Jak dostać się na Harvard

Jak dostać się na Harvard

fot. photos.com
Polskie uczelnie są beznadziejne i nie dają perspektyw, a ty nic nie możesz na to poradzić? Wręcz przeciwnie! Nie ma powodu, by Polacy studiowali byle gdzie, skoro można startować nawet na Harvard. I nie jest to szansa wyłącznie dla geniuszy.
W Harvard College, czyli na czteroletnim początkowym programie studiów na Harvardzie, uczy się obecnie 6,6 tys. studentów, w tym około 600 spoza USA. Z krajów takich jak Bułgaria, Czechy i Słowacja przyjęto w tym roku po jednej osobie, z Rumunii dwie. Z Polski ani jednej! Nie dlatego, że jesteśmy gorsi, lecz dlatego, że polscy uczniowie nie podejmują próby. Nie wiedzą jak. W Polsce o uniwersytecie zaczyna się myśleć poważnie zazwyczaj w ostatniej klasie liceum, czyli co najmniej dwa, trzy lata za późno. Bo wystarczy dobrze zdać maturę, by dostać się na studia. Ale w USA oprócz pozytywnego wyniku egzaminu SAT (odpowiednik matury) należy jeszcze skompletować całą aplikację: dłuższe i krótsze wypracowania o sobie, swoich celach i zainteresowaniach, formularze, które opisują, co kandydat robi w życiu, listy polecające. Najlepsze amerykańskie uczelnie, w tym Harvard, interesuje bowiem nie tylko wiedza kandydata, ale również to kim jest, jaką ma motywację, co osiągnął i co osiągnąć zamierza. A taki życiorys buduje się kilka lat, a nie po ostatnich licealnych wakacjach.

Idealnym kandydatem na najlepsze uczelnie byłby więc nastolatek, który miał dobre wyniki w szkole, dobrze zdał SAT, był kapitanem szkolnego zespołu sportowego, a w czasie wolnym gotował obiady dla bezdomnych i uczył się grać na egzotycznym instrumencie. Najlepszym amerykańskim uczelniom nie chodzi bowiem o studentów najlepszych według kryteriów akademickich. Harvard mógłby skompletować cały rocznik tylko z prymusów, a jednak nad rekrutacją pracuje tam wiele osób przez kilka miesięcy w roku. Bo równie ważna jak oceny jest pasja odkrywania świata i nadzieja, że absolwent swoimi działaniami będzie świadczył jak najlepiej o uczelni, którą ukończył.

Studentem Harvardu jest dziś Dominik Nieszporowski z Legionowa. Tu chodził do podstawówki i gimnazjum, gdzie uczył się francuskiego. Po szkole miał indywidualne lekcje angielskiego. W szkole wygrał kilka konkursów, a wyniki egzaminu gimnazjalnego pozwoliły mu myśleć o wyborze najlepszych liceów. Zdał do XXXIII LO im. Kopernika w Warszawie, które wybrał ze względu na międzynarodową maturę. O studiach w USA zaczął myśleć już w pierwszej klasie. Wybrał się do Fundacji Fulbrighta, która wprawdzie zajmuje się stypendiami na studia pomagisterskie, ale wypożycza też materiały do egzaminów SAT. Do samego SAT podszedł w drugiej klasie liceum! Zdawał go w podwarszawskim Konstancinie. W tym czasie brał udział w pracach Model United Nations (uczniowski odpowiednik ONZ), przewodził szkolnym drużynom w konkursach (np. giełdowym), angażował się w wolontariat w domu dziecka. Gdy przyszło do pisania wypracowań załączanych do podań na amerykańskie uniwersytety, miał więc o czym pisać.

To prawda, że na Harvard dostać się jest trudno, a studia są drogie. Co roku o 1600 miejsc stara się ponad 29 tys. absolwentów z całego świata. Ale Harvard jest też jedną z tych uczelni, które nie uzależniają decyzji o przyjęciu na studia od finansowych możliwości kandydata. Harvard najpierw przyjmuje studenta, potem sprawdza, czy i ile może on zapłacić. Jeśli proces rekrutacji przeszedł ktoś, kogo nie stać na opłacenie rocznego czesnego (obecnie ponad 48 tys. dolarów), to otrzyma on pakiet pomocy finansowej (granty, pożyczki itp.). Ale mówiąc o kosztach, trzeba pamiętać, że zawierają się w nich zakwaterowanie, wyżywienie, podręczniki i… szacowany koszt podróży do domu raz w roku. Harvard zwalnia z opłat studentów, których rodziny nie osiągają dochodu wyższego niż 60 tys. dolarów rocznie. Pozostali – w zależności od dochodu – mogą się ubiegać o pomoc finansową. – W efekcie po uwzględnieniu czynszu, wyżywienia, podręczników itp. rodzice płacili za moje studia mniej niż za darmowe studia mojego brata na Uniwersytecie Warszawskim – mówi Piotr Hołysz, absolwent Harvardu sprzed dwóch lat.

