Co oglądają Polacy?

Co oglądają Polacy?

Najpierw jako „obcy” wkroczył do przedpokojów, kuchni, wreszcie salonów. Dopasowywał się do istniejących warunków i obyczajów. Z czasem zaczął penetrować najbardziej intymne części mieszkań, aż przez wzgląd na niego zaczęto projektować wnętrza, planować rytm życia. Ostatecznie telewizor stał się polskich domostw splotem słonecznym, sercem, a może i duszą.
Według danych CBOS z 2006 r. telewizor ma w domach co najmniej 97 proc. polskich rodzin. Telewizja jest w naszym kraju technologią o największym stopniu upowszechnienia (bije na głowę telefonię komórkową czy samochody). W wielu wypadkach nie jest to jeden odbiornik: dziś osobne telewizory mają nastolatki w pokojach i panie domu w kuchni. Telewizja to także najbardziej popularne medium polskich rodzin. Rekordowemu poziomowi upowszechnienia towarzyszy rzeczywiście silna i trwała obecność w życiu codziennym. Statystyczny Polak w dni powszednie ogląda telewizję przez 3  godziny i 40 minut. W czasie świąt jeszcze dłużej. Matematyka nie  pozostawia złudzeń: to jeden dzień w tygodniu i 52 dni w roku. Prawie 10  lat średniej długości życia spędzamy przed telewizorem, nie odbiegając zresztą pod tym względem od reszty europejskich narodów.
Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że to europejskie pokrewieństwo przekłada się także na preferencje dotyczące ulubionych przez Polaków gatunków telewizyjnych. Prym wiodą nie produkcje stacji słowiańskich czy innych bratnich telewizji, ale te pochodzące z krajów latynoskiej Ameryki.Zbiorową duszą narodu wstrząsnęła najpierw emitowana przez TVP w  1984 r. brazylijska „Niewolnica Isaura", pierwsza telenowela w dziejach telewizji polskiej. Tandetna ekranizacja abolicyjnej powieści Bernardo Guimar?esa, rozpisana na 15 eksportowych części, już podczas czwartego odcinka przykuła do ekranów 84 proc. polskiej widowni. We wtorkowe wieczory miasta naprawdę pustoszały. Co więcej, „Isaura” zebrała 71  proc. ocen bardzo dobrych! Salon kultury wysokiej zatrząsł się w  posadach – okazało się, że naiwne seriale ogląda przytłaczająca większość całego społeczeństwa, w dodatku oceniając tego typu programy bardzo wysoko. W dyskusjach nad fenomenem serialu sięgano po  najostrzejszą amunicję, twierdząc, że „Niewolnica Isaura” schlebia najmniej wybrednym gustom, a emitująca ją telewizja po prostu ogłupia widzów. Na bardziej przemyślane diagnozy czas nadszedł później.

Korzystając z zachodnich badań nad publicznością telewizyjną, rodzimi krytycy stwierdzili, że każdy program telewizyjny może być źródłem różnego typu gratyfikacji. Seriale na przykład dostarczają gotowych scenariuszy, które – zmodyfikowane pod względem osobistych potrzeb i  aspiracji –  stają się bazą marzeń i furtką do ucieczki od rzeczywistości. To proces raczej wstydliwy, bo podobnie jak trudno się przyznać do dziecięcych rojeń, tak samo niełatwo wyznać, że swoje marzenia modelujemy na  podobieństwo losów Isaury. Ale zjawisko to obecnie nieodłącznie towarzyszy oglądaniu telewizji. Widz nie nasiąka w bierny sposób jej przekazem, ale przykrawa znaczenia do własnej sytuacji, światopoglądu, płci, wieku, pozycji społecznej. Uwielbiany w Polsce serial „Dallas" u  jednych podsycał słodkie wyobrażenia American dream, innych z kolei utwierdzał w przekonaniu o mrocznych kulisach życia establishmentu.

Gdy Lucélia Santos i Rubens de Falco – odtwórcy głównych ról w „Isaurze" – odwiedzili w czerwcu 1985 r. Polskę, atmosfera przypominała pielgrzymkę świeckich bogów. Witały ich tłumy, zapraszały szkoły, zakłady pracy i szpitale, a urzędy stanu cywilnego rejestrowały dzieci nazywane tytułowym imieniem. Czy był to jedynie trądzik młodzieńczy audytorium telewizyjnego, które zachłysnęło się zagraniczną nowinką? Niekoniecznie. 15 lat później, gdy przyleciała do naszego kraju Natalia Oreiro, bohaterka argentyńskiej telenoweli „Zbuntowany anioł”, jej wizytę transmitował na żywo Polsat. Poszczególne polskie stacje w XXI wieku nie tylko nadal chętnie pokazują latynoskie seriale, lecz także próbują przeszczepiać ich formaty. TVN-owska „BrzydUla” miała w ostatni weekend listopada 2009 r. większą oglądalność niż „Dom nad rozlewiskiem”, „Fakty”, „Czterej pancerni” czy „Titanic”. Początek 2010  r. to z kolei premiera „Majki”, następnego latynoskiego formatu, który ma kształtować polskie aspiracje i marzenia.

