Polska będzie zmarginalizowana

Polska będzie zmarginalizowana

Rozmowa z prof. Jadwigą Staniszkis, socjologiem i politologiem
Wprost: Jaka wizja Europy rzeczywiście kryje się za traktatem lizbońskim?

Prof. Jadwiga Staniszkis : Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że już dziś traktat lizboński jest w jakimś sensie przeszłością. Jego idea, która moim zdaniem była bardzo idealistyczna, powstała przed kryzysem. Kryzys spowodował, że w strefie euro zaczęła się krystalizować nowa wizja Europy. Dlaczego tamta wizja była idealistyczna? Choćby dlatego, że traktat poważnie podchodził do rozszerzenia Unii na kraje o innych systemach wartości. I nie chodzi o inną ich listę – wolność, godność obowiązują wszędzie – ale o inny sposób uzasadniania i hierarchizowania tych wartości. W naszym kręgu kulturowym jest to uzasadnienie odwołujące się do natury człowieka zakorzenionej w absolucie. Gdzie indziej jest to odwołanie się po prostu do praw jednostki obdarzonej wolnością. To, co pociągało mnie w traktacie jako projekcie Europy, to także próba poważnego traktowania dylematów w sferze władzy, o których zachodnioeuropejscy filozofowie mówili od wieków. Mam na myśli choćby Thomasa Hobbesa z jego „Lewiatanem", który już w XVII wieku uznawał, że uśmiercenie w średniowieczu w zachodniej Europie tzw. uniwersaliów – obiektywnie istniejących i niezależnych od człowieka systemów wartości – powoduje arbitralność systemów tworzonych przez ludzi, a więc także nieuchronną arbitralność władzy.

Autorzy traktatu inspirowali się Hobbesem?

Traktat ze swoim naciskiem na minimalne wymagane standardy był wyrazem takiej właśnie władzy, ale świadomym jej arbitralności. Po raz pierwszy w historii państwa i prawa był ilustracją tego, co Immanuel Kant nazwał rozumem praktycznym. Traktat dostarczył dwóch narzędzi, które pozwalają redukować kolizje między normami w poszczególnych krajach. To się nazywa ekonomia norm: wprowadzanie norm z różną intensywnością ich obowiązywania i wprowadzanie wręcz różnych sposobów obecności prawa. W traktacie jest też formalnie położony bardzo silny akcent na solidarność 27 krajów, z mocną pozycją Komisji Europejskiej jako strażnika tej solidarności. Oczywiście traktat jest jednak na tyle luźną i elastyczną konstrukcją, że dzisiaj w toku jego wdrażania widać już, że to, co wejdzie w życie, będzie w niektórych punktach o 180 stopni odmienne od założeń.

Przyczynił się do tego kryzys? Kryzys w zachodniej Europie spowodował najpierw gorączkowe strategie ratunku w skali poszczególnych państw. Potem jednak – i było to już widoczne latem 2009 r. – nastąpił powrót do projektu sformułowanego w 1989 r. przez Jacques’a Delors’a. Dwadzieścia lat temu został on odrzucony jako projekt bardzo głębokiej integracji wykorzystującej wszystkie możliwości, jakie daje unia walutowa; właściwie projekt obalenia granic. Dziś ze względu na kryzys i wyzwania globalne wydaje się, że strefa euro dąży do takiej głębokiej integracji, by jak najlepiej wykorzystać swój potencjał. I pozostawia oczywiście kraje spoza tej strefy na peryferiach, gubi ideę solidarności, niwelowania różnic wewnątrz UE. Inwestycje koncentrują się w strefie euro po to, by dokonał się tam realny skok technologiczny.

Czyli my znajdziemy się w tej gorszej Europie?

Traktat lizboński jako całość pozostaje legalny, ale w praktyce, przez selektywne wdrażanie niektórych elementów, a rytualizację innych, przez swobodną interpretację luźnych zapisów, powstaje model Delors’a w strefie euro. To nie tylko praktyczny koniec – racjonalny z punktu widzenia krajów euro – poprzedniego idealizmu. To także zasadnicze wyzwanie dla instytucji politycznych. W strefie euro powstaje bowiem ponadpaństwowy układ władzy, przede wszystkim gospodarczej, który wymyka się spod kontroli instytucji politycznych.

Państwa Unii nie będą miały wpływu na ten układ władzy?

