Człowiek tygodnia - Pan Zagadka

Człowiek tygodnia - Pan Zagadka

Andrzej Seremet „Niesterowalny państwowiec”, „człowiek bez politycznych pleców”, „niezawisły sędzia, za którym stoją wyłącznie wyśmienite kwalifikacje” – to kilka opinii o Andrzeju Seremecie. Czy krakowski prawnik został prokuratorem generalnym, bo jest uosobieniem cnót, czy też jego taktyka była koronkową robotą mającą na celu wyprowadzenie w pole polityków i konkurentów?
Kwalifikacji – zarówno prawniczych, jak i etycznych – nikt nowemu szefowi prokuratury nie odmawia. Teoria, że o zwycięstwie nowego szefa prokuratorów zadecydowały jedynie niezawisłość i instynkt państwowca, jest jednak bajką dla naiwnych. Seremet podobnie jak jego rywal Edward Zalewski walczył zaciekle, a prezydent, do którego należał ostateczny wybór, zmieniał swoją decyzję dwukrotnie. Kiedy na początku stycznia Krajowa Rada Sądownictwa spośród szesnastu pretendentów wyłoniła dwójkę: Zalewski – Seremet, urzędnicy prezydenckiej administracji twierdzili, że  jest pozamiatane. Prokuratorem generalnym miał zostać nikomu nieznany 51-letni sędzia z Krakowa. Lech Kaczyński nie mógł przecież wybrać Zalewskiego, który po pierwsze, firmował postawienie zarzutów byłemu szefowi CBA Mariuszowi Kamińskiemu, a po drugie, na czole miał wypisane: „człowiek Grzegorza Schetyny".

Ten biało-czarny obraz z każdym tygodniem robił się jednak coraz mniej czytelny. Seremet podczas swojej pierwszej wizyty w Pałacu Prezydenckim (w sumie spotykał się z Kaczyńskim aż  cztery razy) nie zaprezentował się najlepiej. Z jednej strony robił wrażenie człowieka pewnego siebie, a z drugiej – był spięty i mrukliwy. Kaczyński, który ma słabość do dygresji, a tematy traktuje jak szkatułki czekające na otwarcie, był niezadowolony.

Odniósł wrażenie, że Seremet ma  blade pojęcie o prokuraturze i nie czuje jej niuansów. Te braki mogły razić szczególnie w porównaniu z drobiazgową wiedzą Zalewskiego, który –  jak na ponuraka – wyjątkowo chętnie zarzucał prezydenta nowinkami z  życia odległych od Warszawy okręgówek i rejonówek. Zalewski licytował wysoko. Nawet bardzo wysoko. Z informacji „Wprost" uzyskanych z  Kancelarii Prezydenta wynika, że zaproponował Kaczyńskiemu wpływ na  obsadę stanowisk dwóch zastępców, w tym pierwszego zastępcy. Zalewski nie chciał z nami rozmawiać na ten temat.

Seremet złożył ofertę słabszą, bo nieuwzględniającą funkcji pierwszego zastępcy. – Kwestie personalne pojawiły się podczas moich rozmów z panem prezydentem. Wyglądało to w  ten sposób, że ja przedstawiałem szereg propozycji. Część spotykała się z akceptacją, a część nie – przyznaje w rozmowie z „Wprost". W tym czasie do pałacu zaczęły docierać pogłoski o związkach Seremeta z  salonem krakowskiej adwokatury. Najczęściej padały nazwiska lewicowego posła Jana Widackiego i byłego ministra Zbigniewa Ćwiąkalskiego. W  efekcie Kaczyński niespodziewanie zaczął się skłaniać ku Zalewskiemu.

