Ile są warte studia w Polsce

Ile są warte studia w Polsce

Dwadzieścia lat wolności zaowocowało tylko jednym sukcesem naszego szkolnictwa wyższego. Odsetek studiujących wzrósł od roku 1990 z mniej więcej 13 proc. osób w wieku 19-24 lat do 48 proc. w 2008 r. Ten wzrost w żaden sposób nie przełożył się na jakość. Wszelkie obiektywne wskaźniki pozycjonują nas na żałosnym końcu światowych rankingów akademickich.
Harvard nie dlatego stał się Harvardem, że państwo podarowało mu dużo pieniędzy lub ktoś napisał mądrą ustawę o promowaniu najlepszych uczelni USA. Harvard stał się synonimem jakości w szkolnictwie wyższym, gdyż po  wojnie secesyjnej (1861-1865) jako pierwszy uniwersytet dostosował się do potrzeb dynamicznie rozwijającego się społeczeństwa. Do XIX wieku również tu kształcenie zorganizowane było wedle średniowiecznych wzorców: łacina, greka, historia starożytna i uczenie się na pamięć. Ten model coraz gorzej pasował do kwitnącego kapitalizmu i coraz mniej odpowiadał praktycznie nastawionym jankesom. Harvard wkroczył w  nowoczesność w roku 1869, gdy prezydentem, czyli rektorem (choć niewywodzącym się z elity naukowej) tej uczelni został 35-letni Charles Eliot. Studentom pozwolono wybierać znaczną część przedmiotów,wprowadzono nowe, praktyczne kierunki, rozwinięto program badań naukowych. Nie obyło się bez krytyki. Jeszcze w 1885 r. James McCosh, rektor Princeton University, wyśmiewał „mentalne potworki" z  Harvardu, które nie są w stanie przyjąć porządnej intelektualnej strawy. To jednak Harvard stał się wzorem dla większości amerykańskich uczelni, które dziś tworzą światową czołówkę szkół wyższych.

Polskie uczelnie potrzebują równie radykalnej reformy jak Harvard w XIX-wiecznej Ameryce. Polacy są dziś zupełnie innym społeczeństwem niż 20 lat temu, ale nasze uczelnie niewiele się zmieniły i coraz bardziej odstają od  rzeczywistości. By dogonić realia, muszą się zmierzyć z trzema wyzwaniami. Po pierwsze, należy umniejszyć władzę, którą profesorowie mają nad uczelniami i która pozwala zamieniać uniwersytety w ich prywatny folwark. Po drugie, należy odejść od ścisłejkontroli państwa nad tym, jak uczelnie są zorganizowane, a w jej miejsce wprowadzić rynkową weryfikację. Po trzecie, w miejsce darmowych studiów dla dzieci z bogatszych domów, a płatnych dla dzieci z biedniejszych, należy wprowadzić sprawiedliwszą powszechną odpłatność wraz z systemem kredytów studenckich i stypendiów. Bez tych zmian nasze uczelnie nadal będą w  ogonie świata, a Polacy pozostaną narodem skazanym na nieskomplikowane prace w montowniach technologii wypracowanych gdzie indziej.

Wedle wszystkich dostępnych mierników jakości polskie uczelnie na tle świata wypadają fatalnie. W dorocznym rankingu 500 najlepszych szkół wyższych przygotowywanym przez Jiao Tong University z Szanghaju z Polski załapały się zaledwie dwie: Uniwersytet Jagielloński oraz Uniwersytet Warszawski. I to dopiero w trzeciej setce. Z malutkich Węgier (9,9 mln obywateli) też zakwalifikowały się dwie uczelnie. Z Czech (10,2 mln obywateli) jedna, ale już w drugiej setce. Z  europejskich krajów, które znalazły się na liście, Polska jest ostatnia, jeśli chodzi o liczbę dobrych szkół w stosunku do liczby obywateli. Jedynym pocieszeniem niech będzie to, że są kraje, które w ogóle na  listę nie weszły (np. Białoruś, Rumunia czy Bułgaria). Inną zobiektywizowaną miarą siły naukowej kraju jest wskaźnik cytowalności artykułów naukowych, czyli tego, jak często inni naukowcy odwołują się do spostrzeżeń naszych autorów. Jest wiele indeksów cytowalności, ale  wszystkie wskazują to samo: naukowcy z Polski tworzą mało odkrywcze prace, które rzadko są cytowane w międzynarodowym obiegu odkryć i myśli. Według raportu Banku Światowego o polskich szkołach wyższych („Szkolnictwo wyższe w Polsce", 2004 r.) nasze uniwersytety prowadzą głównie badania teoretyczne, które mają mały związek z realnym światem. Pod względem patentów na milion obywateli Polska jest na szarym końcu, zarówno gdy chodzi o patenty zgłoszone do  Europejskiego Biura Patentowego (3,19 – za nami już tylko Bułgaria, Turcja i Rumunia – dane za 2006 r.), jak i jego amerykańskiego odpowiednika (0,78 – dane za 2003 r.). Można by to tłumaczyć zapóźnieniami po PRL, drugą wojną światową, ubóstwem, rozbiorami i  potopem szwedzkim, gdyby nie smutny fakt, że pod względem liczby patentów na milion obywateli Polska ustępuje nawet krajom takim jak Czechy, Węgry, Słowacja, Łotwa i Estonia.

