypadku Legii Warszawa czy Allianz w wypadku Górnika Zabrze. Reklama, prestiż – one też są wymierne – mówi Paweł Pawlik z firmy doradczej Deloitte, współautor raportu o polskim rynku piłkarskim „Finansowa ekstraklasa".
Pośrednie zyski są jednak teoretyczne. O wizerunku sponsorów kształtowanym przez burdy kibiców mogliby coś powiedzieć Janusz Filipiak, twórca i szef szef ComArchu, właściciela Cracovii, albo właściciele Grupy ITI, do której należy Legia Warszawa (niedawno jeden ze skonfliktowanych z władzami klubu kibiców wpadł na konferencję z okrzykiem „Dżihad Legia!" i rzucił w prezesa stołecznego klubu Leszka Miklasa tortem). Bezpośrednie straty są zaś rzeczywiste. Wisła Kraków, jak się szacuje, po ponad 11 latach współpracy, jest winna Tele-Fonice Kable Bogusława Cupiała około 50 mln zł (nie licząc straconych nerwów i pasma rozczarowań grą w europejskich pucharach). Czołowe kluby pierwszoligowe w 2007 r. były znacznie pod kreską (Wisła straciła 6,2 mln zł, Polonia Warszawa – 5,4 mln zł, Legia – 3,2 mln zł, Lech Poznań – 2,9 mln zł), a ich właściciele koncentrują się na razie raczej na minimalizowaniu strat niż wypracowywaniu zysków. Te, jeśli udaje się wypracować – jak w wypadku Ruchu – są skromniutkie (72,4 tys. zł w 2007 r. po stracie rok wcześniej ponad 2 mln zł).
Oficjalnie wszyscy prywatni właściciele klubów zapewniają, że traktują je tak samo jak każdy inny biznes. – Górnik Zabrze powinien na siebie zarabiać. Podążamy ścieżką przetartą przez zachodnie kluby. Poza wpływami z praw do transmisji telewizyjnych zarabiamy, m.in. sprzedając różnego rodzaju gadżety, wydając gazetkę klubową. Wszystko to ma przyciągać kibiców i zwiększać wpływy z biletów. Widać już efekty: w ostatnim półroczu na mecze przychodziło przeciętnie 14 tys. osób – mówi Arkadiusz Żmudziński, koordynator ds. sportowych Grupy Allianz, która od 2007 r. jest właścicielem tego śląskiego klubu. Tylko Józef Wojciechowski, właściciel dewelopera J.W. Construction, do którego należy Polonia (w połowie 2008 r. kupił też od Zbigniewa Drzymały Groclin Grodzisk Wielkopolski, którego miejsce w ekstraklasie zajął w ten sposób warszawski zespół) powiedział kiedyś w chwili szczerości, że zakup Polonii był jego kaprysem. Patrząc, jak najbogatsi Polacy ładują grube miliony w kluby nieosiągające czasem przez lata znaczących sukcesów poza krajowym podwórkiem, trudno nie uznać, że to interes wyłącznie dla wariatów ze sporą ilością zbędnej gotówki. Albo kontrolowanych przez skarb państwa molochów, które nie liczą się z kosztami i wykładają na kluby pieniądze „z pobudek patriotycznych" (dlatego w poprzednim sezonie największe przychody wśród pierwszoligowych klubów miały Zagłębie Lubin, sponsorowane przez KGHM, oraz GKS Bełchatów). Ale i to nie przekłada się specjalnie na wyniki sportowe i stan finansów drużyn. – Mamy minimalny zysk, ale trudno być z niego zadowolonym. Może za pięć lat będzie lepiej, ale to bardzo optymistyczny wariant. Chcemy stawiać na młodzież, czerpać wzory choćby z francuskiego Auxerre, które kształci świetnych piłkarzy, a następnie ich sprzedaje. Jest też zawsze obecne w europejskich pucharach – mówi Andrzej Zalejski, prezes GKS Bełchatów, którego sponsorem od 2007 r. jest państwowa Polska Grupa Energetyczna.

