Mogliśmy rozjechać Schetynę

Mogliśmy rozjechać Schetynę

Rozmowa z Januszem Palikotem, wiceprzewodniczącym Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej.
Wprost: Dlaczego tak panu zależało, żeby pana wróg Jarosław Gowin został wiceszefem klubu Platformy?

 Janusz Palikot: Po akcji Mariusza Kamińskiego i dymisjach Grzegorza Schetyny, Mirosława Drzewieckiego i Zbigniewa Chlebowskiego coś się w  Platformie zachwiało. To był bardzo trudny moment. Potrzeba było sygnału, że wszyscy, którzy mają pozycję medialną lub wewnątrzpartyjną, są razem. Propozycja Donalda Tuska, byśmy razem z Jarosławem Gowinem zostali wiceszefami klubu, była bardzo dobra.

Czyli to nie Schetyna, lecz Tusk zaproponował panu wejście do prezydium klubu?

Tak. Premier powiedział mi, że zamierza odwołać Schetynę i chciałby, żebym został wiceszefem klubu. Z tego, co wiem, kilka godzin później taką samą ofertę złożył Gowinowi.

A nie chodziło o to, aby Schetyna miał silną przeciwwagę w postaci dwóch skrzydłowych, czyli Palikota i Gowina?

Nie. Będąc poza władzami, miałem luksusową pozycję. Pełna swoboda, ograniczona odpowiedzialność, możliwość budowania własnej pozycji. Sytuacja, w której Schetyna jest szefem klubu, a ja niezależnym recenzentem, byłaby dla mnie sto razy bardziej komfortowa. A wchodząc do  władz, pomniejszyłem swoje szanse w rywalizacji ze Schetyną. Oczywiście będąc wiceszefem klubu, mógłbym zachowywać pewną autonomiczność, ale  takie próby byłyby odbierane jako nielojalność. W porównaniu ze mną Gowin, który jest z boku i będzie tworzył kodeks etyczny, ma o wiele wygodniejszą pozycję. W sensie politycznym okazał się bardziej cwany.

Ustawił się lepiej niż pan?

Tak to dzisiaj wygląda, ale to mu się odbije czkawką w dłuższej perspektywie. W sytuacji wciąż niepewnej działacze Platformy oczekują od  nas raczej zachowań lojalnościowych.

Janusz Palikot będzie lojalny wobec Grzegorza Schetyny, którego przedstawia jako swojego rywala? Nie brzmi to wiarygodnie.

Z początku zdawałem sobie oczywiście sprawę, że jako wiceszef klubu nie  będę miał tak luksusowej pozycji jak Gowin, ale ludzie znacznie bardziej doświadczeni ode mnie – Tusk, Komorowski i inni – radzili mi wejście do  środka. Dziś myślę, że mieli rację. Teoretycznie, kiedy Gowin odmówił, też mogłem powiedzieć, że nasze wcześniejsze ustalenia są nieważne i że nie chcę w to wchodzić. Ale jak by to wyglądało? Najpierw się decyduję, zgadzam się pomóc we wciąganiu Gowina, a na koniec się wycofuję? Byśmy wtedy Schetynę rozjechali, a ja tego nie chciałem.

Ale sam pan mówił, że obaj będziecie walczyć o przywództwo. Kiedy dojdzie do tego pojedynku?

Wszystko zależy od tego, czy Tusk będzie kandydował w wyborach prezydenckich. Ja bym mu to odradzał. I dla Polski, i dla Platformy, i  dla niego byłoby lepiej, żeby nie startował. Szanse na to są dziś pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Decyzja ma zapaść w maju 2010 r. i dopiero wtedy zacznie się rywalizacja o przywództwo. Dziś musimy jednak zagrać ze Schetyną razem. Politycznie mogę na tym stracić, ale trudno. Takie jest życie.

Ale podtrzymuje pan, że kolejnym krokiem w pana politycznej karierze będzie wejście wiosną do zarządu Platformy?

Na razie zawieszam tę decyzję, bo nie wiadomo, co się będzie działo z  partią podczas prac komisji śledczej. Moja rywalizacja ze Schetyną staje dziś pod znakiem zapytania, bo mamy stworzyć duet, który będzie ciągnął klub. Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której po czterech miesiącach dobrej współpracy nagle zaczniemy się napieprzać na zjeździe. Dziwnie by  to wyglądało. Muszę zrewidować swoje polityczne ambicje. Przed wybuchem afery hazardowej wiedziałem, że chcę walczyć o przywództwo. Dziś czekam na rozwój wydarzeń, bo najważniejsze jest powodzenie Platformy. Bez niej wszystko się rozpierniczy i PiS wróci do władzy. A to byłoby największe nieszczęście, jakie mogę sobie wyobrazić.

Cały czas porównuje się pan z Jarosławem Gowinem. Czy on naprawdę stoi na czele frakcji konserwatywnej?

Na pewno w Platformie jest takie środowisko, ale Gowin de facto nie jest jego liderem. A kto jest? Kilka osób: Ireneusz Raś, Andrzej Biernat, Marek Biernacki. Tyle że im czasami wygodnie jest stwarzać sytuację, w której to Gowin uchodzi za  lidera. Poza tym podziały na skrzydła konserwatywne i liberalne, na  którego czele obsadza się mnie, są wyolbrzymiane. Obaj jesteśmy silni, ale przede wszystkim zewnętrznie, medialnie.