Fatalne wskaźniki znajdują odbicie w zachowaniu klientów uczelni, czyli studentów. Dzięki europejskiemu programowi wymiany studentów Erasmus można porównać liczbę studentów wyjeżdżających z danego kraju i tych, którzy wybierają ten kraj na miejsce studiowania. Wynik netto jest dla Polski porażający. Nasze uczelnie odnotowują największy „deficyt" spośród wszystkich w  Europie: w roku akademickim 2007/2008 niemal 13 tys. Polaków wyjechało w  ramach Erasmusa na studia za granicę. Odwrotny kierunekwybrało jedynie niecałe 4,5 tys. studentów innych państw. Na to zjawisko też można znaleźć wiele „obiektywnych" wytłumaczeń: że Polska jest biedna, ma  kiepski klimat, a Polacy, wyjeżdżając tak licznie na studia, szukają za  granicą zatrudnienia. Wtedy należałoby jednak zapytać, dlaczego duży „deficyt” w przepływie studentów odnotowują także bogate Niemcy, Francja i Włochy? Albo dlaczego wielu studentów wybiera Hiszpanię z jej od wielu lat ponadprzeciętnym bezrobociem? I dlaczego chętnie studiują w Wielkiej Brytanii, Szwecji, Danii, czy Holandii, które nie słyną z plaż i  ciepłego morza? Tak się składa, że kiedy europejscy studenci dostają wybór, mają skłonność do wybierania tych krajów, w których znajdują się przeciętnie lepsze uczelnie. Po prostu.

Na szczęście polskie uczelnie nie mogą dłużej trwać przy obecnym sposobie działania. Student, czyli klient, staje się towarem deficytowym. Szkoły prywatne, które finansują się przede wszystkim z  opłat studentów, czeka walka o przetrwanie. Ale uczelnie państwowe, mimo że ich przychody w o wiele większym stopniu pokrywają dotacje podatników, też nie mogą spać spokojnie, bo mają wyższekoszty funkcjonowania. Dzieci niżu demograficznego zbliżają się do wieku studenckiego, co oznacza, że nadchodzą kłopoty. A wraz z nimi polityczna przepychanka o to, jak dzielić publiczne pieniądze na uniwersytety. Dyskusję napędzają jednak interesy poszczególnych grup uczelni. Potrzeby studentów czy równanie do najlepszych uniwersytetów świata pojawiają się w niej co najwyżej jako figura retoryczna. Uczelnie prywatne domagają się więc publicznych pieniędzy w imię równości sektorów państwowego i  prywatnego. Niezłe uczelnie państwowe domagają się ich w imię promowania najlepszych. Słabsze, zazwyczaj znajdujące się na prowincji, szermują hasłami o równomiernym rozwoju kraju. Wszystkie mają trochę racji, ale  żaden z argumentów nie dotyka tego, co różni polskie uczelnie od  najlepszych na świecie. A są to: niespotykana władza profesorów, określanie najdrobniejszych nawet zasad działania uczelni przez Sejm i  rząd oraz absurdalne zasady finansowania, zgodnie z którymi na darmowe studia uczęszczają dzieci bogatych, a na płatne – dzieci biednych Polaków.

