Człowiek tygodnia - Kwiatek gasi pożar

Człowiek tygodnia - Kwiatek gasi pożar

Kiedy w niedzielę po południu Krzysztof Kwiatkowski zobaczył na służbowej nokii nieodebrane połączenie od szefa Służby Więziennej, podejrzewał, że może być gorąco. Gdy oddzwonił i okazało się, że nie żyje najważniejszy świadek w sprawie śmierci Marka Papały, wiedział, że to prawdziwy pożar.
W podobnych okolicznościach jedenaście miesięcy wcześniej z rządu wyleciał jeden z poprzedników Kwiatkowskiego, Zbigniew Ćwiąkalski. Pojawiła się informacja o śmierci w celi Roberta Pazika, skazanego za  morderstwo Krzysztofa Olewnika, i dzień później było już pozamiatane. Minister powiedział w Tok FM, że „zawsze istnieje możliwość popełnienia samobójstwa", premier uznał, że to o jedno zdanie za dużo i Ćwiąkalski się pakował. Kwiatkowski zareagował ostrzej. Od razu zadzwonił do  swojego zastępcy Stanisława Chmielewskiego i kazał mu z samego rana jechać do Gdańska, gdzie Artur Zirajewski (ps. Iwan) dokonał żywota, a  sam jeszcze w niedzielę wieczorem zapakował się do rządowej skody i  popędził z Łodzi do Warszawy. W nocy podjął dwie kolejne decyzje: do  zbadania sprawy oddelegował najlepszego trójmiejskiego prokuratora Zbigniewa Niemczyka i powołał specjalny zespół w Służbie Więziennej. W  ten sposób zapewnił sobie trzy niezależne źródła informacji: resortową komisję pod kierownictwem zaufanego wiceministra, prokuraturę i zespół w  centrali więziennictwa. Na razie zleciała jedna głowa – zastępcy szefa aresztu śledczego. To mało, ale Kwiatkowski nie wyklucza dalszych dymisji. Może zresztą wyżej ciąć wcale nie trzeba. Za reakcję po śmierci Iwana minister zebrał pochwały nawet od Ryszarda Kalisza i Zbigniewa Ziobry.

Część polityków PO uważa, że Tusk powierzył Kwiatkowskiemu resort sprawiedliwości trochę z musu. – Po dymisji Ćwiąkalskiego żaden liczący się prawnik z nazwiskiem nie chciał wejść do rządu. Wszyscy bali się upokarzającego odwołania pod byle pretekstem – twierdzi jeden z  naszych rozmówców. Przez pojęcie „liczący się prawnik" zawsze rozumie się tę samą litanię zacnych profesorów w stylu Andrzeja Zolla, Marka Safjana czy Andrzeja Rzeplińskiego. Tyle że – według informacji „Wprost" – tym razem Tusk wcale nie szukał dużego nazwiska. Chciał kogoś spoza korporacji. Kwiatkowskiego polecili mu Jarosław Gowin i Cezary Grabarczyk. – Ambitny, przewidywalny i pracowity – argumentowali. Pomysł został kupiony. Dlaczego więc ministrem został Andrzej Czuma? Z naszych ustaleń wynika, że Kwiatkowski grzecznie podziękował premierowi, ale  powiedział, że jest dla niego jeszcze za wcześnie, że nie czuje się na  siłach i wolałby zostać wiceministrem.

Kiedy pół roku później w resorcie znowu zrobił się wakat, Kwiatek był już gotowy. I na razie Tusk nie ma  powodów do narzekań, resort chodzi jak w zegarku. Żadnych wpadek, chlapania językiem czy nachalnego pchania się przed kamery. Zamiast tego są niekontrowersyjne pomysły (rejestracja spółek przez internet, elektroniczny dostęp do ksiąg wieczystych, e-sąd, bezpłatna pomoc prawna dla niezamożnych, digitalizacja rozpraw, reforma więziennictwa, ustawa o  pomocy ofiarom przestępstw, ucywilizowanie podsłuchów) i ciężka praca, czyli to, co każdy premier lubi u ministrów najbardziej. Inna rzecz, że  jest jeszcze za wcześnie na cenzurki.

Na razie jedynym sprawdzianem była dla niego sprawa Zirajewskiego. Trwa też inny, dużo poważniejszy proces: oddzielenie funkcji ministra od prokuratora generalnego. – Krzysiek nie  może narzekać. Wszyscy wiedzą, że między nim a prokuratorem krajowym Edwardem Zalewskim nie ma chemii – twierdzi jeden z ministrów. Zalewski ma opinię człowieka Grzegorza Schetyny, który jestjuż poza rządem. Nie  to, żeby Kwiatkowski miał coś przeciwko Schetynie ( jest jednym z  niewielu polityków dobrze żyjących i z nim, i z Tuskiem) czy jego ludziom. Ale – jak to określił jeden z rozmówców „Wprost" – Zalewski jest jak ryba wyrzucona na brzeg przez cofające się morze. – A to nie  jest sytuacja sprzyjająca powstawaniu politycznych przyjaźni – twierdzi polityk PO.

Kwiatkowski pochodzi ze Zgierza. Jego ojciec zawodowo uprawiał zapasy, trzy razy zdobywał wicemistrzostwo Polski. Swoją pasją próbował zarazić syna, ale nic z tego nie wyszło. Mimo to mały Krzysio chętnie przychodził na treningi – dorośli zawodnicy kręcili nim zapaśnicze kołowrotki. W życiowy kołowrót Krzysztof wpadł w 1989 r., gdy Lech Wałęsa wezwał: „Polacy, bierzcie sprawy w swoje ręce". Kwiatkowski, który niewiele wcześniej odebrał dowód osobisty, potraktował ten apel dosłownie. – Założyłem firmę handlową – mówi. Za tą szumną nazwą krył się dostawczy samochód, z którego razem z kuzynem handlował artykułami spożywczymi. Interes szedł tak dobrze, że po roku Krzysztof kupił rodzicom lokal na sklep (do dziś są jego właścicielami). Zaraz potem wyrejestrował działalność, poszedł na studia i zapisał się do  Porozumienia Centrum, w którym zetknął się z Jarosławem Kaczyńskim.

