Prezydent swojej żony - Dmitrij Miedwiediew

Prezydent swojej żony - Dmitrij Miedwiediew

Sprzedawcy matrioszek na Nowym Arbacie w Moskwie jak nikt czują nastroje Rosjan. Dotychczas największa matrioszka, w którą chowały się mniejsze, przedstawiała Władimira Putina. Dzisiaj wyraźnie potężniejszy jest Dmitrij Miedwiediew i to jego podobizna pojawia się na większości pamiątek. Miedwiediew, który całe życie stał w czyimś cieniu, nagle staje się liderem. Mimo że charakterologicznie jest chyba najmniej odpowiednią osobą do tej roli.
Złośliwi twierdzą, że przełomowy moment w życiu obecnego prezydenta zdarzył się, kiedy ten miał 7 lat. W szkole numer 305 w Leningradzie poznał wówczas uczennicę Swietłanę. Finał tej znajomości nastąpił w 1989  r., kiedy Dmitrij i Swietłana wzięli ślub. O  ile koledzy i grono pedagogiczne z Leningradu doskonale pamiętają wszechstronnie uzdolnioną Swietłanę, która była jak z radzieckiego dowcipu: „komsomołka, sportsmenka i wspaniała dziewczyna", o tyle z  przypomnieniem sobie, jaki był w tym czasie przyszły prezydent Rosji, są już pewne problemy. We wspomnieniach kolegów ze szkolnej ławy i  nauczycieli przeważają informacje, że Miedwiediew był dobrym uczniem, nie sprawiał problemów wychowawczych, ale też niczym się nie wyróżniał. Wiadomo, że jego pasją w szkole średniej była hodowla rybek akwariowych. Koledzy z wydziału prawa twierdzą, że miał temperament naukowca. Wszyscy jednak podkreślają, że osobą, która zmuszała go do działania, podsycała w nim ambicje, była żona. Jak twierdzi politolog Aleksiej Muchin, to  żona jest najważniejszym strategiem i najbliższym doradcą obecnego prezydenta.
Miedwiediew nigdy nie wychodził z cienia swoich szefów. Młody prawnik był protegowanym pierwszego mera Petersburga Anatolija Sobczaka. Później jego szefem był Władimir Putin, któremu zawdzięcza najwięcej. To Putin sprowadził go do Moskwy, uczynił swoim bliskim współpracownikiem i wreszcie następcą. Plan ówczesnego władcy Kremla wydawał się prosty. Putin kończył drugą i ostatnią przewidzianą konstytucją kadencję prezydenta. Razem ze swoimi współpracownikami obmyślał plan, jak teoretycznie przekazać władzę, ale faktycznie ją zachować. Cieszył się ogromnym poparciem społecznym, z łatwością mógł zmienić konstytucję i ogłosić, że kolejny raz będzie prezydentem. Dbał jednak o pozory i nie chciał być traktowany na świecie jak dyktator Aleksander Łukaszenka. Dlatego szukał oddanego i lojalnego następcy, który zgodziłby się podzielić władzą. Jego wybór padł na dwóch najbardziej zaufanych: wywodzącego się z KGB Siergieja Iwanowa i  uchodzącego za liberała Dmitrija Miedwiediewa. Obaj zostali mianowani przez Putina wicepremierami. Do końca kremlinolodzy z całego świata zastanawiali się, kto wygra tę rywalizację i jakie są jej podstawowe kryteria. Mówiono, że kandydatem na ciężkie czasy jest „twardogłowy" Iwanow. W sytuacji gospodarczej prosperity, jaka wtedy panowała, lepszy okazał się Miedwiediew. Być może jednak argumentem, który przeważył, była całkowita sterowność Dmitrija Miedwiediewa.
Konstatin Gorszkow, dziennikarz z Petersburga, twierdzi, że Miedwiediew zawsze był traktowany jak marionetka Putina, człowiek bez własnych ambicji. Teraz, gdy wydaje się, że namaszczony przez Putina prezydent chce popełnić akt ojcobójstwa i odsunąć swojego protektora od władzy, rosyjscy dziennikarze twierdzą, że to też nie jego inicjatywa, bo za wszystkim stoi bardzo ambitna żona.
