Marcel Proust spod budki z piwem

Marcel Proust spod budki z piwem

Gdyby żył, skończyłby w tym roku 78 lat. Polacy zapamiętali go przede wszystkim jako bohatera kultowych komedii i nieodłącznego partnera Zdzisława Maklakiewicza, z którym łączyła go miłość do filmu i wysokoprocentowych trunków. Ale Jan Himilsbach był kimś więcej niż genialnym naturszczykiem o zachrypniętym i przepitym głosie, który na szklanym ekranie grał siebie samego.
Był ozdobą polskiej literatury – powiedział kiedyś o nim Tadeusz Konwicki. O tym, że nie były to słowa na wyrost, można się przekonać, sięgając po „Opowiadania zebrane" Himilsbacha wznowione przez krakowskie wydawnictwo Vis-ą-Vis Etiuda. Przeczytanie tej książki to właściwie jedyny sposób, by się czegoś dowiedzieć o człowieku, którego Konwicki nazywał „Marcelem Proustem spod budki z piwem". Życiorys tego kamieniarza, aktora, scenarzysty i pisarza jest tak pokrętny i  niejednoznaczny, że zweryfikować mógłby go tylko sam Himilsbach. Zwłaszcza że w dużej mierze przyczynił się do jego zagmatwania, przedstawiając w każdym z prawie siedmiuset udzielonych wywiadów prasowych nieco inną wersję swojej przeszłości. Wyjaśniał to w  charakterystyczny dla siebie sposób: „Ile razy można pieprzyć jedno i to samo". Zagadką jest nawet data jego urodzenia. W urzędowych papierach wpisano bowiem, że Himilsbach przyszedł na świat w Mińsku Mazowieckim 31  listopada 1931 roku. Nie wiadomo, kto popełnił błąd – według niektórych wersji zawiniła kompletnie pijana urzędniczka.Według innych pijany był również ojciec Himilsbacha, który zbyt długo świętował narodziny syna i  nie był w stanie dokładnie określić tej szczęśliwej daty. Himilsbach urodził się więc w dniu, którego nigdy nie było. On sam nie przywiązywał jednak do tego zbyt dużej wagi: „Jeden dzień w tę czy w tamtą stronę nie  robi różnicy" – mówił. Od początku w jego życiu były obecne absurd i  alkohol, które będą mu towarzyszyć aż do śmierci.

Himilsbach dojrzewał w  świecie, który potem tak doskonale odwzorowywał w swoich opowiadaniach –  pośród złodziei, prostytutek i małomiasteczkowej biedoty. W kolizję z  prawem wszedł już jako nastolatek – tuż po wojnie w 1947 roku trafił do  domu poprawczego w Szubinie. Potem w Strzegomiu przyuczał się w  tamtejszych kamieniołomach do zawodu kamieniarza. Do 1968 roku pracował głównie fizycznie – po opuszczeniu Strzegomia uczył się w Szkole Przysposobienia Przemysłowego i pracował jako rębacz w kopalni Boże Dary w Kostuchnie. Potem w Gdyni był tragarzem i palaczem na kutrach rybackich. W 1951 roku przeniósł się na stałe do Warszawy, gdzie przez chwilę pracował w Zakładach Konserwacji Architektury Monumentalnej, a  następnie znów jako palacz – tym razem w Żegludze Śródlądowej. W  Warszawie podjął też studia – najpierw skończył uniwersyteckie studium przygotowawcze, a potem studiował na Wieczorowym Uniwersytecie Marksizmu Leninizmu. W końcu jako kamieniarz trafił na warszawskie Powązki, gdzie pracował do momentu rozpoczęcia kariery filmowej. Spytany przez pewną damę, czy bardziej ceni sobie pracę pisarza, czy kamieniarza, bez wahania odparł, że tę drugą. „Moim dziełem granitowym nikt sobie dupy nie podetrze" – tłumaczył. Pracę traktował jako przykry obowiązek: „Przede wszystkim jestem śmierdzącym leniem. Muszę tyrać na chleb, więc imam się różnych zajęć" – mówił. Żył tak, jak wyglądał – gdy debiutował w „Rejsie", miał niespełna 40  lat, podczas gdy jego zmęczona życiem twarz i charakterystyczny zachrypnięty głos wskazywały na człowieka starszego o jakieś 20 lat. „Na wygląd trzeba sobie zapracować” – mawiała Irena Kwiatkowska w  „Czterdziestolatku”. I trzeba powiedzieć, że Himilsbach na swój pracował sumiennie.