Pod hasłami samorządności i autonomii uczelni profesorowie zmienili nasze uniwersytety w prywatny folwark, na którym żyje się im wygodnie i  dostatnio za pieniądze studentów i podatników. Studenci w stanowisku Parlamentu Studentów RP do proponowanej reformy szkolnictwa wyższego twierdzą, że „powinna ona przede wszystkim służyć obaleniu archaicznego systemu kształcenia, który istnieje bardziej dla kadry akademickiej niż  dla studentów". Tę diagnozę potwierdzają niektórzy profesorowie, jak Leszek Pacholski, były rektor Uniwersytetu Wrocławskiego, który stwierdził („Polityka"), iż „w tej chwili system ten działa głównie po  to, żeby korporacja profesorów i nauczycieli akademickich miała wygodne życie, bez wielkiego stresu i bez wielkiej odpowiedzialności. Model kariery naukowej polega na ?chowie wsobnym?, uczelnie i instytuty nie  szukają najlepszych uczonych, a programy nauczania nie są tworzone pod  kątem potrzeb studentów, lecz ze względu na istniejącą strukturę kadrową”. Pogląd prof. Pacholskiego podzielił Bank Światowy, który w  raporcie o polskich szkołach wyższych stwierdził, że „najwyższe stanowiska na uczelniach przekazywane są między osobami o najdłuższym stażu akademickim lub obsadzane przez uczelniane grupy interesów, a nie według umiejętności menedżerskich lub doświadczenia”. Dalej czytamy, że  „w Polsce połączenie tradycji akademickich z niezależną strukturą prawno-finansową sprzyja tworzeniu zamkniętego i autonomicznego środowiska akademickiego, które w niewielkim stopniu uwzględnia potrzeby rynku pracy i biznesu – w tym innowacyjność”.

Główną wadą ustroju polskich uczelni jest oddanie profesorom pełni władzy administracyjnej, finansowej i naukowej. Wszystkie istotne organy władzy wybierają i obsadzają właśnie oni. Bez wprowadzenia nad profesorami zewnętrznej kontroli, w tym wyboru rektora przez gremia zewnętrzne, każdy projekt naprawy będzie nieskuteczny. Uniwersytet amerykański nie jest ani samorządny, ani autonomiczny, bo jest kontrolowany z zewnątrz przez radę powierniczą. Zasiadają w niej poważane osoby, niezwiązane jednak zawodowo z uniwersytetem i zazwyczaj niebędące naukowcami. Rada powiernicza wybiera i nadzoruje rektora (prezydenta) uniwersytetu i ma ostateczny głos w najważniejszych decyzjach. Rektor uczelni, z wybranym przez siebie zarządem, kieruje administracją i finansami. Profesorowie nie są tam władni podejmować tylu decyzji finansowych i administracyjnych, co ich polscy koledzy. Są po prostu pracownikami zajmującymi się tym, czym naukowiec zajmować się powinien: badaniami i dydaktyką.

Polską uczelnią rządzi zaś rektor wybierany spośród nauczycieli akademickich z tytułem naukowym lub stopniem doktora habilitowanego. Powstaje zamknięte środowisko, w którym swoi wybierają swoich i między sobą kłócą się, kto będzie rządził i w jakim celu. Takie uprzywilejowanie kadry akademickiej powoduje, że dla wykładowcy student nie jest klientem, dzięki któremu ma pracę i od którego oceny zależy jego przyszłość. Na Harvardzie nie zdarza się, by profesor choćby spóźnił się na zajęcia. W Polsce odwoływanie zajęć jest codziennością.

Co gorsza, wśród polskich profesorów modne jest dziś narzekanie, że  materiał ludzki wychodzący ze szkoły średniej jest źle przygotowany do  studiów, co utrudnia pracę na uczelni. Najdobitniej pogląd tenwyłożył Jan Hartman, profesor filozofii z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który w  „Gazecie Wyborczej" stwierdził, że niemal połowa studentów pierwszych lat to półanalfabeci i „większość młodych posiadaczy polskiej matury, a  w tym większość studentów, kompletnie nic nie umie". Profesorowi Hartmanowi obce są doświadczenia najlepszych uczelni, które nie  oczekują, że wszyscy opuszczą licea sformatowani jako jednorodny półprodukt o zdolnościach odpowiadających oczekiwaniom pana profesora, lecz oferują studia dostosowane do potrzeb swych klientów. Na Harvardzie od 1872 r. dla każdego studenta pierwszego roku obowiązkowy jest przedmiot zwany expository writing, którego celem jest nauczenie poprawnego wyrażania myśli w piśmie. Student przez cztery lata studiówcotygodniowo ma do napisania od kilkunastu do kilkudziesięciu stron różnorodnych wypracowań, a oceniający komentują nie tylko ich treść, lecz również styl i formę. W Polsce profesor Hartman woli wydziwiać, że wśród studentów pierwszych lat tylko „nieco ponad 50 proc. umie napisać poprawnie kilka zdań po polsku”, ale nie przeszkadza mu, że  na studiach też się tego nie nauczą.