Dmitrij Miedwiediew znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie dzięki mechanizmowi, który od dawna funkcjonuje w kręgach władzy, nie tylko zresztą w Rosji. Każdy przywódca co najmniej od czasów Breżniewa sprowadzał do stolicy swoich ziomków. W czasach Władimira Putina na Moskwę najechał desant z Petersburga. Tak zwani „piterscy" zajmowali wszystkie najważniejsze stanowiska na różnych szczeblach administracji. Niemało było funkcjonariuszy KGB, ale wśród nich pojawili się także tak zwani liberałowie. Dla tych młodych ekonomistów i prawników kluczowym wydarzeniem był rozpad ZSRR. Porażka socjalizmu w ekonomii była dla nich oczywista. Bez wahania wprowadzali w  Rosji liberalny model gospodarki, zalecany przez różne instytucje finansowe. Równocześnie jednak wcale nie tęsknili do demokracji. Byli raczej technokratami zdolnymi do pracy w każdym systemie. Do tej grupy należał Dmitrij Miedwiediew.
Dzięki etykietce liberała Miedwiediew miał bardzo dobre notowania na  Zachodzie. Co więcej, wiele światowych mediów opisuje jego konflikt z  Władimirem Putinem jako zderzenie dwóch grup, które mają różne systemy wartości. Po stronie Putina mają stać autorytarni przedstawiciele służb specjalnych, po stronie Miedwiediewa zwolennicy demokratyzacji. Nic bardziej mylnego. – Miedwiediew jest co najwyżej technokratą bez żadnych poglądów – uważa Lilia Szewcowa z Moskiewskiego Centrum Carnegie. Konflikt między rosyjskim prezydentem i premierem to klasyczna walka o  władzę i kontrolę nad źródłami dochodów. Po obu stronach są ludzie, którzy prezentują dokładnie taki sam system wartości, taką samą wizję państwa – zarówno technokratyczni liberałowie, jak i byli agenci KGB. Poglądy nie mają tu większego znaczenia. Nie zmienia to jednak faktu, że  bój o władzę i udziały w firmach, które kontrolują przepływ rosyjskich surowców, może być bardzo widowiskowy, a nawet krwawy. Dotychczas rosyjskie elity potrafiły kanalizować nastroje społeczne, same wybierając przywódców. Robił to Władimir Putin, prowokując wojnę w  Czeczenii czy antyzachodnią histerię. Dzisiaj jednak sytuacja bardzo się zmieniła. Kryzys gospodarczy może doprowadzić w Rosji do wybuchu społecznego niezadowolenia.
Przez dwie kadencje Władimir Putin był w Rosji traktowany jak car. Nawet opozycja złożona z komunistów czy demokratów nie miała odwagi go  krytykować. Zgodnie ze starą zasadą, że car jest zawsze dobry, a winę za  wszystko ponoszą urzędnicy. Nie zmieniło się to nawet wtedy, kiedy Putin został premierem. Dla wszystkich było jasne, że to on z tylnego siedzenia pociąga za wszystkie sznurki. To Putin zdecydował się na wojnę w Gruzji, uznanie Abchazji i Osetii Południowej. Teraz jednak coś się zmieniło. Sygnał dał sam prezydent Dmitrij Miedwiew. To on powiedział, że rząd nie radzi sobie z kryzysem. Winą za pogarszającą się sytuację materialną Rosjan obarczył swojego protektora. Od dawna media sugerowały, że między ludźmi Miedwiediewa i Putina toczy się gra o  kontrolę nad zyskami z eksportu surowców. Słowa Miedwiediewa sprawiły, że ta wojna stała się jawna. Co więcej, każdy, kto ogląda rosyjską telewizję, widzi, że to prezydent ma ogromną przewagę. Państwowa propaganda pracuje na niego. W Rosji to lokator Kremla ma w ręku klucz do otwierania wszystkich drzwi. Trzeba było tylko właściwego momentu, by  Dmitrij Miedwiediew uznał, że chce i może tego klucza użyć.
