Ci obrzydliwi lobbyści

Ci obrzydliwi lobbyści

Gdyby nie było polityków wyważających różne interesy, sami musielibyśmy się bić na ulicach między sobą: pielęgniarki z górnikami, hutnicy ze stoczniowcami, a podatnicy z emerytami. Lobbing to pożyteczne zjawisko, pod warunkiem że odbywa się jawnie.
Profesorowie, żeby nie musieć rzucać śrubami w okna kancelarii premiera i tłuc się z policją, sami sobie napisali ustawę o szkolnictwie wyższym i uzyskali jej uchwalenie. Nikt wtedy nie krzyczał, że to  niedopuszczalny lobbing i wpływanie grupy interesów na „bezstronny" proces prawodawczy. A przecież to skandal, bo ustawa o szkołach wyższych, napisana przez profesorów i dla profesorów, pomijała np. potrzeby studentów, a większość obywateli o profesorskim lobbingu nigdy się nie  dowiedziała. I tu tkwi sedno problemu: każdy polityk to załatwiacz, a  obywatele załatwiaczy potrzebują. Nie ma nic złego w tym, że ustawami załatwiane są interesy obywateli: gdyby nie służyły promowaniu interesów poszczególnych grup, to komu by były przydatne?

Załatwianie interesów raz jednych, raz drugich jest istotą zawodu polityka. I służyć temu powinno wysłuchanie racji lobbystów, nawet jeśli nie nazywają się lobbystami, a np. ekspertami czy doradcami. Mityczne dobro wspólne jest ideałem, do którego należy dążyć, ze świadomością jednak, że nigdy go  nie osiągniemy. Niezależnie od tego, jakie funkcjonują ustawy o lobbingu i obostrzenia antykorupcyjne, politycy i tak muszą w naszym imieniu wybrać, czy ważniejsze są wyższe emerytury, czy niższe podatki; stadiony na Euro2012 czy pomoc dla najbiedniejszych; igrzyska czy chleb. Takie wybory nigdy nie będą piękne jak poezja i logiczne jak filozofia, ale są od nich nieporównanie bardziej potrzebne. Dyskusję tę przed laty podsumował Otto von Bismarck, mówiąc, że im ludzie mniej wiedzą o  powstawaniu kiełbasy i prawa, tym lepiej w nocy śpią. Pomylił się w  jednym: nie docenił wagi jawności, a przecenił rolę dobrego snu.

Powszechny i łatwy lobbing to pożyteczne zjawisko. Jego tropienie, piętnowanie i karanie odbywa się ze szkodą dla słabszych grup interesu i  zwykłych obywateli, bo wielkie wpływy oraz znaczące pieniądze i tak znajdą dojście do władzy. Restrykcje i ograniczanie dyskusji nad ustawami do zamkniętego grona posłów, zaproszonych przez nich ekspertów oraz ledwie tolerowanych lobbystów zamyka proces prawotwórczy przed mniej wpływowymi grupami nacisku. Nie prowadzi wcale do uczciwszych reguł gry, a jedynie do sytuacji, w której politycy spotykają się z  lobbystami mniej popularnych interesów na cmentarzach, zamiast przy otwartej kurtynie dyskutować o pożądanych – dla tej czy innej grupy –  rozwiązaniach. W demokracji kasyna mają takie same prawo wpływać na  proces stanowienia prawa podatkowego jak np. profesorowie, twórcy i  artyści, którzy lobbują za utrzymaniem przywileju w postaci 50-procentowego kosztu uzyskania przychodów.

W Polsce jednak nie opłaca się być zarejestrowanym lobbystą. Grzegorz Ziemniak, jeden ze 146  lobbystów zarejestrowanych w MSWiA, twierdzi wręcz, że zarejestrowany lobbysta jest dyskryminowany. – Z każdego kontaktu ze mną urzędnik musi sporządzić notatkę. Nawet jeśli jest to tylko telefon z informacją o  półgodzinnym przesunięciu posiedzenia sejmowej komisji. Natomiast z  całonocnej biesiady z konsultantem politycznym czy innym załatwiaczem żaden urzędnik nie jest zobowiązany się tłumaczyć. Nie można się więc dziwić urzędnikom, że unikają współpracy z oficjalnie zarejestrowanymi lobbystami – tłumaczy Ziemniak.

