Wygnani z Ukrainy

Wygnani z Ukrainy

W ciągu ostatnich 10 lat polskie firmy zainwestowały na Ukrainie 850 mln USD (ponad 2,5 mld zł). Dzisiaj, gnębione z dwóch stron – przez kryzys i władze Ukrainy – zamykają tamtejsze interesy i uciekają z powrotem do Polski. Zostają tylko najbardziej wytrwali oraz ci, którym ukraińskie urzędy skarbowe są winne pieniądze – 40 mln USD z tytułu samych zwrotów VAT.
Niedawno ukraińskie telewizje pokazywały prezydenta Wiktora Juszczenkę z uśmiechem oglądającego deski podłogowe w fabryce Barlinka w Winnicy na Ukrainie. To największa tamtejsza firma w branży drzewnej – zatrudnia 800 osób. „Gospodarska wizyta" miała być przyjaznym sygnałem wysłanym do zagranicznych inwestorów, którzy z przerażeniem patrzą na to, co dzieje się na ogarniętym kryzysem rynku. Jeszcze dwa, trzy lata temu polscy przedsiębiorcy przymykali oko na to, że wyrobienie pieczątki na Ukrainie wymaga złożenia podania w komendzie milicji, a załatwienie najmniejszej urzędowej sprawy jest równoznaczne z koniecznością wręczenia komuś łapówki. „Drobne" wady były rekompensowane wielką zaletą – dużym rynkiem, niezagospodarowanym w wielu branżach. Dziś wielu polskich przedsiębiorców działających na Ukrainie mówi, że skórka nie była warta wyprawki. Tuż przed nowym rokiem szefowie giełdowej Grupy Action, jednego z największych dystrybutorów sprzętu komputerowego w Polsce, zdecydowali się sprzedać udziały w biznesie na Ukrainie. 2 mln USD za 16 średniopowierzchniowych sklepów zlokalizowanych we Lwowie, w Charkowie i miasteczkach zachodniej Ukrainy wydaje się kwotą wręcz symboliczną. – Stwierdziliśmy, że ciężko będzie wygenerować tam zysk – mówi Piotr Bieliński, prezes Action. Dodaje, że pieniędzy wpompowanych w Ukrainę firmie nie udało się odzyskać, ale na szczęście ostateczna strata nie była kolosalna. Bo biorąc pod uwagę kataklizm gospodarczy, który dotknął naszych sąsiadów, pół miliona dolarów „w plecy” uznać należy za sukces.

Najwięcej pieniędzy z Polski popłynęło na rynek wschodniego sąsiada w 2007 roku – aż 300 mln USD. Teraz strumyk inwestycji wysycha, a z Kijowa wynoszą się kolejni Ninwestorzy. Jesienią 2009 r. z ukraińskiego rynku definitywnie wycofała się krakowska agencja reklamowa S4. – Kierował nami przesadny optymizm, który wtedy udzielił się wszystkim – przyznaje Marcin Pleti, właściciel agencji. Na Wschód pojechał cztery lata temu przekonany, że na świeżym i rosnącym rynku reklamowym firma szybko zajmie dobre miejsce. Niestety, wkrótce okazało się, że firma spoza układu miała małe szanse na zaistnienie. – Chcieliśmy reklamować produkty dla klasy średniej, ale okazało się, że na Ukrainie nie jest ona zbyt liczna, a tamtejsze społeczeństwo jest niesłychanie podzielone. Ludzie są albo bardzo bogaci, albo bardzo biedni i obie grupy niespecjalnie potrzebują reklamy – opowiada i rzuca przykład kampanii dla sieci marketów Fresh. Jeden ze sklepów otwierany był w zdewastowanym poprzemysłowym miasteczku Kercz na południu kraju. – Proszę sobie wyobrazić taki obrazek: śnieżnobiała hala ozdobiona plakatami świeżych owoców błyszczy na tle zrujnowanych budynków po fabrykach. Przed drzwiami ustawia się tłum smutnych ludzi w szarych płaszczach, a naprzeciwko stoimy my – faceci w garniturach. Kompletny nonsens – mówi Pleti, ale zaraz dodaje, że nie żałuje lat spędzonych na Ukrainie. – Tamtejsze ekstremalne warunki sporo mnie i S4 nauczyły – konkluduje.