Piłkarski rollercoaster
Futbolowy biznes nie tylko Polsce jest ryzykownym zajęciem. Na pozór to znakomity interes. Według raportu Deloitte „Football Money League 2008", dwadzieścia czołowych europejskich klubów zwiększyło w sezonie 2006/2007 przychody o 11 proc. – łącznie do 3,7 mld euro. Obroty Realu Madryt (351 mln euro), Manchesteru United (315,2 mln euro) czy Barcelony (290,1 mln euro) są dla polskich klubów niewyobrażalne. Ale już prześledzenie zysków przypomina obserwację rollercoastera. O najcenniejszą w biznesie rzecz – stabilny rozwój – w piłce bardzo trudno. Mimo okresowych wahań właściwie tylko niemiecka Bundesliga z sezonu na sezon zwiększała zysk. W sezonie 2006/2007 wszystkie jej kluby miały łączny zysk operacyjny rzędu 250 mln euro – więcej niż najgłośniejsza i najbogatsza angielska Premiership. Zysk operacyjny angielskich klubów spadł przez ostatnie dwa sezony z 241 mln euro do 141 mln euro. Francuska Ligue 1 czy włoska Serie A są już częściej pod niż nad kreską (włoska ekstraklasa miała 40 mln strat w sezonie 2006/2007 i w sumie 1,35 mld euro strat w ciągu ostatniej dekady).
Oczywiście, są kluby, które przynoszą spore zyski. Na przykład w Anglii Manchester United zarobił w sezonie 2006/2007 55 mln funtów, Arsenal – 33,1 mln funtów, Liverpool – 20,7 mln funtów. Aby móc zarabiać, trzeba jednak najpierw zainwestować ogromne pieniądze – w stadion, zawodników. Zależność między nakładami i osiągnięciami sportowymi jest wyraźna: wśród 14 klubów europejskich o największych osiągnięciach w Lidze Mistrzów znajduje się 10 najbogatszych klubów z rankingu Deloitte.
Najlepszym wzorem dla polskich klubów mogłyby być niemieckie, nieosiągające ostatnimi czasy wielkich sukcesów w Europie, ale prowadzące bardzo solidną politykę finansową. O ile zespoły angielskie czy szkockie zarabiają głównie na biletach na mecze, a włoskie są uzależnione od wpływów z transmisji telewizyjnych, o tyle niemieckie mają zróżnicowane źródła przychodów, zarabiając też sporo na działalności handlowej i inwestycyjnej (od sprzedaży koszulek i innych gadżetów zaczynając). – Nasza strategia to racjonalne wydatki, żadnych nieprzemyślanych transferów i zbyt wysokich pensji dla graczy, przejrzystość finansów. Chcemy pozyskać wpływy z trzech źródeł: praw do transmisji, działalności komercyjnej oraz sprzedaży biletów w dniu meczu. Ostatnio są one wyważone mniej więcej po równo. Świadczy to o tym, że podążamy tropem najlepszych drużyn niemieckich – mówi prezes Ruchu Chorzów Katarzyna Sobstyl. Problemem jak w większości polskich klubów jest zwiększenie wpływów z biletów, czego bez inwestycji w nowe stadiony nie da się osiągnąć. Wiele drużyn nie potrafi nawet wyzyskać tego, co ma (a frekwencja na stadionach ostatnio rośnie) – ceny biletów na mecze są u nas trzy-, czterokrotnie niższe od europejskiej średniej.