Warto dopowiedzieć, że  rzecz z latynoamerykańskimi serialami ma się podobnie jak z czytadłami spod znaku Harlequina. Oficjalnie degradowane mają jednak masowego odbiorcę i ze wstydliwych przyjemności przeistaczają się w uznaną formę uczestnictwa w kulturze popularnej. Dzieje się tak również dlatego, że  doskonale wpisują się w polskie myślenie o rodzinie i miłości. Przygotowując kobiety do podrzędnej roli w małżeństwie, uzależniają ich szczęście od mężczyzny i przedstawiają cierpienie jako naturalny składnik pożycia. Latynoska madre i matka Polka są pod tym względem bardzo podobne. Jak być piękną? Jak zainteresować sobą chłopaka i go utrzymać? Jak zwalczyć wypryski skórne przed imprezą? To typowe pytania „śpiącej królewny", której życie bez faceta zwyczajnie nie ma sensu. O  tym właśnie opowiadała „Magda M.”, której wszystkie zawodowe i prywatne niedole zakończyły się w momencie zdobycia księcia. Inną prawidłowością jest, że w tego typu produkcjach męski bohater przechodzi metamorfozę: z  zimnego i zadającego ból macho przekształca się w wyrozumiałego i  statecznego kandydata na męża, który będzie czułym ojcem dla wspólnych dzieci. I ten schemat także bez trudu wpisuje się w polską wrażliwość.

Dlaczego Polacy tak chętnie oglądają teleturnieje, również będące końmi pociągowymi oglądalności? Dlatego że bez względu na to, czy chodzi o  wiedzę ogólną, czy dotyczącą jedynie faktów z życia celebrytów, zabawa w  pytanie i odpowiedź daje nagrody. Podwyższa samoocenę (zwykle znamy trafną odpowiedź szybciej niż stresujący się przed kamerami uczestnik), poprawia interakcje (ileż to tematów do rodzinnych i towarzyskich rozmów), ekscytuje i edukuje (choćby szczątkowo). Podobnie ma się sprawa z serialami kryminalnymi, które produkuje każda szanująca się stacja. Śledzenie perypetii mniej czy bardziej eleganckich policjantów, bandytów i detektywów zapewnia ekscytację (kiedy wreszcie trafią na sprawcę? Czy on pójdzie w końcu z nią do łóżka?), eskapizm (czyli ucieczka od  bolączek codzienności, bo jakże łatwo się utożsamić z dzielnym bohaterem i jego heroicznymi czynami) oraz zdobywanie informacji (gdy każdy odcinek serialu dzieje się w innym środowisku, jest okazja do poznania jego, niechby i wykreowanej, specyfiki).

Rzecz nie w tym, ilu Polaków ogląda telenowele, teleturnieje albo seriale kryminalne,ale dlaczego to  robią. Spojrzenie na motywacje widzów ujawnia wiele potrzeb, które rzadko kojarzone są z popularnymi gatunkami telewizyjnymi. Mówiąc o  najbardziej krytykowanych produkcjach, które zdobywają w Polsce rząd dusz, nie sposób nie wspomnieć sitcomu „Świat według Kiepskich". Przegląd ocen tego obrazu byłby jednocześnie inwentarzem form oburzenia, publicystycznych inwektyw i innych sposobów dyskredytacji: „jawna pochwała matolstwa” (Zdzisław Pietrasik), „Kiepscy to inteligentni inaczej” (Piotr Legutko), „pora umierać” (Wojciech Młynarski). Bezrobotny amator „piwów”, twierdzący, że „są na ziemi sprawy, o których się fizjologom nie śniło”, jego dysfunkcyjna rodzina oraz lumpensąsiedzi potrafili ściągnąć przed telewizory 12 mln Polaków. Był to prawdziwy ewenement, a przy tym rozziew między oburzeniem jednych a zachwytem drugich nie miał nigdy wcześniej aż tak dramatycznego charakteru.

