Bond Tuska

Bond Tuska

„Kogo pokochać każda gotowa, kto dziś jest wzorem supermężczyzny...” – śpiewa w jednej z krakowskich kawiarni dziwny chórek. W drzwiach lokalu staje Graś. Paweł Graś. Jest rok 1997, trwa kampania wyborcza do parlamentu, a dzisiejszy rzecznik rządu w tym tanecznym stylu próbuje właśnie po raz pierwszy dostać się do Sejmu. Wtedy mu się nie udało (kandydował z listy Ruchu Stu). Dziś ten 45-latek jest nie tylko posłem i ministrem w gabinecie Donalda Tuska, lecz również przyjacielem premiera. Do najgłębszych tajemnic rządu nie boi się go dopuścić wicepremier Grzegorz Schetyna.
Graś nie jest przesadnie ambitny, gra drużynowo i potrafi milczeć. Wręcz nie bardzo lubi mówić, a jeśli już to robi – waży słowa. Owa małomówność pasuje do etykietek „supermężczyzny", „komandosa" „polskiego Jamesa Bonda” czy „człowieka do zadań specjalnych”. Czy te określenia są uzasadnione? Właśnie trwa weryfikacja. Graś musi zadbać o pozytywny wizerunek rządu w sytuacji, kiedy wydaje się to niemożliwe. To być może zadanie bardziej skomplikowane od tych, które przed słynnym agentem MI6 ma zwyczaj stawiać brytyjska królowa.

Powołanie Pawła Grasia na rzecznika rządu było zaskoczeniem, bo zaledwie tydzień wcześniej został koordynatorem kampanii wyborczej platformy do  Parlamentu Europejskiego. A przecież nie sposób łączyć obu tych funkcji. I nagle objawił się w eterze Sławomir Nowak, szef gabinetu politycznego premiera, ze stwierdzeniem, że Polskę może czekać bankructwo... Po tej wypowiedzi nikt już nie miał wątpliwości, że rzecznik rządu jest potrzebny pilnie (stanowisko to nie było obsadzone od lipca 2008 r., kiedy odeszła Agnieszka Liszka). I najlepiej, żeby był oszczędny w  słowach.

Po decyzji premiera w sprawie Grasia Jan Dziedziczak, będący teraz i za poprzedniego gabinetu „ustami" Jarosława Kaczyńskiego, żartował, że  bardziej kojarzy się z wywiadem wojskowym niż prasowym. –  Ludzie związani ze służbami mówią dokładnie tyle, ile potrzeba –  tłumaczy Piotr Hertig, przyjaciel Grasia od czasów studenckich, dziś szef jego biura poselskiego. Super-Graś po wojskowemu jest też lojalny –  to zaufany człowiek Tuska, a przede wszystkim Grzegorza Schetyny. Działacze PO plotkowali nawet, że to wicepremier naciskał na powołanie go na ministra, by mieć lepszy dostęp do informacji z kancelarii premiera.

Z Grzegorzem Schetyną Graś poznał się jeszcze na studiach. Obecny wicepremier był w drugiej połowie lat 80. szefem Niezależnego Zrzeszenia Studentów na Uniwersytecie Wrocławskim. Graś przewodził zrzeszeniu na  Uniwersytecie Jagiellońskim. Studiował tam politologię ze specjalnością dziennikarską. Wtedy też po raz pierwszy i ostatni wykorzystał dziennikarską wiedzę zdobywaną na wykładach – pisał teksty do podziemnej prasy, które sygnował pseudonimem „P-64" (P – od imienia Paweł, 64 – od  roku urodzenia; P-64 był to też pistolet używany przez ZOMO). Już wtedy pracował na opinię komandosa. W 1987 r. brał udział w starciach z  milicją po mszy odprawionej przez Jana Pawła II na krakowskich Błoniach. – To dzięki Pawłowi wygraliśmy tę bitwę – wspomina Piotr Hertig. –  Zatknął na kiju strąconą milicjantowi czapkę i machając nią jak sztandarem, zmobilizował wszystkich do walki. Dwa lata później, kiedy był już szefem uczelnianego NZS, wykazywał się większym pragmatyzmem. Większość jego kolegów chciała strajku okupacyjnego na uniwersytecie, by  w ten sposób zmusić władze do zalegalizowania zrzeszenia. Wtedy rektor UJ zagroził ustąpieniem ze stanowiska. – Wszystkim nam zadrżały łydki, kiedy uświadomiliśmy sobie możliwe konsekwencje naszego protestu. Paweł zdecydował wtedy o zmianie jego formy i w ten sposób uchronił uczelnię przed dymisją jej władz – opowiada Hertig.

