Van Rompuy nie będzie zuchwałym solistą

Van Rompuy nie będzie zuchwałym solistą

Rozmowa z Janem Fischerem, premierem Czech.
  Wprost: Kłócił się pan z prezydentem Václavem Klausem o to, że tak długo zwlekał z podpisaniem traktatu lizbońskiego?

Jan Fischer: Gdy w czerwcu 2009 roku przedstawiłem parlamentarzystom stanowisko naszego rządu i zauważyłem co do niego ogólną zgodę, przyjąłem ratyfikację traktatu lizbońskiego za jeden z priorytetów. Razem z innymi członkami rządu ciężko pracowałem, by doprowadzić do jego ratyfikacji przez czeski rząd, tak jak uczyniły to wcześniej inne kraje członkowskie. Na niemal wszystkich spotkaniach z prezydentem Václavem Klausem podkreślałem ten cel, jednocześnie z należnym mu szacunkiem w  pełni respektując władzę prezydenta.

Aprobuje pan to, że prezydent Klaus podobnie jak Lech Kaczyński wyłączył Czechy spod obowiązywania Karty Praw Podstawowych?

 Prezydent uzyskał to, co chciał. Nam pozwoliło to dokończyć proces ratyfikacji traktatu lizbońskiego w Czechach. Tak czy inaczej, cieszę się, że mój gabinet mógł wypełnić wszystkie zobowiązania przyjęte na  siebie przez Republikę Czeską.

Wspierał pan prezydenta Klausa i jego warunek zagwarantowania ważności dekretów Beneša [na ich podstawie po II wojnie światowej Niemcy sudeccy zostali przesiedleni do Niemiec]. Nie obawia się pan, że Czechom będzie się zarzucać niewiarę w jedność Unii Europejskiej?

Przypomnę tylko, że wcześniej Polska i Wielka Brytania również wynegocjowały swoje warunki. W związku z tym zupełnie nie rozumiem, z  jakiego powodu można by posądzać akurat Czechy o brak ufności w jedność UE i równość krajów członkowskich.

Czy to prawda, że doszło do sekretnego porozumienia między Václavem Klausem a Davidem Cameronem, wedle którego prezydent Czech miał zwlekać z podpisem aż do wyborów w Wielkiej Brytanii?

Francis Bacon napisał kiedyś: „Sekretem zarówno natury, jak i władzy jest to, że zmian łatwiej dokonywać w pojedynkę". Niech to posłuży za  moją odpowiedź.

Traktat lizboński ratyfikowano, ale trudno ukryć, że nie jest to  dokument idealny. Byłoby nie na miejscu rozmawiać teraz o zaletach i wadach traktatu. Zarówno jedne, jak i drugie mogą być swego rodzaju wyznacznikiem zadań dla europejskich polityków. Państwa członkowskie UE nie mogą się ograniczać tylko do dostosowania legislacji unijnej do prawa narodowego. Zwłaszcza po wejściu w życie traktatu. Wymiarem politycznym członkostwa w  UE jest odzwierciedlanie rozwoju wewnątrz UE u siebie w kraju, aktywność, odpowiedzialność, dążenie do wspólnego sukcesu, uczestniczenie w debatach i mediacjach europejskich.

Czy traktat daje jakieś narzędzia np. w kwestii przeciwdziałania kryzysowi ekonomicznemu?

Nie oczekuję, że nagle nastąpią jakieś fundamentalne zmiany w już zaadaptowanych instrumentach mających na celu pomoc z uporaniem się ze  skutkami kryzysu, a idąc dalej z globalizacją zbudowanego na zasadach liberalizmu handlu światowego, odrzuceniem protekcjonizmu i koordynacją narodowych działań antykryzysowych. Obecny kryzys nie powinien pociągać za sobą nowych regulacji czy mechanizmów kontroli, niekontrolowanego subsydiowania i nadmiernego Głównym wyzwaniem stojącym przed Unią wciąż będzie walka z kryzysem ekonomicznym i podniesienie konkurencyjności protekcjonizmu, lecz uaktywnienie sieci istniejących już mechanizmów na  skalę nie tylko na europejską, ale także na globalną. Traktat lizboński dał także sygnał „stop" dla instytucji hamujących, stworzonych uprzednio przez samą UE. Teraz możemy dopiąć te cele i zająć się aktualnymi tematami, również kryzysem ekonomicznym.