Mamy instytucje polityczne w skali całej Unii – parlament, komisję itp. – i mamy instytucje polityczne poszczególnych państw. Tymczasem to, co powstaje w strefie euro, wycina kawałek politycznej władzy spod władzy Unii jako całości, ale pozostaje ponadpaństwowe, niekontrolowane przez żadną ze struktur politycznych Niemiec, Francji czy Hiszpanii. Jest więc luka pomiędzy tym wyłaniającym się konstytucjonalizmem gospodarczym w strefie euro, stanowiącym inny, znacznie głębszy model integracji, a konstytucjonalizmem politycznym, który nadal formalnie tkwi w strukturach unii 27 państw i w poszczególnych państwach. Ten rozziew jest zagrożeniem, ale równocześnie tworzy duże pole do popisu dla takich krajów jak nasz.

Będziemy teraz bronić traktatu przeciwko temu nieformalnemu układowi władzy?

Trzeba po prostu głośno mówić, że traktat jest legalny i obowiązujący; że chcemy zapisanej w nim solidarności. Czasem powinniśmy stosować wręcz szantaż. Zauważmy, że nowa sytuacja osłabia Komisję Europejską w porównaniu z zapisami traktatu, ale jednak w jego ramach: przez to, że jest on tak luźną konstrukcją i że można go tak selektywnie interpretować.

Konkretnie – kto buduje ten nowy, ponadpaństwowy układ władzy w strefie euro?

To są oczywiście polityczni liderzy – przede wszystkim Angela Merkel i Nicolas Sarkozy – ale także szefowie wielkich europejskich firm. Za tym kryje się też dążenie do koncentracji wysiłków, do tworzenia ponadnarodowych firm, europejskich właśnie. Oczywiście mam na myśli także szefa Europejskiego Banku Centralnego, na które to stanowisko polują Niemcy. Widać już nawet, że nominacje nowych komisarzy są podporządkowane temu projektowi. Michel Barnier, Francuz bliski wizji Delors’a, zostanie komisarzem ds. rynku wewnętrznego i usług finansowych. Catherine Ashton na silnym tylko nominalnie stanowisku przedstawiciela ds. polityki zagranicznej osłabi faktyczne znaczenie Wielkiej Brytanii pozostającej poza strefą euro i niemającej żadnego stanowiska gospodarczego [bo każdy kraj ma tylko jednego przedstawiciela w KE]. Wreszcie, przyznanie Niemcom stanowiska komisarza ds. energii, a więc słabszego niż francuski, tworzy dla nich podstawy domagania się funkcji szefa banku centralnego. I tak konstrukcja się dopina. I staje się dla Europy Zachodniej szansą skoku we współzawodnictwie globalnym.

Rola Polski nie wygląda na istotną w tym układzie.

Dla Polski oznacza to marginalizację. Ta sytuacja wymaga nowego, znacznie bardziej aktywnego prowadzenia polityki europejskiej. Strefa euro nie wraca do protekcjonizmu, ale projektuje aktywną politykę przemysłową, naukową, technologiczną. Konkurencyjne jest wszystko, co służy konkurencyjności, bez trzymania się europejskich dogmatów – dlatego wyeliminowano Neelie Kroes z obszaru konkurencji. Powstaje nowa, ponadnarodowa formuła superpaństwa rozwojowego.

Polscy politycy to rozumieją?

Niedawno miałam okazję słuchać pewnego urzędnika zajmującego się kwestiami europejskimi. Uderzyło mnie, jak bardzo minimalistyczną wizję naszej integracji prezentował: że naszym celem jest uczynić polską prezydencję w 2011 r. widoczną, podczas gdy to będzie już tylko pusty splendor. Że celem jest umieszczenie jak największej liczby Polaków w dyplomacji europejskiej. Nie było żadnej wizji strategii instytucjonalnej, zachowania się w tej nowej sytuacji, poszukiwania możliwości egzekwowania tej części traktatu, która jest w naszym interesie, wbrew nowemu projektowi strefy euro. Nowa sytuacja wymaga aktywności, wręcz walki, np. prób reinterpretowania niektórych dyrektyw na naszą korzyść, a tego naszej polityce zagranicznej brakuje. Wciąż jest ona zbyt adaptacyjna, ugrzeczniona, nie bierze pod uwagę szybko zmieniającej się sytuacji.

Czy do Komisji Europejskiej na najważniejsze funkcje celowo wybrano osoby bezbarwne, bo ośrodek realnie sterujący przyszłością Unii będzie teraz gdzie indziej?

