Polska haute couture

Polska haute couture

Choć w kraju kreacje Ewy Minge częściej są wyśmiewane niż podziwiane, to za granicą polska projektantka robi oszałamiającą karierę. Podczas pokazu jej kolekcji w Paryżu gości było tak dużo, że nie pomieścili się w sali i oglądali wydarzenie z holu.
Minge pokazywała już swoje kolekcje w Rzymie, Paryżu, Berlinie, Moskwie i Madrycie. Wszędzie z sukcesami. Teraz ma zaproszenie do Londynu i oczywiście z niego skorzysta. Choć – jak sama przyznaje – mało brakowało, by dzisiaj zamiast ubrań projektowała budynki albo ludzkie nosy. – Zawsze chciałam być architektem lub chirurgiem plastycznym – mówi pochodząca ze Szczecinka kreatorka, która od ponad 20 lat wykorzystuje wiedzę o konstruowaniu i proporcjach w szyciu ciuchów. W kraju przez wiele lat uważano jej stroje za zbyt krzykliwe i niezgodne z trendami, we Włoszech nazwano je bardziej dyplomatycznie „indywidualnym stylem". Jedno jest pewne – często sięgają po nie osoby budujące swój wizerunek za pomocą oryginalnego wyglądu. Kilka miesięcy temu salon Minge w Warszawie odwiedziła La Toya Jackson (kupiła kilka płaszczy). Stałą klientką projektantki jest także Ivana Trump, była żona legendarnego amerykańskiego miliardera Donalda Trumpa.

Spodnie z kolekcji Minge kosztują 950 zł, płaszcz lub kurtka – 3 tys. zł, a najdroższe suknie nawet 15 tys. zł. Ale chętnych nie brakuje. Firma produkuje 5 tys. sztuk odzieży miesięcznie. Co dwa tygodnie do kolekcji dołączają nowe projekty. Minge nie chce zdradzić, ile na tym interesie można zarobić. Wystarczy jednak przyjąć, że średnia cena sprzedanego przez nią egzemplarza odzieży to 1 tys. zł, by mieć pojęcie o rocznych obrotach firmy (ok. 60 mln zł). – Jedno mogę powiedzieć: w ponaddwudziestoletniej historii firmy nigdy nie zakończyliśmy roku z ujemnym bilansem finansowym – przyznaje sama Minge. O

ostatnim pokazie mody Minge w Paryżu pisano m.in. w dzienniku „Le Monde" i kultowym magazynie o modzie „L’Officiel”. Kolekcję Polki zauważyli również najsłynniejsi światowi blogerzy mody. To zaostrzyło apetyt projektantki. – Wkrótce otwieram salon w Paryżu, a na wiosnę drugi w Cannes – zapowiada. Będą to concept store’y, w których oprócz ubrań znajdą się także inne produkty zaprojektowane przez Ewę Minge. Moda jest bowiem tylko jednym z jej biznesowych zainteresowań.

W 2008 r. Minge zaprojektowała linię kanap dla firmy Mebelplast oraz sygnowała swym nazwiskiem nową linię farb Dekoralu. Przyznaje jednocześnie, że na niektóre swe projekty sprzed lat patrzy z niedowierzaniem. Ale żałuje tylko jednego. – Moje ubrania prêt-à-porter sprzedają się bardzo dobrze, więc na pokazach mody chciałam pokazać kreacje w stylu couture. Niestety, w Polsce, gdzie nie ma wielkich bali, takie stroje uznano za „dziwne". Niedawno zrozumiałam, że tutaj muszę prezentować stroje, które można nosić na co dzień, a artystyczne wizje zostawić na pokazy w Paryżu czy Rzymie – opowiada Minge.

Siłą polskiej projektantki oprócz wizji artystycznej jest niewątpliwie odwaga w podejmowaniu kontrowersyjnych decyzji. Gdy jej kreacje niemal masowo trafiały na eksport do Rosji i ten kierunek wydawał się być żyłą złota, kreatorka postanowiła zmienić profil działalności i zacząć tworzyć swoją markę w Polsce. Uznawano to za szaleństwo, jednak Minge doszła do wniosku, że na nowe inwestycje jest czas właśnie w okresie największej prosperity i nie ma sensu czekać na wypalenie się potencjału rosyjskiego rynku. Dziś, gdy wiele rodzimych firm ucieka ze Wschodu, Minge może się uważać za wizjonerkę. Z powiedzenia „de gustibus non est disputandum" uczyniła zyskowną wizytówkę.
Okładka tygodnika WPROST: 7/2010
Więcej możesz przeczytać w 7/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0