Anegdot o jego alkoholowych przygodach wystarczyłoby na  wypełnienie kilku sążnistych artykułów. Himilsbach poraża w nich bezczelną szczerością i wygłaszaniem brutalnych prawd bez owijania w  bawełnę. Kiedy starsza kobieta, widząc pijanego Himilsbacha leżącego w  kałuży, zaczęła pouczać wnuczka, że jeśli nie będzie się uczył, skończy tak jak „ten pan", wnuczek odpowiedział, że „to jest przecież Himilsbach, nasz znany aktor i literat". Słysząc to, Himilsbach podniósł się, otrzepał i wycedził przez zęby: „I co, głupio ci, stara k…?". Kiedy zaś tuż przed rozpoczęciem zdjęć do „Rejsu” po jakiejś pijackiej awanturze był spisywany przez policję, na pytanie o adres odpowiedział: „Warszawa, ulica Żeromskiego. Tylko nie pisz ch… przez rz!”.Po tym incydencie reżyser „Rejsu” Marek Piwowski, by wybłagać odstąpienie od  wymierzenia kary jego podopiecznemu, zaproponował synowi komendanta rolę w „Rejsie” – i ostatecznie zagrał on dziecko inżyniera Mamonia, które filmowy Sidorowski (Himilsbach) oskarża o kradzież parówki „w tych pięknych okolicznościach przyrody”.

Himilsbach prezentował nieskrywaną pogardę dla władzy i autorytetów. Któregoś dnia do warszawskiego SPATiF-u wszedł przewodniczący Komitetu Kinematografii – ważny działacz partyjny, od którego zależały wszystkie ówczesne produkcje. Kiedy spostrzegł Himilsbacha, znad zamówionej herbaty postanowił się z nim przywitać. „Dobry wieczór, panie Janku..." – zaczął. „Uważaj, w którą stronę kręcisz łyżeczką, ch…!" – odpowiedział aktor. Kiedy miał zamieszkać w hotelu ze znanym poetą Mieczysławem Jastrunem, już na  początku znajomości spytał go: „Ustalmy, szczamy do umywalki czy nie?". Bodaj najsłynniejsza anegdota z Himilsbachem w roli głównej wiąże się jednak z Gustawem Holoubkiem. Pijany Himilsbach miał niegdyś wpaść do  SPATiF-u i od progu krzyknąć: „Inteligencja, wypierdalać!”. Na te słowa podniósł się tylko Holoubek, który rozejrzał się po sali i stwierdził: „Nie wiem jak panowie, ale ja wypierdalam”.

Himilsbach nie prowokował celowo, legendą stał się niejako mimo woli – sam uważał, że po prostu odgrywa w swoim życiu „epizod", do którego został stworzony. „Wszyscy jesteśmy aktorami, a każdy z nas ma w życiu przeznaczoną swoją rolę epizodyczną. Daj Boże zagrać ją dobrze każdemu… Żyję w zgodziez sobą i  nie wychodzę ze swej roli. Natura mnie takim stworzyła i taki jestem" –  mawiał Himilsbach. Dlatego bez zastanowienia grał epizody w filmach, z  których wiele ograniczało się do picia wódki przed kamerą. Jego duże role filmowe można policzyć na palcach jednej ręki. Zazwyczaj pojawiał się przez kilka minut, a czasem wręcz kilkadziesiąt sekund – jako pijak, nocny stróż, dozorca. Nawet w „Rejsie" prawdziwą gwiazdą był młody Stanisław Tym – Himilsbach z Maklakiewiczem stanowili dla niego genialne tło.

