Kosmita dla Japonii

Kosmita dla Japonii

Czy potomkowie samurajów jako pierwsi Ziemianie zobaczą istoty pozaziemskie? Stanie się tak, jeśli po niedzielnych wyborach do Izby Reprezentantów stery rządu w Japonii przejmie Yukio Hatoyama, zwany „kosmitą”. 62-letni lider opozycyjnej Demokratycznej Partii Japonii nosi ten przydomek z powodu trochę nieobecnego spojrzenia wypukłych oczu, ale też słabej do niedawna obecności w japońskiej polityce. Teraz zapowiada, niczym przybysz z innego świata, że przeniesie Japonię w nową epokę.
Hatoyama nie mówi o cudach, bo w Kraju Kwitnącej Wiśni są one melodią przeszłości. Ostatni budzący podziw i zazdrość świata cud gospodarczy skończył się 20 lat temu. Japonia pozostała drugą potęgą ekonomiczną świata, ale jej obywatele w coraz mniejszym stopniu korzystali z imponującego bogactwa.
W ciągu ostatnich dziesięciu lat średni roczny dochód Japończyków spadł o milion jenów (7500 euro), system emerytalny jest bliski załamania, korzystanie z rekreacji uchodzi w oczach wielu pracodawców
niemal za przestępstwo. Miliardy jenów pompowane przez kolejne rządy w słabnącą gospodarkę tylko odsuwały widmo krachu. Jednocześnie pogłębiała się przepaść między bogatymi i biednymi. „Muszę przyznać, że rząd nie poświęcał dostatecznej uwagi nierównościom społecznym i biedzie" – powiedział w sierpniu premier Taro Aso.

Próbował wyciągnąć z rękawa asa w postaci wychodzenia przez Japonię z najdłuższej po wojnie recesji. W drugim kwartale 2009 r. gospodarka wzrosła tam o 3,7 proc. w stosunku rocznym, inwestycje publiczne o 8,1 proc., eksport o 6,3 proc. Optymistyczne wieści, studzone przez ekonomistów danymi o wciąż niemrawej konsumpcji wewnętrznej, przyszły za późno dla rządzącej Partii Liberalno-Demokratycznej. W czerwcu resort gospodarki i przemysłu poinformował, że być może do końca 2009 r. gospodarka Japonii spadnie na trzecie miejsce w świecie, za USA i Chinami. W lipcu PLD po raz pierwszy straciła większość w radzie miejskiej Tokio, jednej ze swoich historycznych fortec. Premierowi Aso, znanemu z licznych gaf, bezradnemu wobec trawiących partię skandali, nie pozostało nic innego jak ogłosić przedterminowe
wybory.

Wybory mogą mocno zamieszać na politycznej szachownicy. Konserwatywna PLD, od 1995 r. rządząca Japonią (z ledwie dziesięciomiesięczną przerwą w latach 1993-1994), dramatycznie traci popularność. Główny konkurent, Demokratyczna Partia Japonii, istniejący od 10 lat konglomerat byłych dysydentów
z PLD, liberałów i socjalistów, równie szybko powiększa swoje poparcie pod hasłami „historycznej  zmiany", którą zapowiada Yukio Hatoyama. Japońskich wyborców zmęczonych gospodarczo-politycznym paraliżem i niestabilnymi rządami lider DPJ przekonuje obietnicą skrupulatnie realizowanego „kontraktu z narodem”. Pieniądze publiczne – zapowiada – przestaną być marnotrawione, dla stymulowania  spadającego przyrostu naturalnego rodziny dostaną, wzorem Francji, specjalne zasiłki na dzieci, większy odsetek dochodu narodowego pójdzie na ludzi biednych i pracujących w rolnictwie. Poza tym znikną opłaty za autostrady, podatek od benzyny, podniesione zostaną zasiłki dla bezrobotnych oraz emerytury.

Obywatelom ma być łatwiej i dostatniej, z jednym wyjątkiem. Drżeć powinna ponadmilionowa armia współczesnych samurajów – japońskich biurokratów. „Musimy położyć kres ich aroganckiej władzy, aby
przywrócić wiarę w politykę" – mówi Hatoyama. Ów stan rzeczy trwa faktycznie od obalenia feudalnego szogunatu w drugiej połowie XIX wieku, kiedy dawni wojownicy zaczęli zmieniać groźne maski i hełmy na urzędnicze szaty. Po restauracji Meiji w 1868 r. nowa elita tworzyła już służbę cywilną na zachodnią modłę. Dzieląc najpierw władzę z pochodzącymi z wyboru politykami, stopniowo zagarniała coraz większe jej połacie dla siebie. Japońscy biurokraci, doskonale wykształceni i sprawni, zdobyli sobie opinię jednych z najlepszych na świecie. Przypisywano im czołową rolę w urzeczywistnieniu powojennego cudu  gospodarczego. – W tym systemie biurokraci byli elementem stałym, to ministrów traktowano jak tymczasowych gości – uważa znawca spraw japońskich Karel van Wolferen z uniwersytetu w Amsterdamie.