Sukces serialu nagrodzonego Telekamerą 2001 można próbować pojąć bez balastu uprzedzeń. Miał rację Wojciech Orliński, pisząc, że serial opowiadający o głupocie, głupi jednak nie jest. Intuicje publicysty akademicko puentował medioznawca Wiesław Godzic, twierdząc, że język Kiepskich ( jakkolwiek wulgarny) jest próbą opisania na nowo rzeczywistości, do której nie pasuje już ani nowomowa PRL, ani wypolerowane frazesy liberalnego kapitalizmu. Ferdek Kiepski żyje w  świecie manichejskim, niełatwym, w którym fatalizm zajął miejsce szczęścia, a jego knajackie bon moty są tego świata jawną krytyką. Cały serial podważał dominujący opis i wartościowanie kultury, będąc ich szyderczym zaprzeczeniem. Kiepscy to reprezentanci przegranych transformacji ustrojowej, mieszkańcy świata nieprzedstawionego przez oficjalne teksty. Dzięki temu filmowi im podobni – rzeczywiście żyjący w  takim świecie – zyskiwali symbolicznego sprzymierzeńca. Kilkanaście milionów ludzi widziało w „Kiepskich" coś bliskiego; coś, czego nikt wcześniej nie ważył się wypowiedzieć. Jakże znaczący w tym kontekście jest fakt, że w sylwestrową noc 2000 r. więcej Polaków oglądało „Świat według Kiepskich” niż orędzie prezydenta RP!

Z badań TNS OBOP z lata 2008 r. wynika, że poza serialami przed ekrany przyciągały nas głównie serwisy informacyjne. Hitem były piłkarskie mistrzostwa Europy, ale  wśród najliczniej oglądanych programów w TVP 1 zdecydowanie wyróżniały się „Wiadomości" (średnio 3 mln widzów) oraz „Teleexpress” (średnio 2,8  mln widzów). Wysoka pozycja programów informacyjnych uwydatniła się szczególnie w wypadku TVN, gdzie na 20 pozycji o najwyższej oglądalności aż 19 zajęły „Fakty”. Badania jakościowe przekonują przy tym, że  większość widzów stanowią tutaj mężczyźni. Podczas gdy kobiety wybierają propozycje skupione na relacjach międzyludzkich i emocjach (seriale, romanse, część talk-show), mężczyźni preferują programy z dużą ilością informacji (serwisy, filmy dokumentalne, a jeśli fabuła, to „realna”, z  efektem uprawdopodobnienia). Bez ironii można powiedzieć, że serwisy informacyjne są operami mydlanymi dla mężczyzn.

Programy newsowe przeżywają zresztą ewolucję. Powstanie oddzielnych kanałów informacyjnych, takich jak TVP Info, TVN 24 czy Polsat News, w coraz wyraźniejszy sposób odbiera widzów serwisom tradycyjych anten. Szacuje się, że od 2006 r. łączna przeciętna liczba widzów największych serwisów spadła aż o 2 mln. Czasy, gdy czekaliśmy na telewizyjne podsumowanie dnia między godziną 19.00 a 20.00 odchodzą do historii. Zdarzenie z  godziny 13.00 od razu trafia przecież na pasek w kanale informacyjnym, do internetu, radia i nim znajdzie się w wieczornych wiadomościach, ma  świeżość wczorajszej bułki. Zmagając się zatem z wewnętrzną konkurencją (np. część widzów TVN porzuca „Fakty" dla bieżącego śledzenia TVN 24) oraz natychmiastowością internetu, twórcy wieczornych serwisów zbliżają się do formuły infotainment. Zamiast podawania najważniejszych wiadomości w solenny sposób przez poważnego prezentera otrzymujemy informacyjno-publicystyczny show o rozrywkowym charakterze. Dynamiczny montaż rodem z wideoklipów, voyeurystyczne ujęcia, prezenterzy o  twarzach znanych z reklam, okładek bulwarowych pism, a bywa, że i z sitcomów, plus materiały z życia celebrytów to znaki rozpoznawcze nowych serwisów. Felietony o nowej narzeczonej premiera Marcinkiewicza, różowej fiksacji Dody bądź internetowym rankingu męskiej urody mają rozluźnić format programu, uczynić go bardziej przyjaznym dla widza.

A jednak widzowie z różnych powodów porzucają telewizyjne serwisy. Telewizja publiczna wciąż nie potrafi zrzucić z siebie odium bycia tubą konkretnej opcji politycznej i przedstawiania jej wizji państwa i  świata. Głośne odejścia dziennikarzy jej wizerunku również nie  poprawiają, tworząc w głowach widzów wizję bałaganu zamiast zawodowstwa. Poza tym spluralizowana scena polityczna mówi dziś setką języków; opinie są dodatkowo rozchwiewane jeszcze przez różnego autoramentu publicystów. Jasnego oglądu spraw szukać tedy ze świecą. Czy winno w tej sytuacji dziwić, że jakże istotną rolę publicznej agory przyjmuje na siebie nie  serwis pełen posłów i premierów, ale talk- -show Ewy Drzyzgi? To tam ocenia się ludzii ich postępki przez pryzmat własnych doświadczeń, a nie opcji politycznej. Aborcja, samotne macierzyństwo, zdrada małżonka, in vitro, subkulturowość, związek z cudzoziemcem to ledwie część życiowych tematów „Rozmów w toku". Znamienne też, że coraz mniejszą rolę odgrywają tam diagnozy zapraszanych do studia ekspertów; ważniejsze są spontaniczne emocje zwykłych ludzi. Głód autentyczności i  nieskrępowanego konwencją mówienia jest jednym z sekretów popularności programu Drzyzgi. Tego najbardziej brakuje polskim widzom.