W jakimś stopniu tak. Przecież gdyby na prezydenta UE zamiast Hermana Van Rompuya wybrano np. Tony’ego Blaira, to on by walczył o całość Unii, o 27 państw, o ich solidarność, podczas gdy punkt ciężkości przesuwa się do piętnastki połączonej wspólną walutą. Chodzi więc o to, by całość Unii reprezentował ktoś słabszy i mniej doświadczony. Ta sytuacja osłabia też szefa Komisji José Manuela Barroso, który według traktatu mógł przeciwdziałać takim trwałym, zamkniętym układom niektórych państw, czego zresztą traktat wyraźnie zabrania.

Jak więc możliwy jest ten nowy układ, skoro jest zabroniony przez traktat?

Kraje strefy euro spokojnie mogą się usprawiedliwić: to nie my się zamykamy, to wy jesteście niekompatybilni, nie macie euro, jesteście mniej rozwinięci. Ale zapisy traktatu umożliwiają negocjacje i naciski z naszej strony pokazujące, że to są działania wbrew duchowi traktatu. Możemy stosować szantaż: „przecież wedle traktatu miało być inaczej" itp. Tymczasem nie wygląda, żeby Polska miała takie naciski przedsięwziąć.

Czyli nie ma już pytania o jakąś jedną wizję Europy, bo strefa euro ma swoją, a traktat rysuje swoją?

Tak, zupełnie inna wizja wchodzi na naszych oczach w życie. I nie jest to Europa dwóch prędkości w ramach jednego modelu, lecz dwa modele integracji. Strefa euro integruje się znacznie głębiej, niż przewidział traktat: koncentruje nakłady, specjalizuje przemysł, pozwala snuć dalekosiężne projekty.

To wszystko pani zdaniem jest działaniem świadomym, z wizją, czy też w całość układają się jakieś przypadkowe reakcje na kryzys?

Są to działania jak najbardziej świadome. Zresztą gdyby nie przedłużył się proces ratyfikacji traktatu, gdyby udało się go ratyfikować przed kryzysem, to Komisja Europejska byłaby wzmocniona, zastosowano by inne metody walki z kryzysem i być może nie doszłoby do rewitalizacji wizji Delors’a. Przewlekanie ratyfikacji i dostrzeżenie przez strefę euro, że nie da się znaleźć skutecznej strategii na kryzys dla całej Unii przy tak zróżnicowanych potencjałach gospodarczych, kazały dojść do wniosku, że nową jakość można budować tylko w ramach unii walutowej. To jednak także rewolucja dla zachodnich demokracji, które zaczynają dostrzegać, że jedyną drogą powrotu do realnej suwerenności byłoby wyjście z unii walutowej, o czym zresztą zaczyna się mówić np. w Niemczech.

Mówiła pani o marginalizacji Polski, a przecież jesteśmy dziś, w dobie kryzysu, liderem wzrostu gospodarczego.

Lądujemy w tym kryzysie względnie dobrze, ale rezerwy, które przy tym uruchamiamy, to już nie są rezerwy wysokotechnologiczne. Przy koncentracji inwestycji w strefie euro luka technologiczna będzie coraz większa, bo inwestycje będą szły w wysokie technologie wewnątrz strefy euro. Polska ledwo będzie utrzymywać obecny poziom rozwoju. To tylko pogłębi naszą peryferializację.

W tym czasie strefa euro ma dokonać skoku. Po to, by utrzymać pozycję ważnego gracza w globalnym wyścigu?

Tak, te działania to już nie jest obrona, lecz atak. Ten nowy projekt umożliwi ściganie się z Chinami, Indiami czy ze Stanami Zjednoczonymi na wyrównanych warunkach. Polska traci kontakt z tym wyścigiem, nie będzie miała w nim udziału decyzyjnego, ale jedno może zyskać: kiedy strefa euro zdynamizuje swój rozwój, może znów korzystać z naszego tradycyjnego eksportu – mebli, żywności itp.

Czy na polskiej scenie politycznej widzi pani kogoś, kto rozumie te procesy i będzie potrafił się z nimi zmierzyć?