Kwiatkowski, który doszedł w PC do poziomu władz wojewódzkich, w  rozmowie z „Wprost" mówi o obecnym prezesie PiS tylko dobrze. – To  wyjątkowo wnikliwy analityk sceny politycznej – twierdzi. Ta  wstrzemięźliwość może być o tyle zaskakująca, że jeszcze dwa lata temu podczas wyborczej konwencji PO w Łodzi potrafił zabawiać działaczy czekających na wystąpienie Donalda Tuska mało wyszukanymi żartami na  temat obu braci: „Kto to jest Lech Kaczyński? Najwyższa głowa w państwie"; „Dlaczego wszyscy po wizycie u premiera Kaczyńskiego mają obtarte kolana? Bo premier lubi rozmawiać twarzą w  twarz”. Po PC przyszedł czas na AWS, do którego Kwiatkowski trafił przez Niezależne Zrzeszenie Studentów. Z tamtego okresu ciągnie się za nim opinia człowieka Janusza Tomaszewskiego, zwanego premierem z Pabianic, rzeźnikiem lub kanclerzem.

Można powiedzieć, że całą dorosłą karierę polityczną Kwiatkowskiego zdeterminowały trzy osoby: właśnie Tomaszewski, Adam Bielan i Jerzy Buzek. Zaczęło się od dzisiejszego spin doktora PiS, z którym Kwiatkowski rywalizował w połowie lat 90. o  przywództwo w NZS. Był to dla niego wyjątkowo trudny czas, bo oprócz polityczno-studenckiej nawalanki miał na głowie jeszcze walkę ze  złośliwym nowotworem. Uratowały go dwa autoprzeszczepy, to, że nie wiedział, jak ciężki jest jego stan, oraz… polityka. Leżąc na  chematologii, w myślach układał zjazdy NZS, liczył głosy, planował happeningi. Przed wyborami parlamentarnymi w 1997 r. zawarł z Bielanem deal: ja cię puszczam na szefa zrzeszenia, ale sam biorę przysługujące nam miejsce na liście krajowej AWS (było to równoznaczne z wejściem do  Sejmu). Ostatecznie został z niczym. O tym, kto ma kandydować, rozstrzygnęło głosowanie, w którym Kwiat- kowski minimalnie przegrał z Bielanem. – Nie znam ich wcześniejszych porozumień, ale samo głosowanie było w pełni demokratyczne. Chcieliśmy, żeby NZS sam rozstrzygnął, kto będzie ich kandydatem – wspomina Andrzej Anusz, były działacz AWS. Tym sposobem Bielan został posłem. Furory nie  zrobił, bo zebrał tylko 886 głosów, ale do Sejmu wszedł. I tu zaczyna się rola kanclerza Tomaszewskiego. – Jeszcze przed wyborami zapowiedział Kwiatkowi, że jego talenty organizacyjne zostaną wykorzystane w rządowej administracji – opowiada jeden z byłych liderów Akcji. Kiedy Jerzy Buzek został premierem, do Kwiatkowskiego zadzwonił rzecznik nowego rządu Tomasz Tywonek: – Chcesz współpracować z premierem? – Chcę. – To  zaczynasz od jutra.

Początek współpracy wypadł blado. Buzek nie był do końca zadowolony, że  Tomaszewski wkleja mu swojego człowieka, a Kwiatkowski na dodatek pierwszego dnia spóźnił się do pracy. Okazało się też, że urzędnicza rozpiska stanowisk w kancelarii premiera nie przewiduje funkcji „osobistego sekretarza premiera", którą miał objąć. Wszystko jednak szybko się wyprostowało. Kwiatkowski formalnie został zatrudniony jako doradca, a na wizytówkach wydrukowano mu tytuł „sekretarz osobisty Prezesa Rady Ministrów", co dla 26-latka musiało brzmieć godnie. No i  najważniejsze: szybko poznał się na nim premier. Ostatecznie to  Kwiatkowski był jedyną osobą, która wytrwała z nim do końca kadencji. –  To musiała być dla niego wspaniała lekcja. Cztery lata na samym szczycie. Każdy polityk chciałby mieć taki start i taką znajomość technologii władzy, jaką ma dziś Kwiatkowski – twierdzi Anusz. Relacje Buzka i jego byłego sekretarza do dziś są serdeczne.

Kilka dni po  śmierci Zirajewskiego Krzysztof Kwiatkowski mówił z przejęciem jednemu ze swoich znajomych: „To mój najpoważniejszy egzamin od czasu wejścia do  ministerstwa". Dziś wiadomo, że test został zaliczony. Musi jednak wiedzieć, że może to być dopiero początek całej serii sprawdzianów, a  każdy z nich może go kosztować utratę stanowiska. Tym bardziej że  podczas niedawnej wigilii PO Donald Tusk podobno przeprosił Zbigniewa Ćwiąkalskiego za sposób, w jaki doszło do jego dymisji. Miał też spytać, czy w razie czego mógłby na niego liczyć…


Fot. A. Jagielak

Okładka tygodnika WPROST: 4/2010
Więcej możesz przeczytać w 4/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także