Z trawy na parkiet
Skoro piłkarski interes pochłania tak wiele pieniędzy, poszukiwanie ich przez kluby na giełdzie pozostawało tylko kwestią czasu. Pierwsze zadebiutowały na londyńskiej giełdzie (LSE) jesienią 1983 r. akcje Tottenham Hotspur. Wyścig na parkiet ruszył na dobre wtedy, gdy powstała Liga Mistrzów (w 1992 r.) i ukonstytuowało się w unii tzw. prawo Bosmana (dzięki niemu gracz, któremu kończy się kontrakt z klubem, może swobodnie wybierać przyszłego pracodawcę). Nowe rozgrywki gwarantowały uczestnikom pokaźne dochody (wypłaty od UEFA, opłaty za prawa do transmisji, reklamy), ale żeby uczestniczyć w podziale tego tortu, trzeba było najpierw dotrzeć do fazy grupowej, czyli zgromadzić wcześniej dużo pieniędzy na zakup dobrych zawodników. Wspomniane prawo osuszyło klubowe kasy z zysków za transfery. Przypomniano sobie wówczas o precedensie stworzonym przez londyńskie „koguty".
Z czasem przez brytyjski rynek papierów wartościowych (parkiety LSE, AIM, Plus Markets Group – dawny Ofex) przewinęły się akcje około 25 szkockich i angielskich klubów – od Manchesteru United, Arsenalu lub Chelsea po Sheffield United, Preston North End lub Millwall. Szybko zaczęły powstawać specjalistyczne indeksy futbolowe (Dow Jones Stoxx Football, Nomura Football Club, Nomura Leading Football itp.). Pomysł przyjął się też, choć z oporami, na kontynencie. W 1998 r. na mediolańskiej giełdzie zadebiutowały papiery stołecznego Lazio, a później AS Romy i Juventusu Turyn. We Francji, gdzie nikt nie myślał o klubach jako przedsiębiorstwach („Mają do spełnienia misję społeczną, która jest ważniejsza od ekonomicznej" – jak stwierdziła była minister sportu Marie-George Buffet), drogę na parkiet otworzyły im dopiero regulacje unijne. Umożliwiły one debiut giełdowy Olympique Lyon w 2007 r. Z czasem spółkami publicznymi stawały się też utytułowane drużyny portugalskie (Benfica Lizbona, FC Porto), holenderskie (Ajax Amsterdam). Dla klubów duńskich, takich jak Ålborg Boldspilklub, Århus Elite czy SIF Silkeborg, mało rozpoznawalnych w Europie, wejście na giełdę stało się formą oryginalnej promocji klubu, ale też miasta czy regionu. Tylko Niemcy, bastion „bankokracji", gdzie panuje sceptycyzm wobec giełdy, zachowali rezerwę. Przykład Borussii Dortmund nikogo nie zachęcił i z planów debiutu giełdowego zrezygnowały m.in. berlińska Hertha BSC i Bayern Monachium.

Akcje jak szalik
Giełda narzuciła klubom twarde reguły gry: akcjonariusze żądali regularnych dobrych wyników i zysków, o co w sporcie trudno, oraz przejrzystości w rachunkach. Dlatego zamożny Amerykanin Randy Lerner po skupieniu akcji i przejęciu kontroli nad Aston Villą szybko wycofał klub z giełdy, aby mieć wolną rękę w zarządzaniu nim. Podobnie postąpili m.in. nowi właściciele Manchesteru United (Amerykanin Malcolm Glazer), Chelsea (Roman Abramowicz) i szkockiego Heart of Midlothian (urodzony w Rosji Litwin Władimir Romanow).
Ci, którzy zainwestowali w pozostałe na giełdach kluby, mogą być rozczarowani. Jeśli spojrzymy na przykład na indeks DJ Stoxx Football, to zobaczymy, że jego wahania w ostatnich latach są gigantyczne (nie byłyby uzasadnione w żadnym innym sektorze). Roczne stopy zwrotu z inwestycji w akcje klubów europejskich są niemal wyłącznie ujemne, i to na poziomie 20-40 proc. Szybko się okazało, że piłkarski biznes nie bardzo przystaje do giełdy. Debiuty zwykle są bardzo udane, ponieważ akcje masowo kupują kibice traktujący je tak samo jak klubowy szalik, czyli w kategoriach emocjonalnych. To jednak tylko jednorazowy impuls. Późniejsza wycena papierów na bazie wyników klubów okazuje się błądzeniem we mgle. Na przykład w wypadku utytułowanego Arsenalu, co sezon walczącego o mistrzostwo Anglii, stosunek ceny jego akcji do zysku klubu wynosi 176,6. To kuriozalne przewartościowanie, niespotykane w innym biznesie. Jeszcze bardziej kuriozalne jest to, że ta relacja jest niewiele niższa w wypadku Tottenhamu Hotspur (151,3), który nie liczy się w europejskich pucharach, a w Anglii okupuje zwykle środek tabeli Premiership.
Ważne są niemal wyłącznie emocje i kaprysy inwestorów, jak choćby w wypadku Manchesteru City, który w 2008 r. przejął miliarder z Abu Zabi Sulaiman Al-Fahim – za cenę nawet dwudziestokrotnie wyższą niż wartość giełdowa klubu jeszcze dwa lata temu (wówczas 12,2 mln funtów). Nowy właściciel z miejsca ściągnął z Realu Madryt Brazylijczyka Robinho (za 42 mln euro). Teraz wschodząca gwiazda biega wśród dziesięciu przeciętniaków i niewiele może zdziałać. Za to „City" i jego nowy właściciel przez parę tygodni byli na ustach wszystkich w Anglii.
Czy to ma ekonomiczny sens? Żadnego. Ale taka jest właśnie piłka nożna. Jeśli więc ktoś przez zakup kilku akcji klubu chciałby się poczuć trochę jak Bogusław Cupiał czy Jacek Rutkowski, prezes firmy Amica i właściciel Lecha Poznań, musi się liczyć z tym, że owa przyjemna świadomość może się okazać jego jedynym zyskiem. Wciąż w wielu wypadkach inwestycja w klub piłkarski przypomina komunikat: „Jestem już tak bogaty, że stać mnie na wyrzucanie pieniędzy".