Do stanowiska prezydenta jest przypisana władza. Miedwiediew wie jednak, że nie może oprzeć swojej władzy na żonie, zaprzyjaźnionych z nią tak zwanych prawosławnych czekistach czy technokratach z Petersburga. Wie też, że w Rosji naród nie jest hegemonem, więc i na nim nie może spoczywać władza. Dlatego szuka sojusznika w armii. Każdego dnia państwowa telewizja pokazuje, jak prezydent odwiedza kolejne okręgi wojskowe. Spotyka się zarówno z  dowódcami, jak i prostymi żołnierzami. Co więcej, niejednoznacznie sugeruje, że reforma sił zbrojnych wprowadzana przez Władimira Putina była zła. Tak naprawdę plan uzawodowienia armii miał przybliżyć rosyjskie siły zbrojne do modelu amerykańskiego – ograniczyć liczbę generałów, zwiększyć liczbę jednostek bojowych. Te zmiany powodowały zdecydowany opór kadry dowódczej. Jak donosiły media, w armii była „atmosfera buntu". Nieoczekiwanie na czele tego buntu stanął Dmitrij Miedwiediew.
Prezydent w niejednoznacznej formie zaatakował swojego poprzednika. Powiedział, że armia jest dzisiaj „chorym człowiekiem Rosji. Daleko jej do elitarności innych służb". Była to wyraźna sugestia skierowana przeciwko służbom specjalnym. To one są dzisiaj w Rosji prawdziwą elitą. I na pewno popierają Putina. W Rosji szykuje się więc rywalizacja między armią a służbami specjalnymi. Te siły jużsą wykorzystywane w rozgrywce między ośrodkami władzy.
Właśnie rozpoczął się nowy proces Michaiła Chodorkowskiego, byłego najbogatszego człowieka Rosji. Oskarżenia są jeszcze bardziej absurdalne niż za pierwszym razem. Chodorkowski razem z całym byłym kierownictwem firmy Jukos jest obwiniany o zdefraudowanie państwowych pieniędzy. Tylko że te niby podlegające defraudacji pieniądze miały przewyższać zyski samej firmy. Sprawa Chodorkowskiego miała dwa cele. Chodziło o  unieszkodliwienie człowieka z ogromnymi politycznymi ambicjami i  przejęcie firmy przynoszącej ogromne dochody. Oba cele zostały osiągnięte. Oligarcha siedzi w więzieniu, a miejsce Jukosu zajęła firma Gunvor, której nominalnym właścicielem jest Giennadij Timczenko –  przyjaciel Putina.
Sprawa Chodorkowskiego jest też symbolem rosyjskiego „bandyckiego kapitalizmu", który stanowił istotę władzy Władimira Putina. Miedwiediew to rozumie. Wie, że jeśli chce wygrać walkę o władzę, musi się uwiarygodnić jako samodzielny przywódca. Tym samym musi uwolnić Chodorkowskiego. Sprawa uwięzionego oligarchy jest dzisiaj w Rosji testem na to, kto naprawdę sprawuje władzę. Jeśli Chodorkowski wyjdzie na wolność, będzie to oznaczało, że rządzi Miedwiediew. Jeśli pozostanie w wiezieniu, będzie to dowód, że władzę ma Putin. Jest to także „test na liberała". Prezydent i jego otoczenie muszą doprowadzić do uwolnienia Chodorkowskiego. Zwłaszcza w związku z prezentem, jaki zrobił Miedwiediewowi Barack Obama, proponując nowe otwarcie i zapowiadając de facto odłożenie budowy tarczy antyrakietowej.
Rosyjski prezydent ma dużo atutów, żeby wygrać. Zachód, który uważa go  za liberała, daje do zrozumienia, że Miedwiediew powinien uwolnić Chodorkowskiego, przestać przyjaźnić się z Hugo Chávezem czy prezydentem Iranu. Jego największym wrogiem jest jednak on sam. Jak podkreślają znajomi rodziny Miedwiediewów, w tym małżeństwie to żona podejmuje decyzje. Niedawny protektor, a obecnie przeciwnik Władimir Putin to  także zawodnik wagi ciężkiej. Jak mało kto czuje polityczną koniunkturę. Przykładów na to jest wiele. Ostatnio chce uchodzić za liberała i  przekonuje, że Rosja musi być bardziej demokratyczna. Ma przy tym –  okaże się, z jakimi skutkami dla swej politycznej pozycji – mniej ambitną żonę.


