Wiele hałasu o coś

Wiele hałasu o coś

Czy 2010 r. przejdzie do historii jako gorszy niż rok 2009? Wiele wskazuje na to, że tak się stanie. Rządy nie uporały się ze światowymi kłopotami gospodarczymi, choć miały szansę. Przez to stoją dziś zasadniczo przed tymi samymi problemami, tyle że mają znacznie słabsze arsenały.
Wielki wzrost wydatków budżetowych, gigantyczne zadłużenie publiczne i zniszczenie przez banki centralne własnej wiarygodności w wyniku drukowania olbrzymich ilości pieniędzy powodują, że możliwości manewru będzie znacznie mniej w wypadku bankructwa kolejnego banku albo ciosu z zewnątrz w system gospodarczy. Najpoważniejszym takim ciosem może być wojna z Iranem. Należy się obawiać, że nie uda się już powstrzymać programu zbrojeniowego Ahmadineżada, więc kraj ten będzie dysponować głowicami nuklearnymi. Pod koniec 2010 r. nawet najwięksi optymiści nie będą już mieli w tej sprawie wątpliwości. Czy Izrael na to pozwoli? Wątpliwe. Czy zbrojny atak tylko izraelskich sił przerwie irański program nuklearny? Wątpliwe. Czy Stany Zjednoczone stać na to, by dopuścić do porażki Izraela? Wątpliwe.

Napięcia wywoływane przez sprawę irańską szczególnie sprzyjają Rosji. Każdy sygnał, że dostawy ropy z Bliskiego Wschodu mogą zostać przerwane, budzi zaniepokojenie na rynkach. Rosyjskim koncernom naftowym odpowiadają wahania cen ropy, bo przez to można więcej zyskać, gdy ma się dostęp do poufnych informacji. A wzrost cen ropy daje Rosji dodatkowe miliardy dolarów, które pozwolą naoliwić skrzypiący mechanizm kompanii Czekistan sp. z o.o. W rosyjskiej kleptokracji stworzonej przez rządców wywodzących się z KGB trzeba wielkich pieniędzy, aby stwarzać przynajmniej pozory modernizacji i kupować skłócone klany oraz frakcje. Gdy ceny ropy spadały, ten model stawał się zagrożony. A car musi być hojny, bo kiedy zaczyna skąpić, baronowie się burzą. Na co się zdecyduje Władimir Putin, gdy będzie musiał wybrać między dążeniami do pokoju na świecie a windowaniem cen ropy?

W 2010 r. Rosja skorzysta na problemie irańskim także przez to, że kuszenie Ameryki, choćby tylko retorycznym poparciem sankcji nałożonych na Iran, jest skuteczną taktyką. Sankcje są jedynym rozwiązaniem oprócz działań zbrojnych, a tych Stany Zjednoczone bardzo chcą uniknąć. Bez pomocy ze strony rosyjskiej sankcje nie przyniosą skutków. Jeśli natomiast Rosja udzieli pomocy, mogą – przynajmniej teoretycznie – zapewnić efekty. W gruncie rzeczy jednak Rosja jest zbyt skorumpowana, aby mogła skutecznie nakładać sankcje. Nawet gdy się na to zdecyduje, jedyną konsekwencją będą większe zyski tych, którzy będą owe obostrzenia łamać. Złudzenie, że Rosja pomoże, w 2010 r. będzie wywierać toksyczny wpływ na politykę Zachodu. Gdy w Iranie będą ginąć dziennikarze i obrońcy praw człowieka, co jest nieuchronne, protesty państw Zachodu będą równie nieskuteczne i stłumione jak sprzeciwy rosyjskiego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa.

Gdy Zachód będzie zabiegać o względy Rosji, wiele stracą także Ukraina i Gruzja. Niezależnie od wyniku wyborów na Ukrainie, należy się spodziewać, że Kijów będzie dążyć do zacieśnienia więzi z Unią Europejską. Oligarchowie ukraińscy zdają sobie sprawę z tego, że lepsze kontakty z federacją europejską zapewnią im większe zyski, a oprócz tego pewien bufor chroniący przed presją ze strony Rosji. Spotka ich jednak rozczarowanie. Unia bowiem nie jest skłonna do podejmowania śmiałych działań w celu rozszerzenia federacji. Będzie sporym sukcesem, jeśli maleńka Macedonia do końca 2010 r. ustali termin rozpoczęcia negocjacji akcesyjnych. Kandydaci duzi i trudni, tacy jak Ukraina i Turcja, zostaną na lodzie.

Stany Zjednoczone nie będą wywierać nacisków na Unię Europejską w sprawach geopolitycznych. Europa interesuje je tylko jako źródło ciał (żywe do Afganistanu, martwe z Afganistanu). A o Rosji myśli się w Ameryce wyłącznie w kontekście Iranu. Od czasów Harry’ego Trumana każda administracja amerykańska była instynktownie proatlantycka. Pamięć o dziesiątkach tysięcy amerykańskich żołnierzy poległych w walce z nazistowskimi Niemcami, lęk przed agresją Związku Radzieckiego oraz radość z triumfu demokracji w 1989 r. działały jak klej – podtrzymywały zaangażowanie USA w sprawy europejskie. Za czasów Obamy jest inaczej. On nie patrzy na świat w kategoriach podziału na Zachód i Wschód, ważniejszy dla niego jest podział na Północ i Południe. Nie mówi o „sojusznikach", lecz o „partnerach”, przez co w grupie partnerów są i Polska, której żołnierze walczą i giną obok Amerykanów w Iraku i Afganistanie, i komunistyczne dyktatury, takie jak Chiny. Krótko mówiąc, marzenie o „Europie zjednoczonej i wolnej”, które przyświecało amerykańskiej polityce zagranicznej przez 16 lat administracji Clintona i Busha, straciło moc. Kiedy Barack Obama spogląda na Europę, nie widzi narodów, które niedawno były zniewolone, ani sojuszników z czasów zimnej wojny, lecz „kolejną bandę białych”, jak ujął to pewien przedstawiciel kręgów waszyngtońskich.

