Od obligacji do integracji

Od obligacji do integracji

Paradoksalnie, euroentuzjaści powinni się cieszyć z greckiego kryzysu – może on ziścić ich marzenia o Stanach Zjednoczonych Europy. Jeżeli Bruksela zgodzi się wyemitować unijne obligacje na spłatę długu Grecji, to od państwa federalnego będzie nas dzielił tylko niewielki krok. W podobny sposób powstały Stany Zjednoczone Ameryki.
Jedno nie ulega wątpliwości – prędzej czy później Bruksela będzie musiała pomóc Grekom w rozwiązaniu gordyjskiego węzła, jakim jest stan ich finansów publicznych. Unijni notable zdają sobie sprawę, że jeżeli nie podadzą ręki Atenom, to ich problemy w krótkim czasie mogą się rozlać na cały kontynent. Gospodarki poszczególnych państw europejskich są obecnie tak ściśle z sobą powiązane, że kryzys w jednym kraju bardzo szybko wpływa na sytuację w innych. Niewypłacalność Grecji mogłaby doprowadzić do upadłości wiele banków w całej Europie, a dziesiątki międzynarodowych koncernów, które zainwestowały na Półwyspie Peloponeskim miliardy euro, stanęłyby w obliczu poważnych problemów finansowych (nie wyłączając bankructwa). Dochodzą do tego zagrożenia związane z rynkiem pracy i milionami Greków poszukujących zajęcia w  innych państwach Unii.

Bruksela doskonale zdaje sobie sprawę z tych zagrożeń i coraz częściej wspomina o tym, że Atenom powinny pomóc solidarnie wszystkie państwa członkowskie UE. Pomysł zakłada wyemitowanie wspólnych obligacji europejskich, z których dochód zostałby przekazany na pokrycie zobowiązań ZDJĘCIe: east news Grecji. Taki sposób rozwiązania problemu sprawi, że znajdziemy się o  krok od stworzenia z Unii Europejskiej jednego wielkiego państwa federalnego – ponad 200 lat temu w bardzo podobny sposób powstały Stany Zjednoczone Ameryki Północnej.

W 1787 r. po zwycięstwie kolonistów amerykańskich nad Anglią Amerykanie musieli rozstrzygnąć kwestię, do  kogo ma należeć rzeczywista władza: do poszczególnych stanów czy rządu federalnego. Tak jak dziś w Unii Europejskiej, tak wtedy w Ameryce jedni chcieli wspólnego państwa, a inni zachowania dużej suwerenności. Sprawy nie ułatwiała sytuacja finansowa stanów – po wojnie z Anglią (aby ją sfinansować, stany emitowały obligacje) każdy z nich obciążony był wysokim długiem, ich wiarygodność wisiała na włosku. Wysoka inflacja zniszczyła zaufanie do lokalnych walut (w owym czasie w niektórych stanach używano m.in. hiszpańskiego peso, a także lokalnych papierowych walut). Brakowało gotówki, uzyskanie kredytu było niezwykle trudne, stopy procentowe wysokie, a obroty handlowe często miały wymiar „naturalny" – za towar płacono towarem.

Sekretarz skarbu Aleksander Hamilton stworzył wówczas plan finansowy, którego sednem było przejęcie przez rząd federalny zadłużenia poszczególnych stanów. Wymagało to  oczywiście federalnych dochodów, więc zgodzono się na najmniej inwazyjną z możliwych formę ceł i akcyz na sprowadzane spoza Ameryki towary przemysłowe. De facto więc stany pozwoliły rządowi federalnemu na  utworzenie nie tylko własnego źródła dochodów, lecz także własnej administracji na terenie całego stowarzyszenia stanów.

Cały plan Hamiltona niósł z sobą jednak ukryte konsekwencje polityczne. Najpoważniejszą z nich było pozyskanie najbogatszych i najbardziej wpływowych mieszkańców poszczególnych stanów do wspierania rządu federalnego. Byli oni w posiadaniu największej liczby obligacji wyemitowanych przez poszczególne stany podczas wojny z Anglią. Projekt Hamiltona gwarantował im spłatę tych obligacji w formie atrakcyjnie oprocentowanych obligacji rządu federalnego. W rzeczywistości Hamilton zaplanował stały dług państwowy – w miejsce spłacanych obligacji emitowano kolejne. W ten sposób prywatne zasoby wpływowych i majętnych obywateli okazały się stałymi aktywami państwa zarządzanymi przez Pierwszy Bank Stanów Zjednoczonych (Kongres powołał go 25 lutego 1791  r.) i związały ich nierozerwalnie z federacją. Równocześnie zasoby te  stały się także substytutem gotówki, a potem już żywą gotówką – dolarem, którego znamy dzisiaj.