To znaczy czym?

Głównym wyzwaniem stojącym przed UE będzie wciąż walka z kryzysem ekonomicznym i starania o podniesienie europejskiej konkurencyjności jako odpowiedź na pogłębiającą się globalizację. Ale w Pakcie Stabilizacji i Rozwoju, jak również w innych dokumentach zawarta jest całkiem pokaźna lista innych przyszłych celów UE.

Wybór Hermana Van Rompuya na prezydenta UE uważa pan za sukces?

Wierzę, że belgijski premier ma wszystkie cechy wymagane do objęcia tego stanowiska. Jednym z jego największych dotychczasowych sukcesów było znalezienie wyjścia z bardzo trudnej sytuacji wewnętrznej – rozłamu między Flamandami a Walonami. A to mówi o jego zdolnościach. Umiejętność znalezieniakonsensusu, którą ma Van Rompuy, jest absolutnie niezbędna dla osoby piastującej to stanowisko. Bo na początku nowy prezydent UE ma  być przede wszystkim koordynatorem debaty. Ważne jest jednocześnie, by  pamiętać, że w procesie negocjacji kandydata na wysokiego przedstawiciela jednym z celów było uzyskanie równowagi między całym politycznym spektrum na szczeblu europejskim: między Wschodem i  Zachodem, nowymi i starymi krajami członkowskimi. Jedynym warunkiem były kwalifikacje kandydatów. I stąd wybór Hermana Van Rompuya.

Po ratyfikacji traktatu lizbońskiego Rada Europejska nie będzie potrzebowała jednomyślności do podejmowania niektórych decyzji. To dobra zmiana?

Unia Europejska od początku opierała się na zgodzie między jej członkami. Priorytetem dla wszystkich krajów jest osiągnięcie porozumienia, a proces podejmowania decyzji przez radę poprzedzony jest negocjacjami między krajami członkowskimi. Umiejętności negocjacyjne graczy politycznych i jasno zdefiniowane cele poszczególnych krajów są o  wiele ważniejsze od liczby głosów przydzielonych im przez traktat.

Wspólna polityka zagraniczna UE jest w ogóle możliwa?

Na zewnątrz UE będzie reprezentowana przez prezydenta Rady Europejskiej. W jego poczynaniach początkowo najważniejszym czynnikiem będzie to, jaki mandat zostanie mu przyznany. W toku przygotowań tego mandatu może się okazać, że prezydent stanie się bardziej negocjatorem reprezentującym wspólny interes niż zuchwałym solistą. Znaczącą rolę będzie tu też odgrywał wysoki przedstawiciel ds. wspólnej polityki zagranicznej i  bezpieczeństwa, którego zadaniem będzie znalezienie konsensusu w  ukształtowaniu wspólnej dyplomacji zgodnie z interesami wszystkich krajów członkowskich. Sądzę, że i w tym wypadku UE dobrze wybrała.

Problemy z ratyfikacją traktatu pokazały jednak, że wewnątrz UE istnieją czynniki mogące doprowadzić do jej upadku czy wewnętrznego rozłamu.

Wydaje mi się, że ostatecznie UE udowodniła, iż potrafi dojść do  porozumienia. Jest logiczne, że znalezienie konsensusu między 27 krajami członkowskimi bywa o wiele trudniejsze niż w początkach istnienia UE, gdy w jej skład wchodziło tylko sześć krajów. A traktat lizboński jest odpowiedzią na powiększenie UE i wyposaża nas w lepsze narzędzia, by  efektywniej podejmować coraz lepsze decyzje.

Okładka tygodnika WPROST: 49/2009
Więcej możesz przeczytać w 49/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0