Budżetowe finansowanie uczelni państwowych chroni je i ich kadrę przed rynkiem, czyli koniecznością zaspokojenia potrzeb studenta-konsumenta, ale wymaga także spełnienia ogromnej liczby wytycznych regulujących komu ile. Sejm i Ministerstwo Nauki, które tworzą gąszcz przepisów dotyczących wszystkich uczelni, tylko teoretycznie dążą do egzekwowania wysokiej jakości nauczania i badań. W praktyce podlegają naciskom kadry uczelnianej i poszczególnych szkół oraz politycznej logice. Uniemożliwiają tym samym powstanie wolnego rynku usług uniwersyteckich i  spychają studenta z jego potrzebami na koniec kolejki interesów do  załatwienia.

Gdyby jakimś cudem nad Wisłę przeniósł się cały Harvard, Oxford lub Cambridge, to zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem należałoby je natychmiast zamknąć. Żadna z tych uczelni nie ma oferty zgodnej z listą 118 kierunków kształcenia dopuszczonych przez resort, żadna też nie uczy zgodnie ze zdefiniowanymi przez ministerstwo dla  każdego z tych kierunków standardami nauczania i minimami kadrowymi. Można oczywiście twierdzić, że polskie ministerstwo wie lepiej, jak kształcić studentów, niż każdyz najlepszych uniwersytetów świata uczących po swojemu i po swojemu co roku zmieniających sposób uczenia. Warto jednak też wziąć pod uwagę, że w Europie taka centralna lista dopuszczalnych kierunków nauczania poza Polską funkcjonuje jedynie w  Rosji.

Studenci w manifeście Parlamentu Studentów z października 2006 r. nie zostawili złudzeń: „W obronie swoich źródeł dochodu kadra we  współpracy z ministerstwem tworzy kolejne warianty standardów i procesów edukacyjnych, opierając się na dążeniach do zachowania znaczenia własnych przedmiotów. Przez to można ignorować dydaktyczne potrzeby wynikające z rozwoju cywilizacyjnego, rzeczywiste wymogi gospodarki i  rynku pracy, oferować studentom za tysiące złotych często nieprzydatną ?wiedzę?. To sztucznie zawyża koszty studiów i przypomina edukacyjne oszustwo całego pokolenia". W końcu nawet samo ministerstwo w założeniach do nowelizacji ustaw o  szkolnictwie wyższym przyznało, że jest problem: „Standardy kształcenia – wprowadzone w trosce o zachowanie jakości kształcenia – znacząco ograniczyły autonomię uczelni w sferze tworzenia autorskich, innowacyjnych kierunków studiów, które stwarzałyby wartość dodaną kształcenia na poziomie wyższym. Uczelnie nie mają obecnie możliwości szybkiego dostosowywania oferty dydaktycznej do zmieniających się potrzeb rynku pracy. Mogą prowadzić kierunki z listy ustalonej przez ministra, według standardów programowych określonych dla każdego z  nich".

Odpowiedzią minister szkolnictwa wyższego prof. Barbary Kudryckiej na ten problem jest kolejna nowelizacja prawa, której celem jest poluzowanie jednych i usztywnienie innych wymogów, czyli utrzymanie status quo. Dopóki nie zbudujemy wolnego rynku edukacji uniwersyteckiej, który zachęciłby uczelnie do uczenia w sposób zgodny z potrzebami studentów, dopóty nasze uniwersytety będą odstawać od najlepszych. Na  razie pieniądze podatników są przekazywane państwowym uczelniom na  dalsze trwanie, a nie jako zapłata za kształcenie studentów. Zarówno państwowe, jak i prywatne uczelnie pozostają ograniczone ustawami i  rozporządzeniami ściśle regulującymi, czego uczyć, jak uczyć i kto może uczyć. W takiej sytuacji nie jest możliwe pełne dostosowanie oferty uczelni do potrzeb klientów, bo ważniejsze staje się spełnienie lub  obejście ministerialnych wymogów.