Kiedy po „okrągłym stole" wielu czołowych działaczy NZS angażowało się w  dorosłą politykę, Graś postanowił poświęcić się biznesowi. Najpierw pracował na czarno w Niemczech, później założył polsko-niemiecką spółkę joint-venture Pro-Holding. Firma do dziś tworzy oprogramowanie dla biznesu, ale od 2000 r. Graś nie ma z nią nic wspólnego. Bo w 1993 r., kiedy do władzy wrócili postkomuniści, przypomniał sobie o polityce. Najpierw nawiązał krótki romans z Unią Polityki Realnej, później działał w Klubie Myśli Politycznej im. Józefa Mackiewicza, który miał ponownie zintegrować środowisko dawnego NZS. To  tam poznał Czesława Bieleckiego, który wraz z Andrzejem Olechowskim, przekształcał właśnie Komitet Stu – ruch liberalno-konserwatywny – w regularna partię, która już pod nazwą Ruch Stu, miała w najbliższych wyborach walczyć o wejście do parlamentu.

W ugrupowaniu Bieleckiego Graś od początku był jednym z liderów, kierował małopolskimi strukturami, a w 1997 r. został szefem rady politycznej po odejściu z niej Andrzeja Olechowskiego. Budował swoją pozycję między innymi dzięki świetnej znajomości spraw wojska, bezpieczeństwa, a przede wszystkim tajnych służb. Był to efekt fascynacji trwającej od młodzieńczych lat – pochłaniał książki poświęcone służbom, spotykał się z ekspertami, a nawet sam ćwiczył na  strzelnicy. Nic dziwnego, że kiedy w 1996 r. zorganizował konkurs na  „Setnego chłopa", zwycięzcami zostali ludzie związani ze służbami: Andrzej Milczanowski, były szef MSW, a wcześniej Urzędu Ochrony Państwa, Konstanty Miodowicz, wówczas szef kontrwywiadu, oraz Sławomir Petelicki, do końca 1995 r. szef jednostki specjalnej GROM. Ten ostatni sam był podobno pod wrażeniem specjalistycznej wiedzy Grasia.

Swoją wiedzę dzisiejszy rzecznik rządu miał okazję szybko wykorzystać. W 1997 r. nie  dostał się do Sejmu, choć Ruch Stu wchodził w skład potężnej wówczas AWS. Nie pomogła oryginalna kampania wyborcza – dziewiąte miejsce Grasia na liście wyborczej było pierwszym, które nie wzięło mandatu. Premier Jerzy Buzek rozważał jeszcze jego kandydaturę na wojewodę krakowskiego, ale ostatecznie się rozmyślił. W grudniu tego samego roku czeczeńscy rebelianci niedaleko Groznego porwali pięciu Polaków, wśród nich kolegów Grasia z NZS Marka Kurzyńca i Pawła Chojnackiego. 33-letni polityk zaangażował się w pomoc porwanym, interweniując w ich sprawie u  polityków rządzącej AWS-UW. W lutym 1998 r. mężczyzn udało się uwolnić, a Graś – być może dzięki swojej aktywności – wkrótce został doradcą Jerzego Buzka do spraw obronności i bezpieczeństwa. Głównym jego zadaniem była integracja polskich struktur wojskowych z NATO. Najbardziej jednak z tych czasów chwalił sobie możliwość współpracy z  GROM-em.