Józef Wojciechowski
Prezes i właściciel Polonii Warszawa (przez spółkę J.W. Construction)

Z rezerwą podchodzę do wszelkich informacji o zyskac polskich klubów piłkarskich. Jeśli faktycznie jakiś raport podaje, że Polonia Warszawa miała w 2007 r. zysk, to jest to nieprawda. Klub jest zadłużony. Jesteśmy na etapie bilansowania rachunków i mam nadzieję, że z czasem J.W. Construction przestanie dopłacać do klubu, ale wątpię, by nastąpiło to prędko. Dlatego nie myślę o giełdzie. Myśląc o przyszłości, stawiamy na juniorów i szkółkę piłkarską. Mam nadzieję, że kiedyś zaowocuje to intratnymi transferami, które będą dobrym źródłem dochodu. Chcemy też jak najszybciej rozbudować stadion, bo na razie na mecze przychodzi tylko po 4 tys. osób.




Jacek Rutkowski
Właściciel Lecha Poznań

Nie wiem, czym kierują się państwowe spółki finansujące kluby piłkarskie. Na pewno nie są to motywy biznesowe. Obce jest mi też podejście pana Józefa Wojciechowskiego, który stwierdził kiedyś, że Polonia Warszawa to jego kaprys. Zespół musi zarabiać, mieć biznesplan i konsekwentnie go realizować. W Lechu Poznań było tak zawsze. Wzorujemy się na niemieckich klubach, zwłaszcza Bayernie Monachium, gdzie wydatki, pensje i transfery zawodników są racjonalne,a wszystkie zyski idą na rozwój klubu. Nie ograniczamy się tylko do działalności bezpośrednio związanej ze sportem. Warto brać przykład choćby z duńskiej FC Kopenhagi, która ma 130 mln euro przychodów, bo nie waha się inwestować m.in. na rynku nieruchomości. Nie przewiduję jednak wejścia Lecha na giełdę. To mało opłacalne.




Janusz Filipiak
Prezes i główny właściciel Cracovii (przez spółkę ComArch)

Czeka nas remont stadionu, niezbędny, aby móc przyciągnąć więcej kibiców. Sporo środków pochłonęły też starania o poprawę bezpieczeństwa podczas meczów, co pozwoliło zwiększyć średnią widownię do 4 tys. osób. Dlatego zyski, które mamy, choć regularne, nie są zadowalające. Minie sporo czasu, nim będą większe. Chcemy, aby Cracovia była podobna do klubów skandynawskich, które mają silne marki, ale raczej wychowują i sprzedają zawodników, niż zdobywają europejskie laury. Dlatego mamy szkołę mistrzostwa sportowego (gimnazjum i liceum). Nie myślimy dziś o wejściu na giełdę. Potrzebujemy stabilizacji i zbudowania fundamentów pod przyszłe sukcesy.

Leszek Miklas
Prezes Legii Warszawa

Klub piłkarski nigdy nie przyniesie wielkich zysków w długim okresie, ale nie musi przynosić strat. To trudny biznes przede wszystkim z powodu za wysokich w stosunku do przychodów płac zawodników. To problem głównie najbogatszych klubów Europy, ale uderza i w nas. Kluby z natury mają charakter lokalny, a sponsorzy wolą marketing w szerszej skali. Ważny jest więc udział w europejskich pucharach. Tyle że aby w nich grać, trzeba zdobyć pieniądze na bardzo dobrych graczy. Takie problemy powodują, że przez ostatnie lata mieliśmy straty. Mam nadzieję, że dzięki nowemu stadionowi przyciągniemy więcej kibiców i zwiększymy wpływy z biletów. Planujemy debiut giełdowy w 2012 r. Do tego czasu będziemy mieli stabilną sytuację finansową, więc dla inwestorów powinna być to atrakcyjna oferta.






 

Okładka tygodnika WPROST: 47/2008
Więcej możesz przeczytać w 47/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także