Drugi punkt zwrotny nastąpił 4 marca, dzień przed ogłoszeniem oficjalnej decyzji. Z relacji informatorów „Wprost" z otoczenia Kaczyńskiego wynika, że Zalewski i Seremet mieli tego dnia zdać prezydentowi relację ze swoich rozmów z szefem resortu sprawiedliwości Krzysztofem Kwiatkowskim. Rola ministra w całej układance jest bardzo ważna, bo to on po konsultacjach z prokuratorem generalnym wydaje rozporządzenie regulujące liczbę zastępców. Według nieoficjalnej wersji pałacu Zalewski przekazał urzędnikom administracji Kaczyńskiego, że dostał od szefa resortu sprawiedliwości zielone światło dla czterech wiceprokuratorów (ten układ pozwalał Kaczyńskiemu wskazać dwóch z nich). Seremet przekazał zaś, że ma zgodę na trzech. Zalewski triumfował. W tym samym czasie prezydent dojrzewał jednak do kolejnej wolty. – Zgodę dla  Zalewskiego odczytaliśmy jako znak, że rządowi zależy właśnie na nim. Prezydentowi dało to do myślenia – twierdzi jeden ze współpracowników głowy państwa.

Jeszcze tego samego dnia Kaczyński zaprosił do siebie ministra sprawiedliwości. Spotkanie rozpoczęło się punktualnie o  godzinie 20 i atmosferą przypominało słynną rozmowę prezydenta i szefa MSZ na temat tarczy antyrakietowej i znajomości z Ronem Asmusem. Z  dwiema różnicami: rozmowa z ministrem sprawiedliwości nie odbyła się w  dźwiękoszczelnej klatce i trwała 30 sekund. Była tak krótka, że nie zdążyły w niej paść żadne nazwiska. Trzykrotnie pojawiło się za to  pytanie: „Ilu zastępców zamierza pan ustanowić?". Za każdym razem Kwiatkowski odpowiadał uprzejmie, ale zdawkowo: „Zgodnie z ustawą decyzję w tej sprawie będę mógł podjąć dopiero po konsultacji z  nominowanym przez pana prezydenta prokuratorem generalnym". Za trzecim razem Kaczyński nie wytrzymał i odgryzł się: „Rozumiem, że sugeruje pan, że nie znam ustawy. W tej sytuacji mam pełną jasność. Dziękuję za  rozmowę, panie ministrze. Do widzenia”. Po tych słowach wyszedł z sali. Minutę później Kwiatkowski był już na pałacowym dziedzińcu i  zatrzaskiwał drzwi do swojej służbowej škody superb. Minister nie chce rozmawiać z „Wprost” na temat wizyty przy Krakowskim Przedmieściu. – Rozmowa była krótka i nie dotyczyła kwestii personalnych – ucina. Komentarza odmawia także prezydencki minister Andrzej Duda, który uczestniczył w spotkaniu.

Dwie godziny później w pałacu zameldował się Seremet. To wtedy dowiedział się o ostatecznej decyzji Kaczyńskiego. – Prezydent uważa, że  Kwiatkowski nie był z nim szczery, bo miał sygnały, że konsultacje w  sprawie liczby zastępców toczyły się od kilku tygodni – twierdzi osoba z  otoczenia głowy państwa. Tej wersji nie potwierdza jednak ani Seremet, ani Kwiatkowski. Obaj zgodnie mówią, że na temat liczby zastępców jeszcze nie rozmawiali. – Konsultacje w tej sprawie powinniśmy zacząć dopiero w ciągu kilku dni – zapowiada Seremet. – Przepisy stanowią, że  tę liczbę określę w rozporządzeniu, które zostanie przeze mnie podpisane po zasięgnięciu opinii nowo powołanego prokuratora generalnego – mówi Kwiatkowski.

