Pierwsze usta III RP

Pierwsze usta III RP

„Złotoustym mówcą to pan nie jest, ale głowę ma pan na karku” – powiedział kiedyś minister Jaszuński Nikodemowi Dyzmie. Współczesnym politykom można zarzucić wiele, ale nie to, że nie znają się na sztuce prowadzenia sporów. „Wprost” ocenia najwybitniejszych polskich retorów i najbardziej koszmarnych antyretorów.
Jest sierpień 2006 r. „Poranek Radia Tok FM". Gościem Jacka Żakowskiego jest ówczesny poseł PiS Artur Zawisza. „Przedstawił mnie pan jako posła Zawiszę, choć – jak pisze pan w »Dzienniku« – wolałby pan określenie »krzykacz Zawisza«. Za pańską arogancką uwagę w zasadzie powinienem wymagać przeprosin, ale rozumiem, że w radiu, w którym szczytem polotu jest wbijanie flagi narodowej w psie gówno, za nic się nie przeprasza” – zaczyna Zawisza. Rezolutny zwykle redaktor prowadzący leży rozłożony na łopatki. Nie zdążył jeszcze zadać pierwszego pytania. Zbity z tropu już do końca rozmowy obchodzi się z Zawiszą jak z jajkiem, a na koniec przeprasza i grzecznie dziękuje za wizytę w studiu.

Równie sprytnie Zawisza chciał zaskoczyć Józefa Oleksego podczas przesłuchania przed bankową komisją śledczą. Wiedząc, że jest on łasy na tytuły, rozpoczął od pełnego galanterii wymienienia wszystkich funkcji, jakie pełnił były polityk SLD. Wyraźnie połechtany Oleksy nie zdążył jeszcze porządnie rozeprzeć się w fotelu, gdy Zawisza walnął mu między oczy cytatem z taśm Gudzowatego: „Panie premierze, czy przekręty szły?". Taką zaskakującą zmianę tematu dr Marek Kochan, autor książki „Pojedynek na słowa. Techniki erystyczne w publicznych sporach", nazywa zakrętem. Oleksy – w przeciwieństwie do Żakowskiego – w ten wiraż wszedł z gracją i przez całe przesłuchanie konsekwentnie zasłaniał się niepamięcią. Triki Zawiszy są więc efektowne, ale nie zawsze dają rezultaty.

Pod względem retorycznej skuteczności najlepiej wypada Donald Tusk. Jego wystąpienia zapełniłyby współczesną wersję „Sztuki prowadzenia sporów", legendarnego podręcznika Arthura Schopenhauera, ojca nowożytnej erystyki. Przykład pierwszy z brzegu: „Panie premierze, proszę o jednoznaczną odpowiedź. Ministrowie Pitera i Boni wzajemnie zarzucają sobie kłamstwo. Kto z nich kłamie?” – pyta dziennikarz. „Ja nie jestem skłonny używać tak twardych sformułowań jak pan redaktor. Tym bardziej iż zawierają w sobie subtelną tezę, że ktoś na pewno musi kłamać. Nie, czasami jest po prostu różnica zdań wynikająca z różnicy stanowisk” – z uśmiechem odpowiada Tusk. Dziennikarz próbował zastawić na szefa rządu pułapkę zwaną przez Schopenhauera „tezą i antytezą”. Polega ona na tym, że wybór każdego z wariantów jest dla odpowiadającego niekorzystny (w tym wypadku byłoby to przyznanie, że któryś z ministrów oszukuje). Tusk zręcznie, odrzucił proponowaną alternatywę

Prawdziwy popis szef PO dał jednak w czasie wyborczej debaty z Jarosławem Kaczyńskim w 2007 r., podczas której po prostu leciał erystycznym kanonem. Pytanie o wzrost ceny jabłek, benzyny czy kurczaków? To nic innego jak populistyczne odwołanie do publiczności. Przypomnienie szefowi PiS historii sprzed lat („Ciebie zabić to dla mnie jak splunąć – tak pan powiedział do mnie kiedyś w windzie, wyjmując broń") to z kolei chwyt zwany przez Kochana „królikiem z kapelusza”. Dziś ulubionym trikiem Tuska jest „za, a nawet przeciw”. W jednym wystąpieniu premier potrafi powiedzieć, że polityka zagraniczna rządu jest „twarda”, ale i „empatyczna”, że stosunki z Moskwą to „dialog”, choć „zakłócony kryzysem”, a wprowadzenie euro odbędzie się „szybko”, ale „spokojnie”. Jak zauważył Jan Rokita, spójnik „ale” jest dziś prawdziwym nerwem przemówień Tuska. Premier ma też swój ulubiony motyw – wspólnoty ze słuchaczami: „czujecie intuicyjnie dokładnie tak samo jak ja”, „wiecie lepiej niż ja”, „nie muszę nikogo przekonywać, że...”.