Alkoholowe libacje były zgodne z filozofią życiową Himilsbacha. Alkoholowi zawdzięczał aktor poniekąd karierę literacką. Pisarz wspominał, że kiedyś w Kameralnej chciał pożyczyć kilka złotych na wódkę od krytyka literackiego Juliana Rogozińskiego. Ten zgodził się, pod  warunkiem że Himilsbach przyniesie mu z domu to, co udało mu się dotychczas napisać. „Co miałem robić! Pojechałem, zabrałem tę całą moją pisaninę i w ten sposób powstało ?Monidło? – wspominał. Charakterystyczne jest jednak, że swojego nałogu nie łączył nigdy z  pisaniem. „Piszę powoli. Kiedy mam w głowie początek opowiadania, koniec i tytuł, zasiadam do pisania. Piszę po śniadaniu, kiedy żona pójdzie do  roboty. Irek Iredyński pisał po kielichu: strzelał pięćdziesiątkę i  tłukł na maszynie słuchowisko albo sztukę. Ja dopiero jak skończę, idę do knajpy. Cieszę się i zapijam mola" – opisywał swój warsztat literacki Himilsbach.

Gdyby chcieć opisać Himilsbacha jako pisarza, w  telegraficznym skrócie można by powiedzieć, że stanowił połączenie Char- lesa Bukowskiego, Marka Hłaski i Franćios Villona. Z Bukowskim łączą go  bohaterowie jego opowiadań – ludzie z marginesu, alkoholicy, życiowi nieudacznicy i kombinatorzy, dla których dzień można zaliczyć do  straconych, jeżeli nie udało się opróżnić kilku setek. Z Hłaską łączy go  świat przedstawiony w opowiadaniach – ponure ulice przedmieść, zadymione knajpy, w których do każdej pięćdziesiątki trzeba zamawiać obowiązkową zakąskę, ciasne klitki dekorowane brudnymi tapetami – a wszystko to  opisane w taki sposób, że po tym piekle na ziemi czytelnik porusza się z  ciekawością niczym po baśniowych ogrodach Semiramidy. Z kolei podobnie jak Villon Himilsbach patrzy na ten upadły świat, puszczając po  szelmowsku oko do czytelnika. „Jest jak jest" – zdaje się mówić i siłą rzeczy każe nam doszukiwać się na marginesie cywilizacji piękna, zamiast załamywać ręce nad losami człowieka.

Himilsbach na kartach „Monidła", „Łez Sołtysa" i „Przepychanki" pisał o  życiu swoim i ludzi do siebie podobnych, chociaż – jak sam podkreślał –  wszystkie wydarzenia są fikcyjne. Poznajemy więc świat kamieniarzy, drobnych oszustów, złodziei i prostytutek. Świat, w którym pracuje się, by zarobić na wódkę, a pije się, by mieć na co zarabiać kolejnego dnia. Żaden z bohaterów nie wierzy w odmianę swojego losu i nikt za bardzo na  niego nie pomstuje. Każdy „odgrywa swój epizod” – zarówno policjant Kielak, który chodzi po złodziejskich melinach, by odzyskiwać skradzioną bieliznę, jak i złodziej Stefan Cykulada, który w Wigilię okrada piwnice, by mieć czym zakąsić wódkę wypijaną podczas wieczerzy. Nawet w  opowiadaniach dotyczących okresu wojny brakuje tragizmu charakterystycznego dla polskiej literatury opowiadającej o  hitlerowskiej okupacji. Mały bohater opowiadania „Kombatanci” z  podnieceniem oczekuje… wkroczenia Niemców do Warszawy, bo tyle o nich słyszał, że chciałby zobaczyć ich na własne oczy. Z kolei Florka, bohaterka innego opowiadania, zamiast walczyć o Polskę w AK, otwiera wraz z mężem sklep.