Temu rosnącemu rozczarowaniu polskiego biznesu nie dziwi się Stefan Perkowski, szef Międzynarodowego Stowarzyszenia Przedsiębiorców Polskich na Ukrainie. – Jeszcze kilka lat temu Ukraina wydawała się ziemią obiecaną. Ze swoją mieszanką komunistycznego bałaganu i żarłocznego kapitalizmu przypominała Polskę początku lat 90. W takim środowisku nasi przedsiębiorcy czuli się jak ryby w wodzie – mówi Perkowski. Ale dziś statystyki dotyczące spadku PKB, wysoka inflacja oraz bezrobocie nie pozostawiają złudzeń – szybka poprawa kondycji ukraińskiej gospodarki jest niemożliwa.

Pozorów nie stwarzają już nawet tamtejsi politycy. Niedawno Julia Tymoszenko przyznała publicznie, że ledwo udało się zapobiec bankructwu państwa oraz że kraj stał się zależny od funduszy zagranicznych.

Tymczasem Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Unia Europejska wstrzymały swoje pożyczki (16,4 mld USD z MFW, 600 mln USD z UE), uzależniając finansowanie ukraińskiej gospodarki od reform i ograniczania wydatków. Zaciskaniu pasa nie sprzyjała kampania prezydencka. Politycy licytowali się w populistycznych zapowiedziach. Wiktor Juszczenko ogłosił, że pensje i emerytury trzeba podwyższyć o 20 proc. Tymoszenko powiedziała wyborcom, że opłaty za prąd, wodę i gaz powinny być niższe, co o mało nie doprowadziło do upadku kilku firm komunalnych. Tymczasem w rzeczywistości Ukraina ma poważniejsze problemy niż ceny prądu czy emerytury.

W wyniku recesji na Zachodzie skończyły się zamówienia na ukraińską stal i surowce. W ubiegłym roku produkcja przemysłowa spadła aż o jedną czwartą, a przecież to porównanie do jeszcze gorszego kryzysowego roku 2008. Budżet państwa w dużej mierze uzależniony od podatków płaconych przez gigantyczne kombinaty górniczo-przemysłowe już trzeszczy w szwach. W tej sytuacji fiskus wyciska co się da z przedsiębiorców, najczęściej zagranicznych. Już teraz część firm działających na ukraińskim rynku nakłaniana jest do płacenia podatków za kilka kwartałów z góry. Ewentualny opór biznesmenów jest zmniejszany groźbą uruchomienia którejś z 41 państwowych służb kontrolnych.

Co więcej, z pustej kasy państwa firmom nie jest zwracany nadpłacony VAT (zwrot tego podatku należy się z tytułu zrealizowanych operacji eksportowych albo importu maszyn i urządzeń wnoszonych jako aport do budowanych na Ukrainie spółek). Zaległości wynoszą już ponad 400 mln USD. Według szacunków Stefana Perkowskiego mniej więcej jedna dziesiąta tej kwoty to pieniądze należne polskim firmom.

– Służby podatkowe Ukrainy są mi winne dziś ponad 10 mln euro – mówi Michał Sołowow, właściciel obecnych na Wschodzie Cersanitu i Barlinka. Według niego Ukraina ze swoim perspektywicznym i chłonnym rynkiem jest nadal ciekawa, jednak decyzje o dalszych inwestycjach będą zależeć od rozwoju sytuacji związanej ze zwrotem VAT. – Aby tu działać, potrzebujemy minimum bezpieczeństwa ekonomicznego i stałych reguł. A to oznacza, że jeśli płacimy podatki, to powinniśmy także móc je odzyskać tam, gdzie to możliwe, np. przy eksporcie – dodaje biznesmen.