Tusk działa według zasady bohaterki „Misia", która udzielając telewizyjnego wywiadu, „nie chciała być kontrowersyjna”. Czyli zupełnie inaczej niż Roman Giertych, który słynie z celnych i ostrych ripost. Najboleśniej przekonał się o tym Jacek Kurski podczas debaty nad samorozwiązaniem Sejmu w 2007 r., kiedy Giertych wygłosił jedną z najlepszych mów w historii parlamentaryzmu III RP. „Po pierwsze, przypisał pan swojemu klubowi mundurki. A ja mam tutaj głosowanie w sprawie mundurków. Patrzę, jak pan głosował, panie pośle, i pan głosował przeciw” – rozpoczął Giertych pastwienie się nad Kurskim. Po rykach śmiechu i okrzykach: „Oszust!” grillował dalej: „Powiedział pan, że rząd wprowadził wczoraj ulgę prorodzinną. No, to bierzemy głosowanie. Szukam pana posła Kurskiego – nieobecny. Nie spełniło się obowiązku poselskiego”. Przy okazji zahaczył też innego polityka PiS. „To pan poseł Cymański tak krzyczy? Sprawdzimy. Był pan obecny, panie pośle. Głosował pan przeciw”. Żeby spotęgować efekt, co chwilę robił pauzę, z perwersyjną satysfakcją wertował kartki z głosowaniami, przejeżdżał po nich palcem i zatrzymywał się na dowodach kłamstw Kurskiego (to ulepszona wersja triku nazwanego przez Kochana „czarną teczką”; ulepszona, bo „czarna teczka” zakłada jedynie wymachiwanie rekwizytem bez ujawniania jego zawartości).

Ale Jacek Kurski także należy do świetnych retorów. Głównie za sprawą spontanicznych bon motów. Podczas programu „Tomasz Lis na żywo", mając kłopot z odpowiedzią na pytanie prowadzącego, nagle spojrzał w kierunku widowni i spytał: „Dlaczego ten pan patrzy na mnie wzrokiem, który mógłby otwierać radzieckie konserwy?”. Innym razem zaatakował wspomnianego wcześniej publicystę „Polityki": „Gdy pan redaktor Żakowski słyszy o liście Wildsteina i idei lustracji, to trzęsą mu się portki”.

Pojętnymi uczniami Schopenhauera są politycy PO Stefan Niesiołowski i Janusz Palikot, którzy specjalizują się w argumentach ad personam i kabarecie. Według dr. Kochana polega on na ośmieszaniu przeciwnika. „Dobrze, że zgolił wąsy, bo miał pożółkłe końcówki" (o Krzysztofie Putrze), „Gdyby powiększyć nutrię i postawić ją na tylnych łapach, wyglądałaby jak on” (o Mirosławie Orzechowskim), „Atrakcyjna chłopka ograła Metternicha” (o Renacie Beger i Adamie Lipińskim), „W każdym mieście powinien być pomnik Jarosława Kaczyńskiego, najlepiej na koniu. W ręku powinien mieć teczkę z papierami” – to tylko mała próbka umiejętności wicemarszałka Niesiołowskiego. O ile grepsy Niesiołowskiego są na granicy dobrego smaku, o tyle to, co robi Palikot, który – trzeba przyznać – błyskotliwością przebija nawet Kurskiego, często jest po prostu chamstwem. O dziwo, tolerowanym. Gdyby któryś z prawicowych polityków nabijał się z wydumanego homoseksualizmu przeciwników, „Gazeta Wyborcza” przepuściłaby go przez maszynkę do mięsa. Palikotowi uchodzi to na sucho.

Zupełnie inną techniką posługuje się Ryszard Kalisz z SLD, kolejny świetny retor. Jego znakiem rozpoznawczym jest „noblesse oblige", czyli występowanie nie jako polityk, ale jako prawnik sypiący numerami artykułów, deliktami konstytucyjnymi i innymi dziwnymi pojęciami. Jest przy tym tak przekonujący, że niektórym dziennikarzom zdarza się mówić do niego… „panie mecenasie”.