Himilsbach opisuje swój świat beznamiętnie, ale  czasem bohaterowie jego opowiadań bywają cyniczni. Wspomniana Florka trafia do więzienia po donosie złożonym przez… własnego męża, który chce przejąć jej majątek. Bohaterka opowiadania „Ślub w agonii" na stypie po  swoim mężu znajduje nowego partnera, który już następnego dnia się do  niej wprowadza. Zresztą związki damsko-męskie często są przedstawione jako transakcja handlowa. „Mężczyzna żeni się, gdy nie ma gdzie mieszkać i nie ma co z sobą zrobić" – uważał Himilsbach. O kobietach miał jeszcze gorsze zdanie – według niego jedynym, co robi na nich wrażenie, są pienią- ze i luksus. „Gdybym miał wcielić się w Boga stworzyć kobietę, prawdopodobnie stwozyłbym kumpla do picia" – powiedział.

Beznamiętne parzenie na świat sprawia, że Himilsach unika pozytywistycznej „żeromzczyzny" czy „nałkowszczyzny". Nie ałamuje rąk nad zepsuciem, nierówościami społecznymi i upodleniem złowieka. Przeciwnie – odsłaniając nam wiat marginesu, pokazuje, że ma on swój rok. Rządzi się surowymi prawami. Złodziee mają kodeks honorowy; robotnicy piją, ale ykonują swoją robotę. Mężowie zdradzają ony, ale  przynoszą pensje do domu. Każdy est na swoim miejscu. Wprawdzie ta  rezygnaja z marzeń wynika po trosze z przeświadzenia, które sam Himilsbach wyraził kiedyś łowami: „Tyle dróg budują, tylko, kurwa, ie ma  dokąd iść", ale nie jest to bunt Hłaki przeciw światu. Nawet picie bohaterów ie jest ucieczką, tylko sposobem na życie. imilsbach nie  stygmatyzuje marginesu połecznego, tylko utrwala jego obraz. Robi o w dodatku w bardzo eleganckiej formie, hociaż na co dzień nie stronił od  nieparlaentarnych sformułowań, w swojej prozie nika wulgaryzmów czy wyuzdanego seksu. obiera słowa ostrożnie i oszczędnie, a swoch historii nie kończy żadnym morałem. Bo zy każde życie musi mieć morał?

Himilsbach pozostał wierny swojej filozofii do końca. W latach 80., schorowany zniszczony przez alkohol oraz wypalane hurtowych ilościach papierosy, zmagał ię z licznymi dolegliwościami. Od przedczesnej śmierci nie mogli go uratować anilekarze, ani jego ukochana żona – Basica. Kiedy kompletnie pijany spotkał na ulicy jednego z medyków, który zakazał mu picia więcej niż jednej setki dziennie, wyjaśnił mu, że „leczy się również u innych lekarzy". Nie pomogły też fortele żony, która wychodząc z domu, zamykała go na klucz w mieszkaniu, by nie mógł wyjść „w miasto", gdzie zawsze mógł znaleźć wiele osób gotowych postawić mu kolejkę. Himilsbach znalazł sposób i na to: kiedy do domu przychodził listonosz, wyrzucał mu pieniądze przez okno, a następnie wymontowywał wizjer z  drzwi, wpychał w puste miejsce słomkę i wraz z listonoszem opróżniał butelkę. „Wszyscy mi mówią: Janek, przestań pić i rzuć palenie, Basica straszy, że jak nie przestanę, to odejdzie, lekarz straszy, jak nie  przestanę, to szybko zejdę. Wszyscy dookoła nic, tylko straszą, a  człowiek jak ma silną wolę, to i tak zapali i się napije" – mówił kilka lat przed śmiercią.

Zmarł 11 listopada 1988 r., w przededniu odzyskania przez Polskę suwerenności. W ten sposób odszedł wraz z epoką, której był kronikarzem. Nowej rzeczywistości, gdzie romantycznych złodziei, drobnych oszustów i PRL-owski lumpenproletariat zastąpiły mafie, gangi i  robotnicy ze Wschodu, pewnie by już nie zrozumiał. „Nie tak dawno kobiety ceniły klasę, niestety, obecnie – coraz częściej – widzą jeno kasę…" – narzekał w latach 80. W świecie, w którym „kasę" liczą wszyscy, z pewności nie znalazłby dla siebie miejsca.
Okładka tygodnika WPROST: 50/2009
Więcej możesz przeczytać w 50/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także