Razem z grupami biznesowymi i politycznymi klanami tworzyli „żelazny trójkąt", który przez dziesięciolecia był podstawą japońskiej stabilności. Do czasu. – Zadaniem biurokratów jest zapewnienie, by pociągi jeździły po torach i na czas docierały do celu – obrazowo opisuje sytuację Motohisa Furukawa z DPJ. – Problemem jest to, że Japonia dojechała do stacji końcowej i gdzieś tam kończą się również tory.
Trzeba położyć nowe, a to właśnie jest rolą polityków. Z szarych biurowców w ministerialnej dzielnicy Tokio, Kasumigaseki, wciąż wysypuje się tłum ludzi w garniturach, wiecznie w pośpiechu, z nieodłącznymi teczkami.

Yukio Hatoyama twierdzi, że zna sposób na zdobycie tych współczesnych japońskich warowni. Nazywa go „reformą administracyjną", która de facto ma oznaczać prawdziwą rewolucję. W przyszłości biurokraci
zostaną w pełni podporządkowani swoim ministrom, cała odpowiedzialność za planowanie i realizację polityki spocznie na rządzie, pod dodatkowym nadzorem stu oddelegowanych parlamentarzystów.  Na wszelki wypadek w każdym gabinecie znajdzie się kopia programu DPJ, stale przypominająca urzędnikom o rządowym „pakcie z narodem".

Dobre intencje reformatorów otacza jednak mnóstwo znaków zapytania. Walkę z biurokratami deklarował także najbardziej charyzmatyczny japoński premier Junichiro Koizumi, ale jeszcze przed dymisją w 2006
r. musiał uznać swoją porażkę. Wielu ekonomistów stroszy brwi na projekty kosztownych reform,  ryzykowne wobec najwyższego na świecie długu publicznego przekraczającego już 180 proc. PKB (w Polsce wynosi on nieco ponad 50 proc.). Konserwatyści zarzucają też demokratom amatorszczyznę i słabe obycie w polityce – tylko czterech członków DPJ sprawowało w przeszłości wysokie funkcje rządowe.
Polityczne nuworyszostwo demokratów spora część wyborców uważa za atut gwarantujący nowy powiew w polityce. W Kraju Wschodzącego Słońca może to też oznaczać powrót do przeszłości. Wielu  intelektualistów, kiedyś entuzjastycznie akceptujących neoliberalny kapitalizm, teraz bez reszty go odrzuca. Współautor programu DPJ, były wiceminister finansów Eisuke Sakakibara, nie ukrywa nostalgii za spokojną, wolną od industrialnych ekscesów Japonią sprzed epoki Meiji. Chce położyć większy nacisk na
produkcję rolną, mniejszy na przemysł. Próbował nawet przekonać motoryzacyjnego giganta Toyotę, że przemysł samochodowy ginie, dlatego powinna przestawić swoich inżynierów i projektantów na podnoszenie efektywności rolnictwa.

Lider demokratów Yukio Hatoyama z odrzucenia „rynkowego fundamentalizmu w amerykańskim stylu" wywodzi szersze konkluzje dla miejsca Japonii w świecie. W wyniku klęski wojny irackiej oraz kryzysu finansowego dobiega końca epoka globalizmu pod amerykańskim przywództwem – napisał w eseju opublikowanym w połowie sierpnia w japońskim piśmie „Voice”. Przypomina, że kamieniem węgielnym  polityki Tokio pozostaje sojuszz USA, ale dodaje, że Japonia nie powinna zapominać o swej tożsamości jako państwa azjatyckiego. Podkreśla też, że podstawowe znaczenie dla kraju ma dziś region wschodniej
Azji, z Chinami i Koreą. Opowiada się za większą regionalną integracją, a nawet za wprowadzeniem wspólnej wschodnioazjatyckiej waluty. Wzorem jest Unia Europejska, którą Hatoyama wziął także za przykład, obiecując przed wyborami przekazanie większych kompetencji japońskim regionom.

„Tylko po to, żeby zobaczyć, co zrobią, chciałbym, żeby tym razem wygrali. Żeby wreszcie przekonali się, co to znaczy być odpowiedzialnym!" – powiedział podczas kampanii wyborczej konserwatywny ekspremier
Koizumi, wywołując salwy śmiechu słuchaczy. Co by oznaczało, że samurajom niestraszny żaden kosmita.

Okładka tygodnika WPROST: 36/2009
Więcej możesz przeczytać w 36/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także