W listopadzie 1998 r. z mandatu poselskiego zrezygnował Marek Nawara, który został wojewodą małopolskim. I wtedy Graś wszedł do Sejmu na jego miejsce. Kiedy się zorientował, że Ruch Stu nie ma przed sobą przyszłości, przeszedł do Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego. Tam też nie zagrzał długo miejsca i  jeszcze w czasie trwania kadencji Sejmu wstąpił do tworzonej właśnie Platformy Obywatelskiej. Został pełnomocnikiem partii w  południowo-zachodniej Małopolsce. Mimo to niewiele brakowało, by nie został liderem listy wyborczej w swoim regionie, ponieważ przegrał prawybory. Pomogła dopiero interwencja Pawła Piskorskiego, ówczesnego sekretarza generalnego partii.

W następnej kampanii wyborczej dało o  sobie znać zamiłowanie Grasia do wojska. Kraków i okoliczne miejscowości objeżdżał transporterem opancerzonym, znanym z ulic z czasów stanu wojennego. W ten sposób przekonywał wyborców do rozmów o  bezpieczeństwie. Tym razem niekonwencjonalna kampania przyniosła efekty i do Sejmu Graś dostał się bez niczyjej pomocy. Szybko został wiceprezesem małopolskiej PO i zastępcą Piskorskiego. – Sprawdzał się w  swojej roli świetnie, miał talent negocjacyjny bardzo potrzebny do tej funkcji – wspomina ówczesny sekretarz generalny PO Paweł Piskorski. Najważniejsze dla przyszłej kariery Grasia było jednak to, że trafił też na dwór Tuska, czyli do wąskiego grona najbardziej zaufanych współpracowników szefa PO.

Wyborcom Graś lepiej zapisał się w pamięci dopiero w 2004 r. Razem z Pawłem Poncyljuszem z PiS wziął udział w akcji „Uwagi" TVN i „Super Expressu" „Przeżyć miesiąc za 500 zł” (tyle mniej więcej zostawało wówczas po opłaceniu rachunków za mieszkanie osobie, która miała minimum socjalne). Była to jedna z pierwszych wspólnych akcji tabloidów i polityków. „Super Express” codziennie relacjonował, jak radzą sobie obaj politycy, mając po 500 zł na życie. Dla pewności redakcje wysłały w tajemnicy ludzi, którzy mieli ich kontrolować. –  Zapomnieli jednak o szpiegowskich pasjach Pawła. Dość szybko się zorientował, że ma za sobą ogon – opowiada Piotr Hertig. Grasiowi być może udałoby się przeżyć za 500 zł, ale musiał pod koniec miesiąca zapłacić za leczenie dentyście. Dzięki akcji stał się jednak rozpoznawalny. Założył wówczas blog ( jako pierwszy polityk w Polsce) i  chwalił się, że pod względem popularności przegrywa tylko z blogiem „nimfomanki”.

W platformie Graś stał się człowiekiem do zadań specjalnych. Grzegorz Schetyna często wysyłał go w teren jako zastępcę sekretarza generalnego PO. W maju 2005 r. wygasił w Lublinie konflikt między lokalnymi działaczami i oskarżoną o nepotyzm Zytą Gilowską, a  później między regionalnymi politykami i Januszem Palikotem. W 2006 r. próbował zabezpieczyć dokumenty z biur Pawła Piskorskiego, którego wyrzucono z partii po prasowych zarzutach, że kupił ziemię, by zarabiać na unijnych dopłatach. W 2008 r. badał sprawę korupcyjną Jacka Karnowskiego w Sopocie, po czym rekomendował wyrzucenie z PO oskarżającego go Sławomira Julkego. Interweniował w sprawie konfliktu w  zachodniopomorskiej platformie, a jako rzecznik dyscyplinarny PO pilnował, by nie dochodziło do naruszeń dyscypliny podczas głosowań w  Sejmie. Sam zresztą musiał zapłacić karę za głosowanie przeciw zmniejszeniu o 20 mln zł wydatków na budowę tamy, która ma chronić przed powodzią Wadowice i Kraków. W czasie wolnym od partyjnych obowiązków dalej szkolił się w sprawach obronności, jeździł na konferencje wojskowe czy do Iraku (spędził tam tydzień, żyjąc jak zwykły żołnierz).