Najwięcej kłopotów przysparza ocena braci Kaczyńskich. Bez wątpienia lepszym mówcą jest Jarosław. Jego „łże-elita w zwartym ordynku", „lumpenproletariat” czy „przyjrzyjcie mi się, bo patrzycie na Łukaszenkę” to klasa sama w sobie. Podobnie jak konferencja, na której dymisjonował Andrzeja Leppera za „powrót do praktyk zwanych warcholstwem” (przy całej świadomości podobieństwa tej frazeologii do komunistycznej nowomowy). Problemem jest to, że Jarosław Kaczyński popełnia też wiele szkolnych błędów. Jak wtedy, gdy na konferencji udzielił lekcji kindersztuby: „Nie odpowiadam na pytania mężczyzn, którzy siedzą. Jestem człowiekiem starej daty i jak ktoś siedzi, i mnie pyta, to nie będę odpowiadał. Oczywiście nie mówię o paniach, panie mają takie prawo. Takie są polskie zwyczaje”. Albo kiedy zaatakował Radio Zet: „To jest różnica zdań między nami. Zawsze w Polsce były dwie grupy. Ta z AK i ta z innych środowisk”.

W wypadku prezydenta erudycja i skłonność do profesorskich dygresji zamieniają wystąpienia w powieści szkatułkowe, gdzie słowa stają się gałęziami, z których wyrastają zupełnie nowe wątki. Tak było z przemówieniem z okazji 90-lecia Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, w którym prezydent zawarł opowieści o ośrodkach akademickich w Warszawie, Krakowie, Lwowie, Wilnie, o Akademii Piastowskiej, instytutach Marymonckim i Puławskim, Wyższej Szkole Medycznej z okresu Księstwa Warszawskiego i szkole rolniczej w Galicji. O KUL zahaczył dopiero na końcu, mówiąc, że to „uczelnia stara w najlepszym tego słowa znaczeniu". Brnięcie w dygresje czasem doprowadza prezydenta do konstruowania niemożliwie długich zdań, w rodzaju tego o kryzysie gospodarczym: „Dzisiaj może się wydawać, że interwencja, a szczególnie na skalę amerykańską, plan Paulsona, który jak wiadomo został odrzucony, że przedsięwzięcia, które pewnie podejmie Rada Europejska na najbliższym posiedzeniu za tydzień, że te przedsięwzięcia w końcu dosypią pieniędzy tym, którzy za kryzys odpowiadają, którzy zbyt ryzykancką polityką do tego kryzysu doprowadzili, co się okazało, znaczy okazało się, że oni też nie są idealnie racjonalni, że czasami myślą w sposób nieracjonalny”. Lech Kaczyński ma jeszcze jedną manierę – precyzowanie dat, którymi się posługuje. Wynika to oczywiście z rzetelności, choć momentami może przypominać przemówienie kaowca z „Rejsu”, który „urodził się w lipcu, znaczy, w połowie lipca, właściwie w drugiej połowie lipca, a dokładnie siedemnastego”.

Chaotyczna jest prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Oto jak odpowiedziała na proste pytanie Moniki Olejnik o plan obchodów rocznicy wybuchu powstania warszawskiego: „Tam nigdy nikt nie przemawia, tak że tylko jest składanie wieńców i oczywiście ci ludzie, którzy są zgromadzeni, albo kogoś wygwizdują i wybuczają, tak jak Władysława Bartoszewskiego w zeszłym roku, albo dają oklaski. No na przykład była już godzina W, wszedł Antoni Macierewicz i były olbrzymie oklaski, czyli takie w różny sposób zakłócenie tej bardzo podniosłej uroczystości przy Gloria Victis. No, ja będę namawiała premiera, marszałków Senatu, żebyśmy razem złożyli wieniec, i oczywiście chcemy ograniczyć do tych najważniejszych organów, skoro już pan prezydent zdecydował się przyjść i złożyć ten wieniec od narodu, w związku z tym te najwyższe władze państwowe, które zawsze były przy Gloria Victis, chciałabym, żeby już wspólnie złożyły".

Dygresje Kaczyńskiego i składnia Gronkiewicz- Waltz to jednak nic w porównaniu ze zwięzłością Przemysława Gosiewskiego, który potrafi łączyć ogień z wodą. Udowodnił to po prezydenckim balu, który odbył się w samym środku pisowskiego bojkotu TVN. Kiedy jeden z reporterów stacji zapytał go o wrażenia z imprezy, Gosiewski, wyraźnie zadowolony z siebie, odpowiedział: „Po pierwsze, nie rozmawiam z TVN. A po drugie, było bardzo przyjemnie". Sam Bareja lepiej by tego nie wymyślił.



Okładka tygodnika WPROST: 52/2009
Więcej możesz przeczytać w 52/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 2
  • rapidarespondo IP
    Sprostowanie książka nazywa się 48 praw władzy.
    • rapidarespondo IP
      Tusk to marionetka, bez porad z książki 48 zasad polityki byłby bezradny, a tak udaje, że ma coś do powiedzenia.....

      Czytaj także