O Wandzie, co chciała Hindusa

O Wandzie, co chciała Hindusa

Indyjskie miasto Kolhapur na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym. Szczególne jest jednak miejsce Kolhapuru w historii... Polski. Miasto było siedzibą największego w Indiach obozu dla polskich uchodźców z Syberii. W latach 1943-1948 schronienie znalazło tu około 5 tys. osób, głównie kobiet i dzieci.
O wydarzeniach z lat 40. przypomina już tylko masowy polski grób na  miejscowym katolickim cmentarzu oraz pomnik z orłem na szczycie wzniesiony w parku miejskim przez Koło Polaków z Indii w 50. rocznicę ich wyjazdu z dzielnicy Valivade, gdzie znajdował się obóz. „Rozproszeni po świecie zachowaliśmy Indie w naszych sercach i wdzięcznej pamięci". Dla Polaków, umęczonych pracą w syberyjskich łagrach, pobytem w  więzieniach i domach dziecka, Indie stały się na kilka lat domem i  namiastką ojczyzny. Były tu polska administracja, szkoły, teatr, spółdzielnia, własna umundurowana Obywatelska Straż Bezpieczeństwa, straż pożarna, kościółek, polskie organizacje, harcerstwo i drużyny sportowe. Atmosfera przypominała kraj rodzinny. Jedną z mieszkanek obozu w Kolhapurze była Wanda Kaśikar, z domu Nowicka. Wraz z młodszą siostrą Anną były wychowankami osiedlowego domu dziecka. Gdy w 1948 r. obóz w  Valivade zlikwidowano, Polacy odjechali do Bombaju, a stamtąd statkami do Europy. Część, nieufna wobec nowego ustroju, zdecydowała się na  dalszą emigrację, najczęściej do Wielkiej Brytanii. Nieliczni wrócili do  Polski. Tylko Wanda postanowiła zostać w Indiach, w Kolhapurze, a jej mieszkanie od terenu, na którym stał polski obóz, dzieli zaledwie kilka kilometrów.

Wanda urodziła się w 1927 r. w Hucie Pieniackiej w woj. tarnopolskim (obecnie Ukraina). W 1940 r. Nowiccy podzielili los setek tysięcy Polaków deportowanych do sowieckich kołchozów. Rodzinę zapakowano do  pociągu towarowego i wywieziono na Syberię. Wanda nawet dziś niechętnie wspomina tamte chwile. Na miejscu zesłania rodzice oraz najstarszy z  trójki braci pracowali przy wyrębie lasów. Dziewczynka była zbyt mała, by pracować. Wybuch wojny niemiecko-sowieckiej w 1941 r. dał jeńcom nadzieję. Zgodnie z układem Sikorski-Majski rząd sowiecki udzielił amnestii obywatelom polskim więzionym na terytorium Związku Radzieckiego. – W końcu ja, siostra i najstarszy brat trafiliśmy do  Turcji, gdzie zachorowaliśmy na tyfus. Matka oddała nas do szpitala. Wtedy widziałam ją po raz ostatni, choć zmarła dopiero w 1968 r. Zostałyśmy z siostrą same, mieszkałyśmy w sierocińcach. Następnie razem z innymi kobietami i dziećmi dotarłyśmy do Iranu, a stamtąd statkiem do  Bombaju i Valivade. I tak trafiłam do Indii – wspomina.

Indie, obok kilku innych krajów, zgodziły się na przyjęcie 11 tys. polskich uchodźców. Ludność cywilną kierowano do Iranu, a następnie do  przejściowego obozu w Karaczi (dziś Pakistan). Stamtąd transporty Polaków odpływały do Bombaju, dalej koleją do Valivade, niegdyś wioski, a obecnie dzielnicy Kolhapuru. Wanda oraz jej młodsza siostra Anna były wśród Polaków oczekujących w Indiach pomyślnego końca wojny. Ich trzej bracia służyli już w wojsku polskim, a matka została odesłana na powrót do pracy w łagrze. Ojciec zmarł w kołchozie, nie doczekawszy amnestii. Był rok 1943, Wanda miała 16 lat. – Chciałam się usamodzielnić, zapisałam się więc na kurs pierwszej pomocy i gdy tylko go ukończyłam, zaczęłam pracować w osiedlowym szpitalu jako sanitariuszka – wspomina.

