Polscy sułtani kryzysu

Polscy sułtani kryzysu

PKO BP warte tyle, ile Citibank? PZU wykupujące amerykańskiego giganta AIG? Asseco walczące o tytuł najcenniejszej firmy informatycznej w Europie? Solaris wyprzedzający Scanię i MAN-a?
Kryzys zbierający gorzkie żniwa wśród zagranicznych koncernów dla wielu polskich spółek okazał się siłą napędową. Pomaga im awansować do grona największych firm Europy. Do niedawna nawet największe polskie firmy zaliczały się do trzeciej, najwyżej drugiej ligi światowego biznesu. Z ekstraklasą mogły konkurować jak równy z równym co najwyżej w niszach rynkowych. Na przykład Barlinek w warstwowych deskach podłogowych czy Kopex w produkcji maszyn górniczych. Globalny kryzys, któremu towarzyszy dramatyczne osłabienie wielu zachodnich korporacji i  drastyczny spadek ich wycen, wywrócił ten porządek do góry nogami. Bo  polska gospodarka odczuwa bessę słabiej od gospodarek zachodnich, co  automatycznie przełożyło się na lepszą sytuację rodzimych spółek. Część z nich weszła w kryzys jako krzepkie, mało zadłużone i dobrze zarządzane przedsiębiorstwa. I dlatego wyjdą z niego większe i silniejsze. Wykorzystają gorszą kondycję zachodniej konkurencji, okazje do tanich przejęć za granicą, siłę rodzimej gospodarki i większą dziś skłonność konsumentów do sięgania po tańsze produkty.

W marcu 2009 r. polskie media z dumą informowały, że PKO BP pod względem wartości rynkowej (czyli wartości giełdowej akcji) zrównał się z  Citibankiem, do niedawna największą instytucją finansową świata (dwa miesiące wcześniej największy polski bank był już wart więcej niż  Barclays będący ikoną brytyjskiej bankowości). Dziś, po wzroście kursu akcji amerykańskiego banku i znacznym osłabieniu złotego, PKO BP ma już wartość dwa razy mniejszą od Citibanku. Gdyby jednak ktoś w latach 90. powiedział, że jakiś polski bank będzie w  następnej dekadzie wyceniany niewiele gorzej od światowych liderów, zostałby wyśmiany.
Tak dobra wycena PKO BP to wynik „konserwatywnej" polityki banku, który właściwie nie uczestniczył w rynku najbardziej ryzykownych instrumentów finansowych i ostrożnie udzielał kredytów. Dzięki temu jest dziś dużo zdrowszy od wielu zachodnich konkurentów i chce to wykorzystać do  ekspansji rynkowej. PKO BP zamierza kupić polską część amerykańskiego giganta AIG. Ma też w planach dokapitalizowanie Kredobanku – spółki- -córki na Ukrainie – kwotą 100 mln USD. Jerzy Pruski, prezes PKO BP, nie  wyklucza też zagranicznych przejęć.
Kupować za granicą – i to na dużą skalę – będzie PZU. Największy polski ubezpieczyciel jest dziś w znacznie lepszej sytuacji od wielu dużych zachodnich konkurentów. Holenderski ING i belgijski KBC (właściciel Warty) za sprawą nietrafionych inwestycji znaleźli się w takich tarapatach, że poprosili o rządową pomoc. Niemiecki Allianz, jeden z  największych ubezpieczycieli na świecie, a zarazem główny konkurent PZU w Polsce i Europie Środkowo--Wschodniej, stał się w wyniku kryzysu kolosem na glinianych nogach. W 2008 r. poniósł straty w wysokości 2,4 mld euro. Nic więc dziwnego, że cena jego akcji spada na łeb, na szyję (z tego powodu wartość firmy w ciągu roku zmniejszyła się o połowę, z 67 mld euro do 29 mld euro).
Tymczasem PZU, zarabiając w 2008 r. netto 3 mld zł, podwoił zysk z roku poprzedniego. I nic nie wskazuje na to, żeby w tym roku miał pogorszyć wyniki. Co więcej, PZU ma 12 mld zł wolnej gotówki (z niewypłacanej przez kilka lat dywidendy), którą chce wydać głównie na zakup konkurentów. Na pierwszy ogień ma pójść ubezpieczeniowa część AIG w  Europie Środkowo- -Wschodniej, co może kosztować 4,5 mld zł. –  Generalnie czas kryzysu to doskonała okazja dla firm takich jak PZU, żeby pokazać swoją silną pozycję – mówi Andrzej Klesyk, prezes PZU.
Największy polski ubezpieczyciel ma ambicję zostać największym ubezpieczycielem również w Europie Środkowej i Rosji. Jeśli mu się to  uda, trafi do grona największych firm ubezpieczeniowych na kontynencie. Notabene, ten rynek na Starym Kontynencie najszybciej rozwija się właśnie w naszym regionie i tutaj także najlepiej się na nim zarabia (na Zachodzie marże na sprzedaży ubezpieczeń zbliżają się do zera i są kilkakrotnie mniejsze niż w nowych krajach unijnych, Ukrainie czy Rosji).