By trafić na Harvard, trzeba zacząć od egzaminu SAT, który odbywa się kilka razy do roku, a uczeń sam wybiera, kiedy zdaje poszczególne części. O egzaminie można więc myśleć już rok, dwa lub trzy lata przed aplikowaniem na amerykańską uczelnię. Księgarnie internetowe, takie jak Amazon, oferują wiele podręczników z próbnymi testami oraz wskazówkami, jak się przygotować. Co najważniejsze, SAT można zdawać również w Polsce: odbywa się na całym świecie w tych samych terminach. W Polsce można się jeszcze zarejestrować np. na 23 stycznia, 1 maja oraz 5 czerwca 2010 r. (szczegóły na stronie firmy organizującej SAT: www.collegeboard.com).

Pozytywny wynik SAT nie zwalnia z nauki w polskiej szkole: również na amerykańskich uczelniach liczą się oceny z matury. Aplikacja to także wiele stron wypracowań i formularzy, z których ma się wyłaniać obraz człowieka: jaki jest i czego chce od życia. Same formularze oraz styl tematów wypracowań niewiele się zmieniają, można się z nimi zapoznać na stronach internetowych wybranej uczelni (zazwyczaj zakładka „Admissions"). Na Harvardzie w 2009 r. temat głównego wypracowania aplikant wymyśla sam lub decyduje się na któryś z pięciu zaproponowanych przez uczelnię. W internetowych księgarniach można znaleźć całe poradniki poświęcone temu, jak je pisać (w wyszukiwarce wystarczy wpisać „how to write college essays”).

Nieodzowną częścią aplikacji są listy polecające. Amerykańskie uniwersytety zazwyczaj proszą o trzy, sugerując, by dwa pochodziły od nauczycieli, a trzeci od innej osoby. Często dodają, że listów ponad wymagane trzy nie będą czytać, a jednak kandydaci przedstawiają ich więcej. Sam złożyłem sześć. Listy powinny pochodzić od osób, które dobrze znają kandydata: może to być trener, opiekun z teatru lub dyrektor hospicjum, w którym aplikant był wolontariuszem. Warto jednak pamiętać, że dla typowego polskiego nauczyciela przygotowanie takiego listu to novum. Bo trzeba w nim napisać coś więcej niż to, że uczeń dobrze się uczy i nie sprawia problemów wychowawczych. Jak rozwiązuje problemy? Jak zachowuje się poza lekcjami i jak wypada na tle rówieśników? Co go interesuje i w czym jest dobry?

Na takich pytaniach wielu nauczycieli się wykłada, w związku z czym listy polecające z Polski są blade, portret ucznia niewyraźny, a opinia mało entuzjastyczna. Pracownicy Admissions Office biorą na to poprawkę, ale taki list z pewnością nie pomaga. Jedno, o czym trzeba pamiętać, to czujność. Jeśli chcesz studiować na najlepszych uczelniach świata, nie możesz zacząć o tym myśleć w maturalnym półroczu. To zadanie, które wymaga wytrwałości i pilnowania zmieniających się terminów i wymogów. Przykładowy harmonogram przygotowań znajdziesz na stronie Towarzystwa Polskiego na Harvardzie (www. harvardpolishsociety.org).

Paweł Dobrowolski
Ekspert Instytutu Sobieskiego

Wprost nr 46

 1
  • entuzjastka IP
    Świetnie! Gdybym wcześniej dowiedziała się o procesie rekrutacyjnym na Harvard, na pewno sama spróbowałabym! Studia w Stanach to niezwykła możliwość edukacji na naprawdę dobrym poziomie. Poza tym taka przygoda niewątpliwie uczy samodzielności i zaradności życiowej nie mówiąc już o perfekcyjnej znajomości języka :)

    Czytaj także