Alexander McQueen projektant, który tańczył na brzytwie

Alexander McQueen projektant, który tańczył na brzytwie

Dla laika branża mody to świat-wydmuszka, gdzie deliberuje się o majtkach w kropki lub kwiatki. W rzeczywistości trwa tu taki sam wyścig szczurów jak w innych branżach, przez które przepływają duże pieniądze. Nawet w modzie nie ma bezkarnej jazdy bez trzymanki. A jeśli jest, to zdarza się, że na jej końcu czeka sznurek.
To branża nieprzewidywalna i na tym też w dużej mierze polega jej urok. Kiedy zaledwie 27-letni enfant terrible angielskiej mody zajął miejsce dyrektora artystycznego domu mody Givenchy (był to rok 1996), we Francji zawrzało i powiało chłodem jednocześnie. Jak to: nie dość, że John Galliano objął właśnie tron u Diora, to jeszcze w ostoi francuskiego szyku ma pracować kolejny szalony londyńczyk, Alexander McQueen? Jego kolekcje budziły tyle zachwytów, ile sprzeciwów.

Koniec lat 90., czyli okres po błyskotliwym debiucie McQueena, był czasem wielkich zmian. Tradycyjne domy haute couture podupadały i aby podtrzymać w nich życie, należało nie tyle zrobić zastrzyk świeżej krwi, ile całkowicie ją wymienić. A Alexander już od kilku sezonów był dyżurnym awanturnikiem na londyńskiej scenie mody. Prowokował media, walczył ze sponsorami. Pod koniec pokazu, gdy zazwyczaj autorzy kolekcji wychodzą, kłaniają się i rozdają uśmiechy, wędrował wśród swoich modelek z nieobecnym wzrokiem i chytrym spojrzeniem lisich oczu. Uwielbiał wprawiać publiczność w osłupienie. Modelkom kazał brodzić w wodzie lub wędrować w śnieżnych zaspach. Wszystko w scenografii jak w XIX-wiecznych operach Verdiego.

Bawił i szokował, ale miał do tego prawo, bo przede wszystkim umiał projektować i szyć. Może nie każdy chciał nosić spodnie z odsłoniętą połową pupy, ale wielu skusiło się, bo leżały idealnie. McQueen uczył się w najlepszej szkole krawiectwa – tradycyjnej firmie na Savile Row, czyli tam, gdzie ubierają się angielscy dżentelmeni. Zaczynał od podawania szpilek, potem został krojczym. Praktykował włoski szyk u Romeo Giglego w Mediolanie i japońską medytację modą u Koji Tatsuno w Tokio. Jednocześnie skończył studia w Central Saint Martins, wylęgarni sław. Jego kolejne kolekcje były prawdziwymi erupcjami ukrytych pragnień, skojarzeń i konfabulacji. Gwałt w górach, Kuba Rozpruwacz czeka na swoje ofiary…

Wszystko, co proponował (a bywały wśród jego projektów rzeczy drastyczne), zapierało dech w piersiach! Przestano wymagać od niego, by proponował rzeczy wygodne (choć też potrafił, bo zrobił np. przyzwoicie komercyjna kolekcje dla Liberty). Miał zadziwiać, robić szum medialny i uwodzić gwiazdy. Robił to, co lubił, ale jego neurotyczne kolekcje nie brały się znikąd. Brzydki grubasek musiał umieć coś robić dobrze, inaczej rówieśnicy zjedliby go z czipsami. Był „Mr Better" (Panem Lepiej) – wiedział więcej, przewidywał szybciej, nie wahał się i skakał z upodobaniem na główkę. Nie lubił zainteresowania swoją osobą, choć rozumiał, ze całkowicie od niego nie ucieknie. Odchudził się nawet, bo przestał mu odpowiadać ton komentarzy o „kompensacyjnym charakterze twórczości zakompleksionego brzydala”. Używał życia, próbował odreagować dręczące go poczucie osamotnienia w świecie (również w świecie mody). Z geniuszami zresztą często tak jest – im grubszy mają pancerz, tym bardziej miękki brzuszek. Twórczość McQueena była mocno spolaryzowana: albo ostra (przemoc, agresja, transgresje, mroczne szatańskie wersety mody), albo idylliczna. To nie był twórca środka. Może dlatego z trudem łapał równowagę?

McQueena znaleziono martwego w jego londyńskim mieszkaniu 11 lutego ok. 10 rano. Policja jest przekonana, że projektant popełnił samobójstwo. Powiesił się. Jego biuro niemal natychmiast wydało oficjalny komunikat: „To wielka strata. Na razie nie chcemy komentować tego wydarzenia ze względu na szacunek dla rodziny". Dziewięć dni przed tragedią zmarła matka projektanta, z którą był bardzo związany. McQueen bardzo przeżył jej śmierć, ale już dzień później napisał na Twitterze: „Życie musi toczyć się dalej!”. Potem dodał, ze tamten tydzień należał do najgorszych w jego życiu, ale pomogli mu przyjaciele i musi wziąć się w garść... Niektórzy zwracają uwagę, że już przed śmiercią matki mógł przechodzić załamanie nerwowe. Jego najlepsza przyjaciółka popełniła samobójstwo. Isabella Blow, znana z niekonwencjonalnego stylu ubierania dziennikarka mody, zabiła się, zażywając środek chwastobójczy po tym, jak zdiagnozowano u niej raka jajników (kilkakrotnie próbowała odebrać sobie życie). To właśnie Blow odkryła Alexandra McQueena. Gdy pracowała w magazynie „Tatler”, dostrzegła go na pokazie dyplomowym w kultowej uczelni artystycznej Saint Martin, której był absolwentem. „Chuligan brytyjskiej mody” zrobił na Isabelli takie wrażenie, że wykupiła całą jego kolekcje. Po śmierci Blow pojawiły się spekulacje, że tuż przed popełnieniem samobójstwa pokłóciła się z McQueenem. Projektant ostro reagował na te plotki, twierdząc, że: „To wierutne bzdury. Ludzie nie maja pojęcia, o czym mówią. Nie znają mnie i nie wiedzą nic o naszej przyjaźni. Niech branża trzyma się z daleka od życia mojego i Isabelli. To, co nas łączyło, nie było związane z modą”.

Show-biznes natychmiast zareagował na wiadomość o śmierci projektanta. Swój żal wyraziła Vivienne Westwood, a Boy George stwierdził, ze McQueen był geniuszem. Alexandra Shulman, wydawca brytyjskiego „Vogue’a", stwierdziła: „Inspirował całe pokolenie projektantów. Jego genialna wyobraźnia nie znała granic, a każda jego kolekcja była wyjątkowa”.


Okładka tygodnika WPROST: 8/2010
Więcej możesz przeczytać w 8/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także