Ilu zastępców w tej sytuacji będzie miał Seremet i czy w ich gronie rzeczywiście znajdą się ludzie prezydenta? Z naszych ustaleń wynika, że  nowy prokurator generalny nie sięgnie po żadnego ze śledczych kojarzonych ze Zbigniewem Ziobrą: Jerzego Engelkinga, Bogdana Święczkowskiego, Dariusza Barskiego ani Przemysława Piątka. Żaden z nich prawdopodobnie nie dostanie też propozycji kierowania którąś z  prokuratur apelacyjnych, choć były minister na to liczy. – Andrzej zrobi to bardziej inteligentnie. Osoby rekomendowane przez prezydenta mają być nierozpoznawalne dla mediów – twierdzi osoba znająca kulisy rozmów. – W  Polsce nawet kichnięcie ma polityczne konotacje. Muszę się uodpornić na  to, że i moje decyzje będą mogły być tak interpretowane – mówi sam Seremet.

Bardzo możliwe, że jego zastępcami zostaną za to dwaj krakowscy prokuratorzy: Artur Wrona i Marek Jamrogowicz. Obu Seremet zaprosił do  Pałacu Prezydenckiego na swoją nominację. Szczególnie istotne jest nazwisko pierwszego. To szef krakowskiej okręgówki. Tej samej, która postawiła zarzuty dziennikarzom TVN 24 i Radia Zet za ujawnienie informacji ze śledztwa dotyczącego afery gruntowej. Wywołało to ostry sprzeciw Lecha Kaczyńskiego. Stanowisko stracił wtedy nawet zastępca Wrony. Dziś, gdy wiadomo, że Seremet i Wrona się przyjaźnią, w sposób naturalny pojawia się pytanie: czy to przypadek, że tak kontrowersyjna decyzja (siłą rzeczy obciążyła konto Edwarda Zalewskiego, ówczesnego szefa prokuratorów) zapadła na finiszu wyścigu o nominację?

Prywatnie nowy szef prokuratury jest człowiekiem z zasadami i... skłonnością do ryzyka. – Jest religijny. Nawet za komuny latał do  kościoła, a nie do partii. Zawsze jest dobrze przygotowany. Zdarzają się sędziowie, którzy akta po raz pierwszy kartkują na rozprawach. On jest inny. Zna dokumenty, sypie cytatami. Poza tym to człowiek wysokiej kultury, żaden raptus, do adwokatów odnosi się z szacunkiem – mówi „Wprost" krakowska adwokat Krystyna Sieniawska. Być może właśnie przez to „latanie do kościoła" odmówiono mu pod koniec lat 80. paszportu, kiedy chciał wyjechać do USA. W tę podróż marzeń, jak sam o niej mówi, udał się kilka lat później, już w wolnej Polsce. – Przez półtora roku pomagałem koledze w prowadzeniu firmy ubezpieczeniowej w Chicago. Były to głównie prace biurowe. Mieszkałem u niego, więc nie zależało mi na  wysokich zarobkach – zdradza w rozmowie z „Wprost”. Dziś również przeżywa życiową rewolucję. Jest świeżo po ślubie z tarnowską sędzią, a  kilka tygodni temu został ojcem.

Jeszcze do niedawna Andrzej Seremet w  polityczno-prawniczym światku był anonimowy. Słabo kojarzą go nawet krakowscy prawnicy. – Plotki, że się przyjaźnimy, są bzdurą. Znam go  tylko z sali rozpraw – twierdzi Widacki, poseł i były adwokat. Poglądy Seremeta na prokuraturę to wciąż niewiadoma. Z jego wypowiedzi wynika, że urząd prokuratora chce wzorować na urzędzie sędziego. W rozmowach ze  znajomymi zapowiada również, że zamierza „odspawać" prokuratorów od  biurek. Zgodnie z jego wizją śledczy ma być kimś w rodzaju westernowego szeryfa, a nie biurokratą. To jednak ogólniki. Z konkretów wiadomo za  to, że jest zwolennikiem immunitetu prokuratorskiego oraz karania dziennikarzy za ujawnianie informacji ze śledztw. Czy to dobry prognostyk? Pewne jest jedno: jeszcze nie czas na peany.


Okładka tygodnika WPROST: 12/2010
Więcej możesz przeczytać w 12/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0