Oczywiście zawsze łatwo winić Amerykę. W 2010 r. znów sobie przypomnimy z przygnębieniem, że ponad 60 lat od początku zimnej wojny i ponad 20 lat od jej zakończenia Europejczycy nadal nie potrafią sami zapewnić sobie bezpieczeństwa i ciągle spoglądają na Amerykę. Stany Zjednoczone nadal są niezbędne, bo dążą do rozszerzenia NATO, starają się o budowę ropociągów, prowadzą strategiczny dialog z Turcją i nie dopuszczają do wybuchu konfliktu na zachodzie Bałkanów. Ameryka jest nadal potrzebna, ale już sobie z tym nie radzi.

Niektórzy przedstawiciele amerykańskiej administracji – szczególnie w agencjach wywiadowczych i Pentagonie – będą się uważnie przyglądać rozwojowi wydarzeń. Ich zaniepokojenie już teraz budzą rewizjonistyczne dążenia Rosji do korekty układu sił obowiązującego w Europie od zakończenia zimnej wojny. Oni bowiem zdają sobie sprawę z tego, że trzeba zmusić bojaźliwych zachodnich Europejczyków, żeby byli twardsi, i pokrzepić zmartwionych Europejczyków wschodnich. Niekiedy udaje im się zorganizować imponujące pokazy amerykańskiej potęgi – dobrym przykładem będą zaplanowane na lato 2010 r. manewry wojsk amerykańskich na Łotwie. Jednakże takie pojedyncze przejawy zainteresowania nie wystarczą, by zniechęcić Rosję do zastraszania innych państw i ingerencji. Rosja jest upadającym mocarstwem, produkuje coraz mniej ropy i gazu, ma niedorzeczny system polityczny i rozpadającą się infrastrukturę, co w 2010 r. będzie jeszcze bardziej widoczne, ale zalęknienie i krótkowzroczność innych państw pozwolą pewnym siebie i przebiegłym czekistom dobrze rozegrać partię nawet mimo słabych kart. Nic tego nie dowodzi lepiej niż destrukcyjny wpływ Rosji na NATO.

Rok 2010 będzie najgorszy w historii NATO. Coraz wyraźniej będzie widać, że misji w Afganistanie nie da się kontynuować. Coraz bardziej oczywiste jest także, że Sojusz nie troszczy się o wypełnienie swojej pierwotnej i podstawowej funkcji, czyli zapewnienie obrony terytoriów państw członkowskich. Zachodni Europejczycy uważają, że nie jest to już konieczne. W gruncie rzeczy w ogóle nie widzą konieczności istnienia NATO. Nie ma wątpliwości, że nie zabierają się do przygotowania konkretnych planów obrony w razie ataku na najbardziej zagrożone państwa członkowskie, czyli Estonię, Łotwę i Litwę, aby nie psuć stosunków z Rosją. Choć Ameryka domaga się opracowania takich planów, sprawa się ślimaczy. Ujawnienie słabości NATO potęguje zagrożenie, że Rosja dojdzie w 2010 r. do wniosku, iż bez przeszkód może podejmować ingerencje w rejonie Bałtyku i zastraszać tamtejsze państwa. Należy sądzić, że ta sprawa wywoła w 2010 r. bardzo poważne kontrowersje.

Po Unii Europejskiej też nie należy się wiele spodziewać. Mianowanie na ważne stanowiska tak nijakich postaci, jak Catherine Ashton (szefowa dyplomacji UE) czy Herman Van Rompuy (stały przewodniczący Rady Europejskiej), wskazuje, że potężnym państwom członkowskim nie zależy na tym, aby silna komisja mogła przeforsować własną politykę w razie konfliktu z dążeniami poszczególnych państw. W 2010 r. należy się spodziewać triumfu nieświętego przymierza potężnych państw (Francji i Niemiec) oraz zadufanych miernot z Parlamentu Europejskiego.

Oprócz zahamowania procesu rozszerzania UE i zwłoki z wprowadzaniem radykalnych reform, np. dyrektywy dotyczącej usług, poważnym problemem Unii Europejskiej będzie obrona jej interesów w dziedzinie bezpieczeństwa energetycznego, gdyż napotka sprzeciwy potężnych lobbystów z niemieckiej i włoskiej branży energetycznej. Krótko mówiąc, Unia Europejska będzie słaba, zajęta sobą i podzielona.

Co to wszystko oznacza dla Polski? W 2010 r. będzie musiała sama zadbać o swoje bezpieczeństwo. Na szczęście polska gospodarka jest w dobrej kondycji. Na szczęście Polska ma własne siły zbrojne. Na szczęście Polska jest jedynym państwem w Europie Środkowej i Wschodniej, które nadal ma pewne wpływy w Waszyngtonie



Okładka tygodnika WPROST: 1/2/2010
Więcej możesz przeczytać w 1/2/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także