Postać tygodnia - Juliusz Machulski

Postać tygodnia - Juliusz Machulski

To nie on dostaje nominacje do Oscarów, nie on odbiera państwowe nagrody i pozuje na narodowego mędrca. A jednak to Juliusz Machulski jest najwybitniejszym twórcą polskiego kina ostatnich trzech dekad. Autorem tak kultowych filmów, jak „Vabank”, „Seksmisja”, „Kingsajz”, „Kiler” czy „Vinci”. Na jego najnowsze dzieło – „Ile waży koń trojański?” – do kin właśnie walą tłumy.
Patrząc na życiorys Machulskiego, można dojść do wniosku, że trudno o bardziej poukładanego, zdyscyplinowanego i pracowitego artystę, który by od trzech dekad tak konsekwentnie i z sukcesami realizował wytyczoną sobie drogę. Juliusz Machulski to jednak chodzący paradoks, zaskakujący bardziej niż Człowiek-Zagadka z „Batmana". Po pierwsze, Machulski jest znany, ale i nieznany. Filmowy dorobek sytuuje go pośród najważniejszych twórców w historii polskiego kina, tymczasem on sam pozostaje w istocie człowiekiem nieznanym. Ulicami przemyka niezauważany przez przechodniów. Nie występuje w filmach (poza świetną rolą w „Personelu" Kieślowskiego), chyba że we własnych, ale tylko jako statysta. Nie udziela się w mediach, nie wymądrza, nie promuje. Jest przeciwieństwem reżyserów, dla których robienie raz na jakiś czas filmu to nieprzyjemna konsekwencja ich zawodu, polegającego (według nich) na posiadaniu gotowej recepty na wszystko. On natomiast wie, ale nie mówi.
Po drugie, Machulski jest mężem swojej (trzeciej) żony. Jego życie osobiste nie jest znane, ale też nie jest tajne. Otwarcie opowiadał o tym na przykład w wywiadzie z Małgorzatą Domagalik. Od 15 lat żyje ze swoją trzecią żoną, kostiumolożką Ewą Machulską. Ale też cytuje Umberta Eco, że „mężczyzna w pewnym wieku musi uciec z tancerką z variétés". „Ja to już mam za sobą" – dodaje, mając na myśli swoją drugą żonę, modelkę i aktorkę Elizawietę, „nonszalancką i nieprzewidywalną" Rosjankę, która pokazuje się nago w „Kingsajzie". Wcześniej był mężem Bożeny Stryjkówny, odtwórczyni roli Lamii w „Seksmisji".
Po trzecie, Machulski jest dyrektorem. Chociaż kroczy od sukcesu do sukcesu, nie pluska się w basenie w Hollywood, ale codziennie chodzi do pracy do swojego biura w Studiu Filmowym Zebra, którego jest szefem. Studio filmowe to brzmi dumnie, ale to zaledwie kilka małych pomieszczeń na piętrze przedwojennej kamienicy na warszawskim Mokotowie. Żadne tam pałace, wille czy wieżowce w centrum. Machulski ma tu mały gabinecik (dyrektorzy prowincjonalnych podstawówek mają większe). Gustownie urządzony, ale bez ekstrawagancji: kanapa, dwa fotele i maleńka ława do przyjmowania gości. W kącie – gablota z poustawianymi „na ścisk" filmowymi nagrodami. Ma spore biurko, a na nim porządek. Obok biurka na ziemi stoi obraz „Dama z łasiczką" – rekwizyt z filmu „Vinci". Za oknem widać pomnik Jana Matejki.
W życiu Machulskiego nie było wielkich przełomów, przemian, metamorfoz. Wypełnia je dostępna na każdej filmowej stronie internetowej lista produkcji, które wyreżyserował, wyprodukował i napisał. Jeśli zna się te dzieła, łatwo wydedukować, co Machulski robił niemal dzień po dniu od 1980 r. Wcześniej było liceum w Warszawie, dwa lata filologii polskiej na UW i w latach 1975-1978 łódzka Filmówka z dyplomem w 1980 r. A potem miał już z górki, bo w wieku 26 lat okazał się prawdziwym wunderkindem. Wszystkie jego najważniejsze cechy zawodowe ujawniły się w debiutanckim filmie, czyli w „Vabanku". A niewiele brakowało, by obraz nie powstał. Wedle standardów peerelowskiej biurokracji, 26-letni Machulski był po prostu za młody, by nakręcić własne dzieło. Udało się dzięki wsparciu Jerzego Kawalerowicza i Krzysztofa Kieślowskiego. Znamienne, że projekt szalonego kryminału retro wsparli dwaj twórcy kina „dla wtajemniczonych". Ludzie z zupełnie innej filmowej bajki wyczuli, że młody syn kinowego amanta sprzed lat ma zadatki na kogoś więcej niż dostarczyciela rozrywki.
Krzysztof Kiersznowski, który zagrał gangstera Nutę w fabularnym debiucie Machulskiego (a później wystąpił jeszcze w kilku produkcjach, z „Koniem trojańskim…" włącznie), wspomina, że ekipa filmowa była pod wrażeniem profesjonalizmu jego młodszego kolegi ze studiów. Wszystko było tak zaplanowane i przeprowadzone, że debiutantowi udało się nawet zaoszczędzić sporą część z budżetu przeznaczonego na realizację. Machulski na planie potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji, jest opanowany, szanuje ludzi i nigdy nie wybucha. – Gdy coś idzie nie tak, jest co najwyżej zasmucony – wspomina Kiersznowski.