Własnym zdaniem

„Nasz kraj był i pozostanie republiką prezydencką. Nie może być innej drogi. Nie będzie dwóch, trzech czy pięciu centrów [władzy]. Prezydent rządzi Rosją,
a zgodnie z konstytucją prezydent może być tylko jeden"

„Przez ostatnie pięć, siedem lat zgromadziliśmy poważne rezerwy po to, aby móc je wykorzystać w razie pogorszenia się sytuacji gospodarczej"

„Nie mamy wrodzonego antyamerykanizmu. Mamy nadzieję, że nasi partnerzy, nowa amerykańska administracja, zdecyduje się na dojrzałe relacje
z Rosją"

„Ambitne plany przekształcenia Moskwy w światowe centrum finansowe nie są dziś celem numer jeden, ale nie oznacza to, że z nich rezygnujemy"

„Wiele rzeczy zostało wdrożonych zbyt wolno, co jest nie do usprawiedliwienia"
o reakcji rządu Władimira Putina na kryzys

„Jestem w bardzo dobrych relacjach z premierem. Jesteśmy starymi przyjaciółmi. Nie znaczy to jednak, że jako prezydent mam przymykać oczy na istniejące problemy. Kiedy spotykam się z rządem, wytykam mu błędy, to zupełnie normalne"



Przyjaciele
Paweł Kraszeninnikow – były minister sprawiedliwości, szef Rosyjskiego Stowarzyszenia Prawników, które jest postrzegane jako zaplecze kadr dla obecnego prezydenta.

Igor Jurgens– dyrektor Instytutu Współczesnego Rozwoju, nowego think tanku stworzonego przez Miedwiediewa. Krytykował Putina za ograniczanie wolności prasy i chwalił liberalne skrzydło w obozie władzy.

Aliszer Usmanow – szef Gazprominvestholdingu, z majątkiem szacowanym na 5,5 mld USD. Zapewnia wsparcie prezydentowi przez kontrolę nad spółką Gazprom Media.

Wrogowie
Władimir Putin – dawniej protektor Dmitrija Miedwiediewa, dzisiaj jego przeciwnik polityczny.

Igor Sieczin – wicepremier i szef rady nadzorczej Rosnieftu. Stoi na czele proputinowskiego obozu, w którego skład wchodzą byli i obecni pracownicy resortów siłowych i służb specjalnych.

Siergiej Iwanow – były rezydent KGB w  Wielkiej Brytanii, jeden z najbliższych współpracowników Władimira Putina.

Mistrzowie
Władimir Putin – były funkcjonariusz KGB, prezydent Rosji w latach 2000-2008, a obecnie premier. Namaścił Miedwiediewa na swojego następcę.

Anatolij Sobczak – założyciel Ruchu Reform Demokratycznych, w latach 1991-1996 mer Sankt Petersburga.



Sukcesy
trzeci prezydent Federacji Rosyjskiej, poparty przez ponad 70 proc. wyborców; konsekwentnie buduje zaplecze polityczne i zaufanie społeczne

Porażki
ani Rosjanie, ani zachodni przywódcy nie wierzą w pełną niezależność Miedwiediewa, wciąż spekuluje się o możliwym powrocie Putina na urząd prezydenta



Okładka tygodnika WPROST: 12/2009
Więcej możesz przeczytać w 12/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także