Pani minister i jej urzędnicy narzekają, że mimo szczegółowych kontroli nie mogą sobie poradzić z  lipnymi uczelniami. I będą nadal gmerać w gąszczu przepisów i upierać się przy fikcji, że naprawią szkolnictwo wyższe za pomocą kolejnej ustawy o uniwersytetach i stopniach naukowych. Bo gdyby wyciągnęli poprawne wnioski z własnych obserwacji, to uznaliby, że nie są potrzebni. Ale nie było jeszcze w historii Polski ministerstwa, które złożyłoby wniosek o samolikwidację.

Okładka tygodnika WPROST: 40/2009
Więcej możesz przeczytać w 40/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 16
  • wiolak IP
    W polsce można znaleźć multum dobrych uczelni, które zapewnią ci dobrą pracę! Zerknijcie tutaj study4u.eu na przykład!
    • singer IP
      heyka, z moich osobistych doświadczeń polecam Wszechnice Polską w Wwie. Sztuką jest wybrać kierunek, który pokrywa się z Twoimi zainteresowaniami jak i potrzebami na rynku. Borykałem się z wyborem ale wybrałem finanse i rachunkowość i absolutnie to było to :) Powodzenia
      • Dominik IP
        A pracodawcom zależy głównie na doświadczeniu sam dyplom to za mało. Znalazłem na accenturo fajny konkurs oprócz iPhone można wygrać wyjazd do parku technologicznego w Mediolanie.
        • [email protected] IP
          Wlasciwa godna placa jest podstawa pozytywnej selekcji kadry, konkurencji i zmotywowania do utrzymania na wysokim poziomie dawanych wykladow. Czy cos w tej dziedzinie sie zmienilo na lepsze? (nie wiem od 20 lat tu nie mieszkam).Studiowalam pedagodike w Warszawie (przed wyjazdem)i w Genewie podyplomowe. Z moich osobistych doswiadczen nie widze tak wielkich roznic. Moze tylko ze niektorzy wykladowcy polscy mieli jeszcze jakis troche skostnialy program (Z.Z.Z)Natomiast niezapomne swietnych kursow z psychologii socjalnej, srodkow masowego przekazu(o technikach manipulacji). Uratowalo mnie w pewnych b.sliskich sytuacjach zawodowych. (Dzieki!)
          Jedno trzeba pamietac ze na renome uczelni trzeba pracowac lata jak nie wieki, Duzo tez napewno w tej renomie legendy,ktora zreszta niemniej jest wazna niz istotny poziom bo przyciaga tak studentow jak profesorow z ambicjami. W efekcie liftuje ten poziom. Pamietajmy ze przez 50 lat rzadko jakis naukowiec przebijal sie przez zelazna kurtyne. Gdyby nie socjalizm bylo by wiecej nazwisk polskich w encyklopediach i leksykonach zakladajac ze szkolnictwo po II wojnie bylo by mniej elitarne niz przed.
          • yo IP
            No tak tylko wszystko sprowadza się do matury na poziomie podstawowej i dużej ilości ogólniaków.. to wszystko idzie w złym kierunku bo kazdy sobie myśli, że coś zrobi a będzie kimś bo dostanie tytuł, a matura mu otwiera do tego drogę.. wielu takich ludzi bez zainteresowań i ogarnięcia trafia na uczelnie
            • Bondzio IP
              Witam

              Sam uczę się na Politechnice, brakuje mi praktyki przełożenia teorii na materię, uczę się spraw których nigdy nie widziałem i nie wiem jak realnie wyglądają, orłem nie jestem średnia 3,8, na konkretna praktykę czy staż nie ma czasu bo zajęcia są ciągle. Są rzeczy które mnie interesują na kierunku ale jak przekuć to na zarobek?! Nikt nas nie uczy tego jak wykorzystać wiedze, projekty, sprawozdania które wiecznie robimy. Ale liczy się ze będziesz PAN inżynier. Sam się z tego śmieję