Zagraniczni inwestorzy tracą u naszych wschodnich sąsiadów kolejne przywileje. Kilka lat temu jednym ruchem zlikwidowano preferencyjne stawki podatkowe dla firm ulokowanych w specjalnych strefach ekonomicznych. Ale to jeszcze nic. W ubiegłym roku władze Kijowa usiłowały załatać dziurę w miejskiej kasie za pomocą opłaty drogowej za wjazd do miasta. Przyjezdni spoza stolicy i obcokrajowcy mieli osobno płacić za „korzystanie z infrastruktury miejskiej". Przepisy anulowano po dwóch tygodniach, ale niesmak pozostał. Teraz ukraińskie urzędy skarbowe zamierzają się dobrać do wynagrodzeń zagranicznych menedżerów. Preferencyjną stawkę 15-procentowego podatku będą mogli płacić tylko ci, którzy uzyskają status „rezydenta podatkowego”. Pozostali menedżerowie zapłacą 30-procentowy haracz.

Wizja drenażu portfeli spowodowała istny exodus bogatych. Dwójka bankierów z rosyjskiego banku po uregulowaniu zobowiązań w znanej restauracji Kozacka w Kijowie zostawiła znajomym kartkę: „Jedziemy na Seszele. Do zobaczenia po kryzysie. Pamiętajcie, że dzieje się on tylko w naszych głowach". Po setkach zagranicznych menedżerów pozostały tylko ogłoszenia o wynajmie apartamentów w Kijowie.

Swoich interesów nie zamierzają zwijać duże polskie spółki produkcyjne, które zainwestowały w fabryki na Ukrainie, jak Sanitec Koło czy Inter Groclin Zbigniewa Drzymały. Liczą na to, że skorzystają na wprowadzeniu przez Ukraińców ceł zaporowych na towary sprowadzane z zagranicy. Ze względu na dewaluację hrywny (przed kryzysem za dolara płacono 5 hrywien, a teraz ponad 8) i przy wciąż niskim poziomie płac produkowane na Ukrainie dobra zyskały na atrakcyjności.

Ale walutowa ruletka to broń obosieczna. Nieprawdopodobnie zdrożały produkty importowane. Odczuł to rzeszowski Zelmer. Chociaż dynamika ukraińskiego rynku małego AGD w 2009 r. była ujemna, marka Zelmer systematycznie zwiększa w nim swoje udziały (w okresie styczeń – październik 2009 r. udział marki Zelmer wynosił 2,1 proc. w porównaniu do 0,5 proc. w analogicznym okresie roku poprzedniego). – W ubiegłym roku nie zdecydowaliśmy się na przeprowadzenie kampanii telewizyjnej na Ukrainie. Obserwujemy sytuację na rynku i czekamy na jego stabilizację tak, aby bez zbędnej zwłoki rozpocząć ofensywę marketingową – mówi Janusz Płocica, prezes Zelmera.

Paradoksalnie, w wypadku kilku polskich firm działających na Ukrainie sprawdza się teoria, że „im gorzej, tym lepiej". Nieźle radzi sobie należący do PKO BP Kredobank. Do niedawna regularnie przynosił straty i musiał prosić spółkę matkę o 130 mln USD pożyczki, aby zachować płynność. Mając za plecami bezpieczny zagraniczny kapitał, w obecnej sytuacji cieszy się jednak zaufaniem wśród Ukraińców (w przeciwieństwie do swoich konkurentów) i stopniowo zwiększa udziały we wschodnim rynku. Ręce zaciera również PZU, które ma spółkę PZU Ukraine. Kryzys wymiótł z rynku setki robiących jej konkurencję małych firm ubezpieczeniowych (czy raczej piramid finansowych), które oferowały polisy po cenach dumpingowych. Liczyły na to, że przy szybko rosnącym rynku wzrost wartości zbieranych składek wystarczy na wypłaty odszkodowań i jeszcze spory zysk. Najwyraźniej dewiza „przezorny zawsze ubezpieczony” nie dotyczyła najbardziej zainteresowanych – ubezpieczycieli ukraińskich.
Okładka tygodnika WPROST: 7/2010
Więcej możesz przeczytać w 7/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także