Dlaczego pan i Sławomir Nowak dostaliście najmniej głosów podczas wyboru wiceprzewodniczących klubu?

Nowak to facet, który był najbliżej Tuska. Cały czas przychodzili do  niego ludzie i mówili: „Sławek, załatw mi rozmowę z premierem". Był w  takiej sytuacji, że musiał odmawiać, bo premier przecież nie ma czasu, żeby się z każdym spotykać. Radzenie sobie z tym ciągłym odmawianiem jest ciężkie, czasami wymuszało na nim chodzenie na skróty i obcesowość. Po pewnym czasie zaczął po prostu mówić: „nie, bo nie". Ile można tłumaczyć, dlaczego premier nie ma czasu? To naturalny mechanizm, ale  Wchodząc do władz klubu, pomniejszyłem swoje szanse w rywalizacji ze  Schetyną. W porównaniu ze mną Gowin ma o wiele wygodniejszą pozycję efekt był taki, że nie wszyscy chcieli na niego zagłosować.

Naprawdę wierzy pan, że ludzie zagłosowali na „nie" tylko dlatego?

Może tu być jeszcze aspekt psychologiczny. Po aferze hazardowej byliśmy wszyscy skołowani. Chlebowski pochowany, Drzewiecki, człowiek wyjątkowo lubiany, też został bardzo poobijany. Nastąpił moment racjonalizacji, poszukiwania miejsca, w którym można ulokować swoją złość. Myślę, że to  się mogło skanalizować podczas głosowania, w którym ja i Nowak dostaliśmy najsłabszy wynik. To normalna reakcja. Nie mam o to do nikogo pretensji. Patrząc na całą moją drogę życiową i polityczną, ludzie mieli prawo wyładować się na mnie.

Czy Donald Tusk nadal będzie wyładowywał swoją złość po aferze hazardowej na najbliższych współpracownikach, na przykład na Grzegorzu Schetynie?

Nie, to trudna sytuacja dla nich obu i wcale nie jest tak, że Tusk jest tu beneficjentem. Ludzie oczekują dziś stabilizacji i premiero tym wie. Nie wyobrażam sobie, by próbował gnębić Schetynę. To nie wchodzi w grę. A jeśli chodzi o Grzegorza, to on mi naprawdę zaimponował. Kiedy pierwszy raz spotkaliśmy się po wybuchu afery, powiedział: „Słuchaj, zrobię wszystko, żeby udowodnić Donaldowi, że jestem człowiekiem, na  którym może najbardziej polegać". Był bardzo zmasakrowany niesprawiedliwym wyrokiem Tuska, ale wiedział, że jak pęknie oś między nim a Donaldem, to cały projekt może się rozsypać. To ogromna dojrzałość emocjonalna.

Chyba raczej syndrom sztokholmski.

Nie, nie. Proszę pamiętać jeszcze o jednym. Po wybuchu afery okazało się, że dwaj najbliżsi współpracownicy premiera – Chlebowski i  szczególnie Drzewiecki, do którego naprawdę miał stuprocentowe zaufanie – nie mówili mu prawdy. A w stenogramach padało też nazwisko Schetyny. Tusk pomyślał sobie wtedy tak: „A jeżeli Grzesiek też nie mówi mi prawdy? Może za tydzień wypłyną nowe podsłuchy i będę musiał zdymisjonować także i jego". Wolał zadziałać wyprzedzająco i odwołać go  nawet bez szczególnych powodów. To było absolutne zarządzanie ryzykiem. W każdym podręczniku zarządzania jest napisane, że w takich sytuacjach trzeba to ryzyko minimalizować. Kiedy psuje się jedna opona, to na wszelki wypadek wymieniamy wszystkie cztery. I Tusk tak postąpił. Wiedział, że od jego decyzji zależy cały projekt. Bo co, gdyby się okazało, że są kolejne strzały, na przykład właśnie w Schetynę?

Czy w tej sytuacji Schetyna może jeszcze kiedyś zostać premierem?

To strasznie silny człowiek. Nie znam nikogo, kto po wybiciu zębów, złamaniu ręki i nóg chciałby jeszcze udowodnić temu, kto to zrobił, że  jest godny zaufania. Proszę też na to spojrzeć tak: Schetyna jest skazany na Platformę. Co miałby zrobić? Wyjść i założyć własną partię? On wie, że do dalszego wspinania się w górę potrzebna jest odbudowa zaufania.

Twierdzi pan, że kandydatem PO w wyborach prezydenckich powinien być Bronisław Komorowski. W 2006 r. chciał walczyć o fotel szefa partii, ale  się wycofał. Teraz nie stchórzy?

Może tak być, ale będąc marszałkiem Sejmu, bardzo zhardział. Tak czy  inaczej, wszystko zależy od tego, czy Tusk będzie chciał kandydować. Dopiero wtedy zaczną się przedbiegi o to, kto będzie numerem dwa. Buzek, Sikorski, Gronkiewicz-Waltz czy właśnie Komorowski. 




Fot. A. Jagielak

Okładka tygodnika WPROST: 45/2009
Więcej możesz przeczytać w 45/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także