Tam poznała Wasanta Kaśikara, Hindusa z wysokiej kasty bramińskiej, który jako student medycyny odbywał w obozowej placówce praktyki. To  była miłość od pierwszego wejrzenia. – Pamiętam dzień, kiedy po raz pierwszy go zobaczyłam. Młody, przystojny, dobrze ubrany i te piękne czarne oczy! Z czasem coraz częściej odwiedzał mnie w szpitalu, nie  mogliśmy bez siebie wytrzymać! Nawet początkowa bariera językowa nie  stanowiła dla nas problemu – Wanda mówi po polsku z wyraźnie wschodnim akcentem, często zapominając słów. Co rusz wtrąca wyrazy w marathi, lokalnym języku regionu, lub po angielsku. – Wszyscy byli przeciwni temu małżeństwu. Wszyscy, którzy o tym wiedzieli – mówi. Kiedy Wanda opowiada, Wasant pokazuje zdjęcia.

Normy zhierarchizowanego społeczeństwa hinduskiego nie dopuszczają mezaliansów. Nawet współcześnie byłoby to nie do pomyślenia. Jednak Wanda i Wasant wykazali się determinacją. Polka pewnego wieczoru wsiadła po prostu na rower i  wróciła do obozu już jako mężatka. Ślub odbył się na modłę hinduską. Wśród gości zabrakło rodziców pana młodego, którzy byli przeciwni małżeństwu, oraz siostry panny młodej, która była wówczas zbyt młoda, by  wymknąć się wieczorem z sierocińca. Świadkami były dwie obozowe koleżanki.

Rodzice Wasanta długo nie chcieli zaakceptować białej synowej. – Dopiero gdy urodziłam pierwszego syna, rodzina się pogodziła i zamieszkaliśmy razem w dużym domu w centrum Kolhapuru. Teść, znany i  szanowany adwokat, zwariował na punkcie pierwszego wnuka i moje pochodzenie przestało mieć znaczenie – śmieje się Wanda. Teściowa nauczyła ją gotować, a Polka wprowadziła do nowego domu kilka europejskich zwyczajów, jedzenie przy stole oraz spanie w łóżkach (a nie  na materacach rzuconych na podłogę, jak to praktykuje się do dziś). Wasant, który wcześniej musiał zrezygnować ze studiów medycznych, z  pomocą finansową ojca zdobył wykształcenie prawnicze. Wanda nie wróciła już nigdy do pracy zawodowej. Wychowywała dzieci, a później wnuki i  prawnuki.

W salonie Wandy i Wasanta stoi kwiecista kanapa, nad nią wiszą portrety wszystkich pięciu synów wraz z małżonkami. – Czuje się pani bardziej Polką czy Hinduską? – pytam. – Polką – odpowiada po chwili zastanowienia. – Ale tu mam męża, synów, piętnaścioro wnuków i  dziewięcioro prawnuków. Tu jest mój dom – dodaje. Wasant należy do  najwyższej w indyjskiej drabinie społecznej kasty braminów (kapłanów). Do jego obowiązków należy codzienne odprawianie pudży, czyli hinduistycznej ofiary. Rozpala pachnące kadzidła i odmawia w sanskrycie modlitwę przed wiszącą na ścianie płaskorzeźbą boga Ganeśi (człowiek z  głową słonia). Następnie kieruje się w stronę stojącej tuż obok indyjskiego bóstwa srebrnej rzeźby przedstawiającej Matkę Boską z  Dzieciątkiem i odprawia podobny rytuał. – Nawzajem szanujemy swoją religię – Wanda nigdy nie zmieniła wyznania. Kaśikarowie obchodzą zarówno święta hinduistyczne, Diwali czy Holi, jak i chrześcijańskie. Co  roku na Boże Narodzenie Wanda ubiera choinkę i zaprasza całą rodzinę na  wigilię.