Ten dynamiczny reżyser jest też bardzo odporny – zarówno na przeciwności losu, jak i na sukces. Za „Vabank" dostał nagrodę na festiwalu w Gdyni. Trudno też wskazać twórcę, który lepiej od Machulskiego zdał „test drugiego dzieła". Kolejny film – „Seksmisja" – uczynił go legendą przed trzydziestką. Do kin od Berlina po Władywostok szły miliony ludzi.
Nie byłoby sukcesu, gdyby nie kolejne talenty reżysera ujawnione podczas produkcji „Seksmisji". Przede wszystkim umiejętność doboru aktorów. Gdy Machulski zdecydował o powierzeniu roli Maksa Jerzemu Stuhrowi, wielu współpracowników pukało się w głowę. Dziś to trudne do wyobrażenia, ale Stuhr nie miał wtedy na koncie żadnych ról komediowych, grywał za to śmiertelnie poważne role w kinie moralnego niepokoju. Jerzy Kawalerowicz, nieformalny opiekun artystyczny Machulskiego, mówił: „On ci przegnie film w stronę społeczną, a to ma być purnonsensowe science fiction!". Upór młodego reżysera okazał się jednak zasadny. „Kawalerowicz nie znał mnie osobiście, a Machulski tak. Typ humoru nam się zgadzał" – wspominał Jerzy Stuhr na łamach rocznicowej księgi studia Zebra. Czy wyobrażamy sobie dziś „Seksmisję" bez Stuhra? A „Kilera" bez Pazury? Albo „Kingsajz" bez ponętnej Kasi Figury? Czy „Pieniądze to nie wszystko” bez Marka Kondrata? Ale Machulski potrafi też aktorów kreować. Kim byłby dziś Pazura bez „Kilera”, a Stuhr bez „Seksmisji”? „Amatorem”? „Wodzirejem”? „Bohaterem roku”?
W „Kingsajzie" umiejętność doboru aktorów Machulski połączył z wizjonerstwem: swój ekranowy debiut zaliczył w roli krasnala dziewięcioletni Borys Szyc, który 16 lat później pojawił się w „Vincim". Z tymi, których sobie wybrał, młody reżyser potrafił genialnie współpracować. W scenariuszu „Seksmisji" niemal nie było dialogów. Stuhr, Łukaszewicz i reszta dopisywali je pod kierownictwem reżysera na gorąco na planie. W ten sposób pojawiły się kultowe frazy, którymi mówi się do dziś, a Machulski błysnął kolejnym z talentów – umiejętnością twórczej improwizacji utrzymanej w czasowych karbach pracy nad filmem. Tę umiejętność podkreśla Paweł Kukiz. Pyskaty i niepokorny muzyk rockowy, aktor amator, który debiutował w „Girl Guide", chciał mówić własnym językiem. I Machulski na to poszedł.
W chwili upadku komunizmu Machulski miał wszystko: pozycję, legendę, pieniądze i możliwości. I wtedy wyreżyserował film „Szwadron", który na jego drodze zawodowej wydaje się punktem zwrotnym. Może znudzony sukcesami komedii chciał sprawdzić, czy potrafi zrobić film poważny, niezabiegający o masowego widza? Okazało się, że tak. Bezpośrednio po premierze „Szwadron" wydawał się jednak porażką. Na skutek nieszczęśliwego wypadku na planie zdjęcia przerwano na tydzień, całość francuskiego dofinansowania pożarła gaża tamtejszej gwiazdy, inflacja rosła z dnia na dzień, a wreszcie kierowane przez Machulskiego studio Zebra stanęło na krawędzi bankructwa. Najbardziej amerykański z polskich reżyserów zaliczył najboleśniejsze zderzenie z wolnym rynkiem. Nigdy więcej nie wrócił do tworzenia kina artystycznego. Zaczął je za to produkować. Ze znakomitym skutkiem.
Od ośmiu lat Juliusz Machulski jest przede wszystkim producentem. Z jego studia wyszły między innymi „Dzień świra", „Mój Nikifor", „Plac Zbawiciela", „Palimpsest" czy „Cisza". Nową, wolnorynkową rzeczywistość potraktował Machulski inaczej niż jego „etosowi" koledzy domagający się utrzymania państwowego finansowania kultury. Na bazie swego zespołu filmowego rozkręcił własny biznes. Osiemnaście lat później można powiedzieć, że o ile jako reżyser jest twórcą komercyjnym, o tyle jako producent dba przede wszystkim o rozwój kina artystycznego. Takiego, które szanuje widza, nie serwując mu hermetycznej sałaty dla mózgu, ale porządnie zrealizowane, poruszające historie. Już jego producencki debiut – „Kroll” Władysława Pasikowskiego – był ogromnym sukcesem artystycznym i kasowym. Następny obraz – „Psy” – jest dziś filmem legendarnym. Podobnie jak „Dług” Krzysztofa Krauzego – nie ma lepszego filmu o bolesnych, mafijno-bandyckich korzeniach naszego kapitalizmu. Kultowy jest też oczywiście „Dzień świra” Marka Koterskiego ze znakomitą rolą Marka Kondrata.
Machulski świetnie sobie radzi jako artysta, producent, biznesmen i szef w pięciu różnych ustrojach. W pełni ukształtował się jako reżyser w gierkowskich latach 70., debiutował w „karnawale »Solidarności«", pozycję zdobył w „ciemną noc stanu wojennego", jako producent, również swoich filmów, funkcjonował w czasach transformacji, ale najważniejsze filmy wyprodukował już w XXI wieku. To wróży, że również w przyszłości będzie robił dobre i ważne filmy. Wszak jest dopiero 53-letnim wunderkindem.


