Kaczmarek: sprawa Olewnika była prowadzona fatalnie

Kaczmarek: sprawa Olewnika była prowadzona fatalnie

Dopóki sprawą porwania Krzysztofa Olewnika nie zainteresował się w 2005 r. prokurator Kazimierz Olejnik, prowadzenie tej sprawy to była tragedia - ocenił w czwartek przed sejmową komisją śledczą Janusz Kaczmarek, były prokurator krajowy. To on w 2006 r. zdecydował o przeniesieniu śledztwa do prokuratury w Olsztynie, która zakończyła śledztwo i oskarżyła sprawców zbrodni.

Według Kaczmarka, który w 2006 r. zlecił sporządzenie "białej księgi błędów" popełnionych w śledztwie, prokuratorzy z Olsztyna stwierdzili ich kilkadziesiąt - w tym tak podstawowe jak niezabezpieczenie dowodów rzeczowych. "Ślady kryminalistyczne zabezpieczone przez policję po zbrodni, w 2001 r., przekazano do zbadania dopiero w lutym 2006 r. Policjanci przechowywali też inne dowody" - mówił.

Spytany przez posła Pawła Olszewskiego (PO), czy nie uważa, że osoby odpowiedzialne za tę "tragedię" nie powinny dziś pracować w prokuraturze, uchylił się od odpowiedzi i dodał, że zna inne osoby, które pracują dziś w prokuraturze, a w przeszłości dopuszczały się łamania prawa. Nie rozwinął tej wypowiedzi.

Kaczmarek przedstawił się komisji jako specjalista w dziedzinie zwalczania porwań dla okupu, o czym napisał kilka prac naukowych. Jak ocenił, sprawa Olewnika "wymyka się teorii", bowiem charakterystyczne dla takich przestępstw jest minimalizowanie przez sprawców ryzyka, a więc jak najkrótszy okres przetrzymywania i maksymalizacja zysków.

"Tutaj żądana przez sprawców kwota 300 tysięcy dolarów czy euro okupu była niewspółmiernie niska do możliwości rodziny, jak również czas przetrzymywania porwanego - zwykle to jest 2-14 dni, a tutaj liczy się go w latach" - zauważył Kaczmarek.

Ujawnił też, że kilka lat temu służby państwowe rozważały produkowanie sfałszowanych banknotów, które byłyby używane do operacji kontrolowanego przekazywania okupów bandytom - właśnie w celu minimalizowania ryzyka utraty okupu oraz nienarażania rodziny na stratę dużej gotówki. "Ostatecznie wycofano się z tego pomysłu" - dodał, nie ujawniwszy więcej szczegółów. Samą policyjną operację przekazania okupu porywaczom Krzysztofa Olewnika Kaczmarek ocenił krytycznie.

Posłowie pytali go najwięcej o jego decyzję z 2006 r., gdy po kolejnej interwencji rodziny Olewników postanowił przenieść śledztwo z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, która już wtedy prawidłowo prowadziła to postępowanie, do Prokuratury Okręgowej w Olsztynie. Była to jego własna decyzja, a odmienne zdanie miał prok. Paweł Korbal, ówczesny szef biura ds. przestępczości zorganizowanej Prokuratury Krajowej. "Minister Zbigniew Ziobro był poruszony sprawą Olewnika, przekazał ją mnie, bo uważał, że znam się na tematyce porwań" - dodał.

Kaczmarek przyznał, że na jego decyzję największy wpływ mieli Olewnikowie, którzy przekonywali go, że "Warszawa nic nie robi" i że nie jest możliwa ich współpraca ze stołecznymi prokuratorami. Jak mówił, rodziny nie przekonał nawet argument, że nowy prokurator na poznanie sprawy będzie potrzebował 2-4 miesięcy, bo Olewnikowie mówili, że w śledztwie nie dzieje się nic od lat.

"Miałem na uwadze podstawową zasadę, że rodzina porwanego musi bardzo dobrze współpracować z prokuraturą" - podkreślił Kaczmarek i dodał, że to w Olsztynie nastąpił prawdziwy przełom w śledztwie, ponieważ jeden z zabójców Olewnika - Sławomir Kościuk (skazany na dożywocie, powiesił się po wyroku) - dopiero na tym etapie "otworzył się" i zaczął ujawniać szczegóły zbrodni. "On powiedział, że z warszawskimi śledczymi tak by nie współpracował" - przypomniał Kaczmarek.

Przyznał on, że gdy podejmował decyzję o przeniesieniu sprawy, nie wiedział, iż prowadzącemu ją w Warszawie prok. Radosławowi Wasilewskiemu udało się pozyskać do współpracy cennego świadka - Piotra S., którego zeznania wiele wniosły do śledztwa. "Wiem tyle, że gdyby prokuratorzy z Warszawy poszli z takim materiałem dowodowym jaki mieli, to by w sądzie polegli za partactwo procesowe" - ocenił.

Według Kaczmarka, Olewnikowie widzieli w działaniu policji i prokuratury chęć zatuszowania sprawy, aby nie wyszły na jaw błędy i zaniedbania funkcjonariuszy. "Mówili, że tworzą księgę hańby urzędników państwowych, którzy nie reagowali na ich apele" - dodał Kaczmarek. Pytany, kto miał być w tej księdze, Kaczmarek wspomniał, że rodzina Olewników największy żal miała do b. ministra spraw wewnętrznych Ryszarda Kalisza i b. ministra sprawiedliwości Marka Sadowskiego, którzy okazali się "nieczuli" na ich prośby.

PAP, mm

Czytaj także

 0