Ponad dwa wieki po tamtych wydarzeniach sytuacja zdaje się powtarzać, tyle że tym razem po naszej stronie Atlantyku. Choć finansów Grecji nie  wykończyła wojna, lecz lekkomyślność, to proponowane przez Brukselę rozwiązanie może przynieść podobne skutki jak w USA. W ubiegłym roku dług publiczny Grecji grubo przekroczył 100 proc. PKB, a deficyt budżetowy zbliżył się do 13 proc. PKB (dla porównania Polska ma dług publiczny w wysokości ok. 50 proc. PKB, a deficyt budżetowy na poziomie 7,2 proc. PKB). Przez wiele lat Ateny żyły na kredyt, czerpiąc środki z  emisji rządowych obligacji. Sęk w tym, że trafiały one nie tylko na  lokalny rynek, ale i do banków w całej Europie. Co gorsza, nikt nie wie, ile dokładnie obligacji przekroczyło granice Grecji – niektóre szacunki mówią o jednej trzeciej, ale na przykład Bank Światowy szacuje, że może to być nawet 77 proc. W obecnej sytuacji tylko jedno jest Przez wiele lat Grecy żyli na kredyt. Ich dług publiczny w 2009 r. przekroczył 100 proc. PKB pewne: jeśli Ateny odmówią spłaty swojego zadłużenia, podatnicy w całej Unii Europejskiej będą musieli dofinansować banki posiadające greckie obligacje.

Wielu europejskich finansistów uważa, że tańszym rozwiązaniem niż ratowanie banków w całej Europie byłoby dofinansowanie Grecji gotówką. To jednak oznacza, że na ratowanie Grecji zrzucić musiałaby się solidarnie cała Unia. A potem należałoby wyjaśnić tę hojność obywatelom, którzy jeszcze nie otrząsnęli się po kryzysie. Nie trzeba być jasnowidzem, aby przewidzieć, że ta unijna solidarność nie spodobałaby się w szczególności Niemcom. Jak rząd za Odrą przekona wyborców, którzy zaakceptowali ostatnio podniesienie wieku emerytalnego do 68 lat, do  tego, by wsparli finansowo naród, który protestuje przeciw podniesieniu wieku emerytalnego do 63 lat? Ponadto ratowanie Greków tworzy ogromne ryzyko poluzowania dyscypliny finansowej w całej Unii. Po co  którykolwiek rząd ma się narażać wyborcom i przeprowadzać bolesne reformy, skoro może tak jak Grecy żyć na kredyt i fałszować dane statystyczne dotyczące finansów państwa? Przecież w razie kłopotów na  pomoc pospieszą mu inne państwa...

Według Brukseli najlepszym rozwiązaniem, godzącym ogień z wodą (czyli ratującym Grecję, ale  nieobciążającym obywateli innych krajów), jest emisja euroobligacji, za  które solidarną odpowiedzialność ponosiłyby państwa strefy euro albo nawet wszystkie 27 państw członkowskich Unii Europejskiej. Dochód z ich emisji zostałby w całości przeznaczony na ratowanie Grecji. Dzięki takiemu scenariuszowi kanclerz Niemiec Angela Merkel i inni europejscy przywódcy nie musieliby się tłumaczyć swoim wyborcom z tego, ile publicznych pieniędzy wydali na ratowanie Grecji. Na wszelkie niewygodne pytania odpowiedź byłaby zawsze ta sama: „Pieniądze dał rynek finansowy". Francuscy politycy już kilka lat temu naciskali, by  wyemitować takie obligacje w celu ożywienia idei europejskiej, a  pozyskane w ten sposób pieniądze przeznaczyć na wielkie projekty, np. budowę paneuropejskiej sieci szybkich pociągów na wzór francuskiego TGV.

Ten plan nie niesie jednak z sobą wyłącznie konsekwencji finansowych, lecz także – jak 200 lat temu w USA – polityczne. Przy okazji emisji euroobligacji Bruksela będzie miała szansę uszczknąć trochę władzy od  państw narodowych. Bo przecież obligacje kiedyś trzeba będzie wykupić od  inwestorów. W toku szczegółowych uzgodnień ustalone zostanie, kto zbierze pieniądze na spłatę i ile które państwo wpłaci. Może to  doprowadzić do uchwalenia wspólnego unijnego podatku, z którego wpływy przeznaczone byłyby na wykup obligacji. Taki wspólny podatek mógłby zaś  okazać się milowym krokiem w kierunku stworzenia z Unii Europejskiej federacji. Innym rozwiązaniem byłaby spłata tych obligacji przez… wyemitowanie kolejnych, co do złudzenia przypominałoby rozwiązanie Hamiltona.

Kilka tygodni temu premier Polski Donald Tusk zadeklarował w  Brukseli, że nasz kraj jest gotów poprzeć pomysł emisji euroobligacji na  spłatę długów Grecji. Postawił tylko jeden warunek – plan ma być wspólny dla całej Unii Europejskiej, a nie tylko dla strefy euro. Tym samym między słowami Tusk zadeklarował, że Polska gotowa jest uczestniczyć w  projekcie wspólnego państwa Europa. Nie oznacza to końca państwa polskiego, nikt nie zabierze nam flagi czy godła ani nie nazwie nas województwem polskim. Każdy stan w USA także ma własną flagę, godło oraz  zachowaną sporą suwerenność. I to nie przypadek, że amerykańskie ministerstwo spraw zagranicznych nazywa się Departamentem Stanu. Słowo „stan" w XVIII-wiecznym języku angielskim oznaczało właśnie suwerenne państwo.
Okładka tygodnika WPROST: 10/2010
Więcej możesz przeczytać w 10/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także