W Polsce lobbing wciąż jest utożsamiany z korupcją. Tomasz Nałęcz, niegdysiejszy wicemarszałek Sejmu, przekonywał, że „lobbystów trzeba zidentyfikować, aby nie stroili się w piórka bezstronnych ekspertów i  nie udawali fachowego zaplecza klubów i posłów". Tyle że dzielenie osób dopuszczanych do prac legislacyjnych w Sejmie na „bezstronnych ekspertów" i „stronniczych lobbystów” wymaga istnienia obiektywnych kryteriów, na podstawie których części obywateli utrudnimy wpływ na  życie publiczne. A takie kryteria są nieosiągalne – ich „obiektywizm” zawsze będzie skażony poglądami tych, którzy je sformułują. Podział lobbysta – ekspert służy więc wyłącznie politykom do zwalania na złych lobbystów winy za nietrafione wybory legislacyjne.

W rzeczywistości każdy obywatel jest lobbystą i lobbuje za własnymi interesami na miarę swojej determinacji i zdolności. Obywatele – co naturalne – mieli, mają i będą mieć sprzeczne interesy, ale powinni mieć równe szanse przedstawiania swoich argumentów ludziom władzy. Na tym ma polegać demokracja, a lobbing jest jej częścią. Zarejestrowani lobbyści są dziś ledwo tolerowani, a prawdziwą polityką – przepychaniem korzystnych zapisów, załatwianiem dojść do władzy, szuflowaniem kasy decydentom –  zajmują się różnej maści prawnicy, konsultanci i PR-owcy,których usługi charakteryzują się przede wszystkim tym, że są trudne do wyceny. Łatwo więc za nie przepłacić, by nadwyżka trafiła tam, gdzie podejmowane są decyzje o prawie obowiązującym nas wszystkich.

Dzieje się tak również dlatego, że politykom wygodniej się pracuje, kiedy nie muszą tłumaczyć obywatelom, dlaczego dokonują takich, a nie innych wyborów. Brak jawności pozostaje normą podczas tworzenia prawa w Polsce. Stenogramy z  posiedzeń komisji sejmowych są publikowane w internecie z opóźnieniem sięgającym kilku tygodni lub nawet miesięcy. Często po tym, gdy dane prawo jest już uchwalone. Z podkomisji, gdzie trwa prawdziwa praca legislacyjna, stenogramów nie publikuje się wcale. Ponoć dlatego, że to  zbyt drogie. Nie publikuje się również w internecie informacji o  planowanych posiedzeniach podkomisji – co już zbyt drogie by nie było.

Zasadne jest podejrzenie, że informacje o procesie stanowienia prawa chowa się przed nami dlatego, że posłom wygodniej bez wścibskich spojrzeń innych zainteresowanych uwzględniać interesy poszczególnych grup. A przecież jeśli skacowany nastolatek jest w stanie zamieścić w  internecie nagranie z imprezy już nazajutrz, to poważna i trzeźwa instytucja, jaką jest Sejm, powinna poradzić sobie z udostępnieniem nagrań z prac komisji i podkomisji natychmiast po posiedzeniu. Gdybyśmysię nawet postarali o zaproszenie na posiedzenie podkomisji i  chcieli je nagrać, spotkalibyśmy się zapewne z reprymendą, jaką od  urzędników sejmowych usłyszał prawnik Piotr Waglowski: „Prasa nie jest od tego, by nagrywać". Waglowski się uparł, nagrał i dla pożytku nas wszystkich nagranie umieścił w sieci, dowodząc, że nie jest to zadanie ponad ludzkie siły. Prawem obywateli jest wiedza o tym, jak tworzone jest prawo i czyj interes oraz dlaczego znalazł wsparcie u którego posła. Tak naprawdę problemem nie są naciski na proces stanowienia prawa – te są istotą demokracji – lecz naciski ukryte przed opinią publiczną. Polscy politycy zbyt często ukrywają przed nami dokonywane w naszym imieniu wybory, zamiast częściej i jawniej rozmawiać z lobbystami reprezentującymi realne interesy różnych grup. Otwartość procesu stanowienia prawa pozwoliłaby obywatelom zrozumieć sprzeczne racje i zaakceptować dokonane kompromisy, nawet jeśli nie będą specjalnie eleganckie. W demokracji bowiem ostatnią instancją stojącą na straży dobrego prawa nie powinny być urzędy ani tajne służby, lecz świadomi wszystkich „za" i „przeciw” obywatele. 

Paweł Dobrowolski Ekspert Instytutu Sobieskiego


Okładka tygodnika WPROST: 43/2009
Więcej możesz przeczytać w 43/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także