Obrońcy niegdysiejszego kanonu kultury utyskują na to, że oglądanie telewizji stało się dla Polaków główną formą uczestnictwa w kulturze, że  najchętniej oglądanymi programami są widowiska rozrywkowe (występy kabaretów, teleturnieje, zmagania tancerzy, ludzi mających talent itp.) i sportowe (rozgrywki piłkarskie, skoki narciarskie, igrzyska) oraz  seriale (w październiku 2009 r. w kanałach ogólnotematycznych: „Ojciec Mateusz", „Na dobre i na złe”, „Dom nad rozlewiskiem”, „BrzydUla”, „Siostry”). W istocie jest tak, że oglądanie programów telewizyjnych zastąpiło albo wyparło inne formy uczestnictwa w kulturze. Domowy odbiornik telewizyjny stał się pospołu kinem, teatrem, biblioteką, filharmonią, a nawet targowiskiem, na którym wymienia się wiadomości i  plotki. Czy ten proces jest jednak jednoznacznie negatywny? Czy darcie szat jest roztropne,jeśli dane jasno pokazują, że od kilku lat systematycznie zmniejsza się czas oglądania telewizji – od 2006 r. już o  prawie 9 minut?

Myślenie w kategoriach „kulturowych frajerów", którym można sprzedać i  pokazać na ekranie wszystko (czyli byle co), to złudzenie rodem z innej epoki. Wiele wskazuje na to, że telewizja zamiast nas ujednolicać – pod  względem poglądów politycznych, moralnych, estetycznych – stwarza możliwość nowej różnorodności społecznej i kulturowej. Świadczy o tym chociażby rosnąca popularność kanałów tematycznych. Do 1989 r. mieliśmy tylko jednego nadawcę telewizyjnego. Stopniowy – a ostatnio wręcz gwałtowny – rozwój telewizji prywatnych w niebywały sposób rozszerzył ofertę. Przodują kanały informacyjne, ale dobrze radzą sobie także inne, poświęcone w całości motoryzacji, modzie, historii, urządzaniu wnętrz, kulinariom, podróżom czy przyrodzie.

Kilkadziesiąt kanałów w domowej telewizji sprawia, że nie ma dzisiaj widzów identycznych, a preferencje w doborze programów bywają doprawdy zdumiewające. Widzowie polscy są też w swoich wyborach coraz bardziej aktywni i potrafią zbojkotować produkt, który im nie odpowiada, nawet jeśli stoi za nim potężna machina marketingowa, badania fokusowe, a rolę wisienki na torcie gorliwie odgrywają takie czy inne gwiazdy. Tak było przecież z lansowaną od  początku jako hit „Przebojową nocą" z piękną i utalentowaną Nataszą Urbańską w roli głównej. TVP przekonywała Polaków co chwila o  wyjątkowości tego show, który jednak widzom zwyczajnie się nie spodobał. Skończyło się spektakularną klapą, choć wszystkie dane przekonywały, że  będzie inaczej.

Ale bojkoty nie będą już tak spektakularne jak w stanie wojennym, kiedy „szyby niebieskie od telewizorów" demonstrowały niechęć wobec reżimowej telewizji (Polacy odwracali odbiorniki w stronę okien). Widzowie nie wzniecą rewolucji, nie wylegną na ulice i nie obalą władzy. Bo dziś mają wybór i mogą po prostu przełączyć kanał.
Okładka tygodnika WPROST: 4/2010
Więcej możesz przeczytać w 4/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 3
  • bez-nazwy IP
    interesujące jest jakie potrzeby ma polskie społeczeństwo i na jakim poziomie je zaspokaja... a pamiętam jak wszyscy niemal uroczyście zasiadali w poniedziałkowe wieczory przed TV by fascynować się kolejnym teatrem telewizji - i to na bardzo wysokim poziomie. To jednak KSZTAŁTOWAŁO jakiś poziom... teatr Kobra czy teatr Sensancji także reprezentował pewien pozim -aktorski także - a teraz ludzie \" z ulicy czy z łapanki grają w tych serialikach - kto będzie podpowiadał co jest wartościowe? podnosił poziom - o 1 w nocy ???gdy leci coś wartościowego???a większośc śpi??? ta papka doprowadza nas do degeneracji... smutne...
    • wyborca 1968 r. IP
      Jak to co : trwam i burdeliczną. Przecież nikt nie ogląda TVN, prawda matołki ?

      Czytaj także