Problemy będą się rozstrzygać w szczegółowych rozwiązaniach: jak Unia będzie wdrażać poszczególne polityki, jak będzie interpretowana dyrektywa o konkurencji itp. To wymaga szukania autonomicznych źródeł rozwoju, zrobienia przeglądu naszych aktywów. Znaleźliśmy się w sytuacji, w której musimy wygenerować szanse rozwoju w większym stopniu sami, od wewnątrz, nie licząc na inne kraje. Nie wiem, czy liderzy naszych największych sił politycznych to rozumieją. Słuchając np. retoryki PiS, odnoszę wrażenie, że słabo. Tam ciągle jest o tym, jak wykorzystać środki unijne, dopłaty itp., bez dostrzeżenia, że głównym problemem są dziś nowa interpretacja traktatu i nowe reguły funkcjonowania tej przestrzeni. Platforma i rząd zresztą także nie wydają się mieć tu jakiejś strategii.

Nikt w Polsce poważnie o tym nie myśli?

Są oczywiście eksperci, którzy to rozumieją: Krzysztof Szczerski, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, czy Artur Nowak-Far z warszawskiej SGH i Marek Cichocki z Centrum Natolin. Ale ta wiedza wymaga przełożenia na działania urzędników, a mam obawy, że to się nie dokonuje. Praktycznie zlikwidowano przecież służbę cywilną i ludzie, którzy się przygotowywali do funkcjonowania w strukturach europejskich, zostali zastąpieni przez osoby z nadania politycznego.

Z tego, co pani mówi, w najbliższych dwóch, trzech latach toczyć się będzie gra, do której jesteśmy nieprzygotowani.

To będzie bardzo trudny okres dla Polski. Sytuacja po kryzysie może być naprawdę bardzo skomplikowana. Brak reformy finansów publicznych, kryzys demograficzny, masowe emigracje zarobkowe, równowaga na niższym poziomie technologicznym – to wszystko tworzy bardzo niesprzyjające warunki. Na wszystko nałoży się okres wyborczy, będziemy więc mieli morderczą walkę PO z PiS. Walkę, która jest już dziś prowadzona, i to w sposób bardzo prymitywny – nawet Tusk się dystansuje np. od działań komisji hazardowej wobec przedstawicieli PiS. To nie sprzyja współpracy, która jest potrzebna, by stawić czoło nowej sytuacji. Bo będziemy mieli do czynienia z zupełnie nowymi wyzwaniami, znacznie trudniejszymi w porównaniu z wyzwaniami etapu stowarzyszenia z UE w latach 90. i pierwszych lat członkostwa. Nowa sytuacja wymaga mobilizacji i poważnego zastanowienia, co da się zrobić, by zwiększyć wewnętrzne szanse rozwoju Polski.

A co powinniśmy zrobić?

Mamy szansę zawalczyć w wyścigu innowacyjnym. Mamy niezwykły niebieski laser, nowe biotechnologie, paliwa – ciągle coś mamy. Tylko że to wymaga wydobycia, dofinansowania, ręcznego doprowadzenia do końca, do pełnego wypracowania tych technologii. Wreszcie, poszukiwania specjalizacji: mamy wielkie sukcesy w informatyce, Polska mogłaby uczyć nauczycieli informatyki na całym świecie. Prof. Jerzy Kisielnicki przedstawił Michałowi Boniemu projekt, jak to wykorzystać, ale bez odzewu. A nie chodzi o takie ględzenie jak raport „Polska 2030" ministra Boniego, lecz o precyzyjne wsparcie konkretnych projektów. Nie ogólne gadanie o wiedzy, jakości i uczelniach flagowych, ale postawienie na konkretne zespoły badawcze z konkretnymi pomysłami. Gra w Europie toczy się na precyzyjnym poziomie, na którym potrzeba wiedzy, zaangażowania, świetnych prawników, wykorzystywania luk itp. Nie sądzę, niestety, byśmy umieli się wznieść na taki poziom w atmosferze prymitywnej walki wyborczej.

Jadwiga Staniszkis wykłada na Wydziale Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego oraz w Wyższej Szkole Biznesu – National-Louis University w Nowym Sączu, pracuje też w Instytucie Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. Autorka m.in. książek „Ontologia socjalizmu" (1988), „Postkomunizm” (2000), „Władza globalizacji” (2003), „O władzy i bezsilności” (2006), „Antropologia władzy” (2009).


Okładka tygodnika WPROST: 52/2009
Więcej możesz przeczytać w 52/2009 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 1
  • fritz IP
    Jezeli Kaczory beda rzadzic to Polska nie bedzie marginalizowana tylko wrecz przeciwnie. Bedzie wygrywac na znaczeniu.

    Czytaj także