Także w innych branżach rynki krajów Europy Środkowo-Wschodniej są mniej nasycone i rozwijają się szybciej od zachodnioeuropejskich. Kryzys, który bardziej uderzył w gospodarki zachodniej Europy, tylko ten efekt wzmocni. Biorąc pod uwagę, że wiele rodzimych firm od lat radzi sobie w Polsce i regionie lepiej od  zachodnich, można śmiało założyć, że kryzys doda skrzydeł właśnie polskim.
NG2, największy w Polsce sprzedawca butów, to jedna z firm, które liczą, że właśnie teraz zwiększą udział w rynku. – Kryzys już napędza nam klientów, bo oferujemy obuwie z niższej półki cenowej – cieszy się Piotr Nowjalis, wiceprezes NG2. Sprzedaż NG2 wzrosła w pierwszym kwartale 2009 r. o 30 proc. To m.in. dlatego nawet w najbardziej pesymistycznym scenariuszu tegoroczny zysk firmy nie będzie niższy od ubiegłorocznego. – Chcemy go jednak wykorzystać w pierwszej kolejności do wzmocnienia pozycji firmy na polskim rynku, który ma w sobie jeszcze olbrzymi potencjał rozwoju – zaznacza Nowjalis. Rzeczywiście, przestrzeń do  ekspansji jest, bo statystyczny Polak kupuje dziś średnio 3,5 pary obuwia rocznie, a to prawie dwa razy mniej niż przeciętny Europejczyk z  zachodniej części kontynentu.
Maspex, lider rynku soków nie tylko w Polsce, ale i w Czechach, na  Słowacji i Litwie (w innych krajach naszego regionu też ma bardzo silną pozycję), w drugiej połowie 2008 r. – gdy świat biznesu ogarniała coraz większa panika – przejmował kolejne zagraniczne firmy. I nie zwalnia tempa. – Rok 2009 niezależnie od kryzysu jest dla nas rokiem totalnej ofensywy produktowej – przyznaje Krzysztof Pawiński, prezes Maspeksu.
Mimo kryzysu rozpędza się też Asseco, które za trzy-cztery lata chce działać w całej Europie. – Obecna sytuacja rynkowa pozwala nam na zakup spółek za granicą po niższych cenach, chcemy na ten cel wydać nawet 200 mln euro – mówi Katarzyna Drewnowska z Asseco, które w gronie najcenniejszych firm informatycznych w Europie awansowało na siódme miejsce. Jeśli nadal będzie się rozwijać tak szybko jak dotychczas, może się znaleźć nawet w pierwszej trójce.

Siłą Asseco i innych polskich spółek jest to, że często oferują swoje towary i usługi taniej od zachodnich potentatów. Dzięki temu w dobie recesji, gdy klienci większą wagę przywiązują do ceny, nabierają wiatru w żagle. Tak jest na przykład z  Solarisem, producentem autobusów z Bolechowa pod Poznaniem, kontrolowanym przez rodzinę Olszewskich. Firma oferuje pojazdy tańsze, ale równie dobre, co największe koncerny motoryzacyjne na świecie. Dlatego od paru lat przebojem wchodzi na kolejne zagraniczne rynki. W  Europie znajduje się w pierwszej piątce największych dostawców autobusów miejskich (takich sprzedaje się najwięcej). W samych Niemczech, które są bardzo wymagającym rynkiem, jest już numerem trzy po  Mercedesie i MAN-ie, wyprzedzając takich potentatów jak Volvo czy  Scania. W wyniku recesji w najbogatszych krajach Solaris będzie rozwijał się szybciej od zachodnich konkurentów, w czym pomoże mu też względna odporność polskiej gospodarki na kryzys. Bo dzięki niej może wciąż liczyć na spore zlecenia w kraju. Podobnie sytuacja wygląda w wypadku firm z innych branż, szczególnie budowlanej. Wzmacnia je boom w  inwestycjach infrastrukturalnych, napędzany głównie funduszami unijnymi.

Polska stała się w ubiegłym roku największym placem budowy w Europie. Silne rodzime firmy, takie jak Polimex- -Mostostal czy PBG z  Wielkopolski, skwapliwie z tego skorzystały, notując silny wzrost przychodów i zysków. Jeszcze nigdy nie miały portfela tak szczelnie wypełnionego zamówieniami. – Nie musimy się martwić o to, że  dziś z powodu kryzysu konkurencja w publicznych przetargach jest dużo ostrzejsza niż dotychczas, a marże spadają, bo mamy co robić przez najbliższe dwa, trzy lata – mówi Jacek Krzyżaniak, członek rady nadzorczej PBG. – Tym bardziej że na podpisanych już kontraktach zarobimy więcej, niż zakładaliśmy, bo w wyniku kryzysu spadają ceny materiałów i urządzeń budowlanych, a także usług podwykonawczych. Na  drugim biegunie znalazły się firmy zachodnie, szczególnie hiszpańskie, które nie mogą się pochwalić dobrymi perspektywami. Wiele z nich jest w  opresji. Ferrovial, jeden z największych koncernów budowlanych w  Europie, poniósł w 2008 r. ponad 800 mln euro straty. Kurczą się jego przychody, spada cena akcji, która tylko w ostatnich trzech miesiącach zmalała aż dwukrotnie.
I Polimex-Mostostal i PBG pragną wykorzystać osłabienie zachodnich konkurentów do przyspieszenia ekspansji zagranicznej. Chcą się przeobrazić w duże międzynarodowe koncerny, które nie tylko budują, ale  też zarządzają autostradami, stadionami, sieciami wodociągowo-kanalizacyjnymi. To może im się udać. Tak czy inaczej, polskie firmy jeszcze nigdy nie były tak blisko wejścia do ekstraklasy światowego biznesu. I przynajmniej część z nich tę szansę wykorzysta.

Okładka tygodnika WPROST: 19/2009
Więcej możesz przeczytać w 19/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0