Własnym zdaniem

„Komedia jest bardzo wdzięcznym i szlachetnym gatunkiem. Rozbawić człowieka jest znacznie trudniej, niż zmusić do płaczu czy przestraszyć. Cała szkoła moralnego niepokoju nie jest warta jednego filmu Barei"

„Ja nie wierzę w dobrego ubeka, nie wierzę, że ma sumienie, że striptizerka musiała być striptizerką, bo musiała utrzymać rodzinę. Nie wierzę w to i mnie nie wzruszają ubecy, alkoholicy, prostytutki, którzy nagle mają sumienia"

„Żeby napisać dobrą sztukę teatralną, przede wszystkim trzeba mieć talent. Powiedział to bodajże Antoni Czechow i miał rację. To samo albo jeszcze bardziej dotyczy scenariuszy kinowych"

Przyjaciele
Jerzy Kawalerowicz i Krzysztof Kieslowski – dzieki ich poparciu jako 26-latek Machulski nakrecił swój debiutancki film.
Jacek Bromski, rezyser i producent – od poczatku w Studiu Filmowym Zebra.

Mistrzowie
Jerzy Kawalerowicz – przez lata mentor i nieoficjalny opiekun Machulskiego.
Jan Machulski – zmarły 20 listopada 2008 r. ojciec rezysera, na którego zdanie twórca „Vabanku" czesto sie powołuje.
Senior rodu zagrał w kilku filmach syna.

Wrogowie
Jacek Szczerba – krytyk filmowy „Gazety Wyborczej". To on był prawdopodobnie pierwowzorem przemadrzałego Yanka Drzazgi z „Superprodukcji", uosabiajacego cała polska krytyke, która czesto nie była dla Machulskiego łaskawa.

Sukcesy
- „Seksmisja" – zdobyła miedzynarodowa popularność (w Rosji była wyswietlana pod tytułem „Amazonki")
- „Kiler" – być moze doczeka sie hollywoodzkiej ekranizacji
- oba filmy zawsze sa wymieniane w czołówce plebiscytów na najpopularniejsze polskie komedie wszech czasów

Porazki
- pomimo starań i zapowiedzi nie udało sie Machulskiemu nakrecic dla TVP szescioodcinkowego serialu „Kurier z Warszawy" na podstawie wspomnień Jana Nowaka-Jezioranskiego



Okładka tygodnika WPROST: 3/2009
Więcej możesz przeczytać w 3/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 2
  • Sławek b IP
    Jest Pan PanieJuliuszu ponad wszystkimi, tymi pseudo ............. Jest Pan dla mnie wzorem do naśladowania, za samą \"seksmisję\" oddałbym wszystko co mam.
    • [email protected] IP
      Jeżeli było by takich trzech jak Pan Juliusz Machulski,
      może w końcu mielibyśmy prawdziwe, światowe, kino, rozrywkowe! Niestety większość naszych reżyserów, chce zademonstrować swoją wyższość nad widzem, i pokazać, naszą - widza, ułomność w oglądaniu \"KINA\"
      Jeden z niewielu który, bawi się filmem.
      Moim faworytem oprócz \"Vabank\" jest \"Deja vu\".
      Najlepszego!