Po zwycięskich dla PO wyborach w 2007 r. mógł liczyć na ważne stanowisko ministerialne. Zamiast tego został sekretarzem stanu w kancelarii premiera. Był pełnomocnikiem rządu ds. bezpieczeństwa i koordynatorem służb specjalnych. Jego funkcja nie przypominała jednak tej, którą w  rządzie PiS pełnił Zbigniew Wassermann. Graś był raczej posłańcem między szefem ABW Krzysztofem Bondarykiem a wicepremierem Grzegorzem Schetyną. Wytrzymał w tej roli dwa miesiące, oficjalnie odchodząc z powodów osobistych. Wersji nieoficjalnych było kilka, a najczęściej wymieniano konflikt wokół koncepcji zmian w służbach, zbyt małe uprawnienia, problem z dostępem do premiera czy zbytnie uniezależnianie się Grasia od  Schetyny. Po jego odejściu pojawiały się plotki, że mógłby w fotelu sekretarza generalnego PO zastąpić Schetynę, który był zbyt zajęty kierowaniem Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji. Później mówiło się, że ma być następcą Bogdana Klicha w MON.

W końcu Graś – niechętnie – zgodził się zostać rzecznikiem rządu. Ta  funkcja nie jest trampoliną do politycznej kariery. Jan Dziedziczak w  Sejmie występuje wyłącznie jako były rzecznik rządu Jarosława Kaczyńskiego. Michałowi Toberowi zaszkodziła niepopularność jego szefa Leszka Millera i dziś Tobera w polityce już nie ma. Wielkich karier nie  zrobili też Aleksandra Jakubowska ani Jarosław Sellin. Jeśli rzeczywiście Paweł Graś ma być w rządzie rzecznikiem od złych wiadomości (dobre będzie przekazywał Donald Tusk), to może podzielić los swoich poprzedników. Co wtedy zrobi? Na pewno znajdzie więcej czasu na życie rodzinne. Podczas gdy teraz coraz więcej czasu spędza w Warszawie, jego najbliżsi – żona Dagmara (pracuje jako księgowa) i 18-letni syn Kuba (uczeń liceum) – żyją wciąż w rodzinnym stumetrowym domu z 1906 r. w  Zabierzowie pod Krakowem. Bond Donalda Tuska dziś ma dla nich czas prawie wyłącznie w weekendy. Zdecydowanie brakuje mu też wolnych chwil na zbieranie grzybów w okolicach Włodawy na Polesiu, gdzie Grasiowie mają trzyizbową drewnianą chatę z wygódką na podwórzu. Z rozrywek może pozwolić sobie jedynie na oglądanie meczów piłkarskich i hokejowych (kibicuje Unii Oświęcim) oraz degustowanie whisky i piwa (tu pewien dysonans – Bond przecież lubi martini...).

Po dwóch tygodniach pracy w nowej roli widać, że Graś stawia na występy na konferencjach prasowych, a nie bezpośredni kontakt z dziennikarzami. Ci narzekają, że dodzwonienie się do niego graniczy z cudem. Nie ma też co  liczyć na to, że sam oddzwoni. Graś pod tym względem ma zupełnie inny styl niż jego poprzedniczka Agnieszka Liszka. Zapowiedział zresztą, że  będzie namawiał dziennikarzy, by rozmawiali z konkretnymi ministrami, dzięki czemu informacje w mediach będą bardziej precyzyjne. Pierwsze efekty już widać. Z okazji skorzystała minister pracy Jolanta Fedak, prostując w radiu wypowiedź Donalda Tuska na temat źródeł finansowania pomocy dla bezrobotnych, którzy stracili możliwość spłaty kredytu hipotecznego.