              Pozdrowienia dla wszystkich komu studia nie zabiły kreatywności
              • bz IP
                WSZYSTKO TO PRAWDA ALE W NAJBLIZSZYCH 10 LATACH NIC SIĘ NIE ZMIENI I ARTYKUŁ ZACHOWA SWOJĄ AKTUALNOŚC!!!
                • Carlos IP
                  Artykuł ten tylko potwierdza to o czym głośno powiedział Ludwik Dorn. WYKSZTAŁCIUCHY. Tak można mówić o większości polskich magistrów. Świadczy o tym chociażby umiejętność odróżniania dobra i zła, umiejętność samodzielnego myślenia, a przedewszystkim fora internetowe na których przecież i ci \"wykształceni\" się wypowiadają.
                  • samniewiemczymjestem IP
                    Ja zrezygnowałem ze studiów matematycznych, bo zupełnie nie spełniały moich oczekiwań.Nie uczyłem się tam niczego czym mógłbym zarabiać na życie. Ogólnie to jest największy problem za mało praktyki a za dużo teorii nawet na uczelniach technicznych. Nie wiem czy w Polsce kiedykolwiek istniało dobre szkolnictwo zawodowe i średnie techniczne. Mi w mojej edukacji tego właśnie brakowało.Jak długo jeszcze szkoły będą istniały dla nauczycieli a nie dla uczniów?
                    • RZ IP
                      Studia podobnie jak stopnie nic nie sa warte. Wystarczy probowac cos z tym zrobic w barzdiej cywilizowanych krajach. Ale czego mozna spodziewac sie od uczelni, gdzie roi sie o bylych utrwalaczy wladzy ludowej, gdzie panuje nepotyzm i kumoterstwa, gdzie habilitacje sie zalatwia dla swoich, a ci inni sa uwalani nawet majac dorobek na Nobla. Na znanej mi radzie wydzialu, od 10 lat promuje sie habilitacje ludzi, ktorzy nie maja prac zagranicznych a dorobek jest czytany jedynie przez recenzentow. A jak ktos ma dorobek to jest w prosty sposob likwidowany, np. zauwaza sie tylko czesc prac.
                      • [email protected] IP
                        Gratuluje trafnosci spojrzenia na obecna sytuacje polskich uczelni. Nie do konca jednak zgadzam sie z ocena roli obecnego ministerstwa i zakresu autonimi uczelni.
                        Obecne kierunki i standardy ksztalcenia to CALKOWICIE POMYSL SRODOWISKA. Najpierw pojawily sie w ustawie \'rektorskiej\' z 2005 r., autorskim dziele grupy prof. Woznickiego. Nastepnie tworzyly je anonimowe (dla srodowiska) zespoly powolane przez RGSW; ministerstwo tylko je \'zatwierdzalo\' bez zmiany jedenego przecinka.
                        Podobnie z autonomia uczelni. Ciesza sie one jedna z najwiekszych w calym swiecie. Wiecej na ten temat mozna przeczytac w artykule prof. Andrzeja Jajszczyka \'Falszywa autonomia\' Polska Times 8-9 sierpnia str.15 (warszawskie wydanie papierow). Z koleji o roli oligarchii akademickiej na polskich uczelniach, mozna przeczyatc w wydanej wiosna ksiazce JK Thieme \'Szkolnictwo wyzsze.Wyzwania XXI wieku. Polska, Europa, USA
                        Obecny ograniczony projekt nowelizacji, jest uwarunkowany zarowno ukladem politycznym (np. Prezydent RP nazwal w czerwcu 2008 r. profesorow tytularnych arystokracja nauki polskiej), jak przede wszystkim zorganizowanym oporem srodowiska. Wieksze zmiany (nowa ustawa?) sa planowane w przyszlosci (kolejny etap) juz po powstaniu strategii dla szkolnictwa wyzszego, ktorej brak wytykal Polsce cytowany przez Autora raport Banku Swiatowego.
                        Przetarg na pisanie strategii wygralo miedzynarodowe konsorcjum (3 lipiec 2009 r.) co zostalo silnie oprotestowane przez KRASP, ktore uwaza, ze strategia winna zostac napisana przez przedstawicieli srodowiska. Jest to glowna os obecnego konfliktu!
                        Wiecej informacji o obecnych reformach w \'Centrum Informacji FIAP\', w tym artykul prof. Jajszczyka i fragmnet ksiazki JK Thieme.

                        Czytaj także