W 2004 r. Polska przypomniała sobie o Wandzie Kaśikar-Nowickiej: z rąk konsula RP w Bombaju otrzymała medal „Polska – Indie". W 2007 r. została odznaczona Krzyżem Zesłańców Sybiru. Wanda pamięta popołudnie w 1948 r., kiedy żegnała się z siostrą Anną, która po likwidacji osiedla w Valivade razem z innymi zdecydowała się wrócić do Polski. Wandzie nie w głowie było uciekać do Europy. Tu miała kochającą rodzinę. Z tą z Polski spotkała się dopiero po latach. Nigdy jednak nie zobaczyła już matki, która zmarła, zanim Wanda przyjechała do kraju. Po raz pierwszy odwiedziła Polskę w 1968 r. Zapamiętała ją jako biedny kraj smutnych ludzi.

Aśok, najmłodszy z piątki synów Wandy i Wasanta, jako jedyny wybrał się do Polski, aby poznać znanych jedynie ze słyszenia krewnych. Razem z żoną Śamą stworzyli w internecie drzewo genealogiczne i na bieżąco je aktualizują, dbając o kontakt z rodziną w Polsce. Wanda ostatni raz była w kraju w 1995 r. Od śmierci siostry Anny w 2000 r. mówi, że nie ma już do kogo jeździć.

Po polskim obozie w Valivade od  dawna nie ma już śladu. Większość budynków urzędowych zburzono, a część baraków zasiedlono ludnością napływową z Pakistanu. Wąskimi uliczkami szwendają się bezpańskie psy oraz leniwe krowy, które powoli przeżuwają znalezione na drodze liście. Mężczyźni siedzą przed małym sklepem, jedzą samosy, palą papierosy, żują betel, rozmawiają. Kobiety wieszają pranie i ciekawie wodzą wzrokiem za nieznanymi białymi przybyszami. O  mieszkających tu w przeszłości Polakach nikt nie słyszał. Z dawnych obozowych zabudowań pozostał już tylko nadal czynny szpital, w którym kiedyś poznali się Polka Wanda i Hindus Wasant. Korzystałam z książki „Polacy w Indiach 1942-1948 w świetle dokumentów i wspomnień", wydanej przez Koło Polaków z Indii 1942-1948.
Okładka tygodnika WPROST: 50/2009
Więcej możesz przeczytać w 50/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 7
  • bez-nazwy IP
    Witam:( chciałbym tą drogą powiadomic że moja ciocia Wanda zmarła w Indiach ,wiem ze chciała jeszcze raz zobaczyc Polskę niestety nie doczekała tego :(((
    • kolhapur IP
      bylem mieszkancem obozu valivade od 1943 do1947r.jako dzecko zeslane na sybir.w 1947r wyjechalem do polski.jestem wdzeczny indiom za przytulenie mnie w tamtym czasie,dzeki zbyszek.salam.
      • Piotrek IP
        Świetny artykuł tylko troszkę jakby urwany, brakuje jakiegoś epilogu. Może by jakiś ciąg artykułów o indiach? Z mojego punktu widzenia jest to kraj o którym można by opowiadać bez końca, tak inny od Polski...
        • sebastian.rychu@neostrada.pl IP
          Dziekuje za opisanie tej historii :)Tym bardziej ze nie znałem jej do konca ........nie wiedziałem ze Ciocia , jej rodzenstwo i  pradziadkowie tyle przeszli .Pozdrawiam cała Rodzinke w Indiach :)Louis Nowicki z Rodziną :)