W nowej roli Pawła Grasia czeka trudne zadanie nie tylko dlatego, że  nastały ciężkie czasy. Z jego obecności w kancelarii premiera nie jest z  pewnością zadowolony ani Sławomir Nowak, który lubi mieć monopol na  wiedzę o tym, co premier chciałby powiedzieć, ani Igor Ostachowicz, PR-owiec, który po odejściu Agnieszki Liszki podporządkował sobie Centrum Informacyjne Rządu.

Zadowolony jest za to Mirosław Drzewiecki, któremu najwyraźniej brakowało kolegi, kiedy ten wypadł na jakiś czas z dworu Tuska: „Jak jest dobra paka i ludzie, którzy się dobrze znają, rozumieją i naprawdę przyjaźnią, to fajnie będzie razem" – stwierdził minister sportu.

 


Własnym zdaniem

„Nie będę terroryzował mediów swoim częstym widokiem"

„Za biurkiem, tak jak Wichurze w "Czterech pancernych" pod pancerzem, jest mi duszno. Wolę miejsca, gdzie jest więcej akcji niż w gabinecie z mapą i paprotką."

„Pan prezydent nie zrozumiał do końca. Pan premier mówił do niego 'Lechu, podpis, podpis'. Chodziło mu o podpis pod ratyfikacją traktatu europejskiego. A pan prezydent zrozumiał, że chodzi o POPiS"
o rzekomej propozycji koalicji PO-PiS, złożonej przez Donalda Tuska Lechowi Kaczyńskiemu

„Przestań wymachiwać tym palcem, bo ci go uszkodzę"
do Tadeusza Cymańskiego podczas debaty nad wotum nieufności dla minister zdrowia Ewy Kopacz

„To typowe stanowisko stworzone pod osobę, a nie pod rozwiązywanie problemów. Z faktu, że ktoś się nazywa koordynatorem, nic jeszcze nie  wynika"
po decyzji PO o likwidacji stanowiska koordynatora ds. służb specjalnych


Przyjaciele
Donald Tusk
– Grasiowi udało się dostać na  dwór Tuska w 2001 r. To tym większe osiągnięcie, że nie grywa z szefem w  piłkę nożną.
Grzegorz Schetyna – poznali się pod koniec lat 80., działając w NZS, a zaprzyjaźnili podczas III kadencji Sejmu. Od  trzech lat Graś jest zastępcą Schetyny i lojalnym wykonawcą jego poleceń.
Piotr Hertig – przyjaciel od czasów studiów. Razem działali w NZS, UPR i Ruchu Stu. Dziś kieruje biurem poselskim Grasia.

Mistrzowie
Sławomir Petelicki – twórca i pierwszy dowódca jednostki specjalnej GROM, obiektu prawdziwej fascynacji Pawła Grasia. Na jego stronie internetowej jest nawet specjalny dział poświęcony GROM-owi.

Wrogowie 
Paweł Piskorski – uważa Grasia, swego byłego zastępcę, za człowieka o miękkim kręgosłupie, od kiedy po  wyrzuceniu Piskorskiego z partii w 2006 r. Graś zjawił się w  mazowieckich biurach PO, by zabezpieczyć dokumenty.
Mariusz Kamiński – Graś, odwrotnie niż  Tusk, był zwolennikiem pozbycia się byłego polityka PiS z fotela szefa CBA. Spekulowano nawet, że ta różnica zdań mogła być powodem odejścia Grasia z kancelarii premiera.

Sukcesy
Funkcja szefa NZS na Uniwersytecie Jagiellońskim, najstarszej uczelni w  Polsce powołanie na rzecznika rządu w randze sekretarza stanu – takiej pozycji nie miał żaden z jego poprzedników

Porażki
Przegrana w wyborach do Sejmu w 1997 r. mimo największej w regionie kampanii wyborczej objęcie po zwycięskich dla PO wyborach w 2007 r. zaledwie stanowiska pełnomocnika rządu ds. bezpieczeństwa i koordynatora służb specjalnych


Okładka tygodnika WPROST: 11/2009
Więcej możesz przeczytać w 11/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także