Sympatyk syndykalistycznej lewicy - Artur Domosławski

Sympatyk syndykalistycznej lewicy - Artur Domosławski

„Kąsanie bezbronnych umarłych jest satysfakcją hieny" – powiedział o nim Stefan Bratkowski, honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Obrońcy mówią jednak o nim: niezłomny, idący pod prąd, outsider. Człowiek, który podzielił kraj na tych, którzy są za biografią Ryszarda Kapuścińskiego, i na tych, którzy są przeciw niej. Wystąpił przeciwko własnemu środowisku, ale pozostał wierny sobie. Wrażliwy, cichy, introwertyczny – tak mówią znajomi o człowieku, który poruszył ostatnio największe polskie autorytety, żywe legendy sprowokował do pełnych emocji deklaracji i podzielił kraj na tych, którzy są za biografią Kapuścińskiego, i tych, którzy są przeciw niej. –  Artur świetnie gra na gitarze, jak Pat Metheny – mówi Mikołaj Lizut, kolega Domosławskiego, redaktor naczelny warszawskiego Radia Roxy. Inny jego kolega zastanawia się: – Po co mu ta gitara, skoro on nie lubi imprez, nie pije i nie podrywa panienek? – Podczas podróży do Ameryki Łacińskiej pierwsze kroki kieruje do księgarni muzycznych, żeby kupić nuty do bossa novy, bo on to kocha – opowiada Stefan Zgliczyński, serdeczny przyjaciel Domosławskiego, zawodowo związany z „Le Monde Diplomatique", polską edycją znanego na całym świecie niszowego pisma lewicowych intelektualistów. To ze środowiskiem tego pisma utożsamia się Domosławski, przez znajomych określany jako sympatyk syndykalistycznej lewicy. – Patrzę też z podziwem na skuteczność „Krytyki Politycznej". Na  wepchnięcie do debat w Polsce spraw wcześniejnieobecnych, uważanych za  dziwaczne, radykalne – mówi Domosławski.

Znajomi dodają: trudny społecznie, nie zaprzyjaźnia się szybko, skupiony na sobie, wrażliwy na  swoim punkcie. Dlatego gromy, które spadają na niego po publikacji książki, znosi bardzo ciężko. Uczy się jednak odporności. – Jeśli garbują ci skórę codziennie, to ona siłą rzeczy twardnieje – mówi w  rozmowie z „Wprost". – To, co się dzieje wokół mojej książki, widzieliśmy chyba tylko przy okazji książki Jana Tomasza Grossa o  Jedwabnem. Tam było to zrozumiałe, bo Gross trafił w czuły punkt, w  polskie wyobrażenie o własnej anielskości. Ale w co takiego ja trafiłem? – dodaje.

Igor Janke, publicysta „Rzeczpospolitej", zaprosił Domosławskiego do swojego programu telewizyjnego. – Było widać, że szum wokół książki po nim nie spływa, że nie ma w tym cynicznego zadowolenia: ważne, że się sprzeda. Janke zna Domosławskiego jeszcze ze studiów, choć naukę w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej zaczął wcześniej. Z  kolegami z roku założył pismo „99", gazetkę poza cenzurą. Skorzystał z  furtki w PRL-owskich przepisach, która pozwalała na taką wolność pismom o nakładzie do 99 egzemplarzy. – Wszyscy byli nią wstrząśnięci, profesorowie załatwili nam nawet na nią jakieś dotacje – wspomina. Kiedy na studia przyszedł Domosławski, założył własny magazyn „Sic et Non". –  Dziwiliśmysię wtedy, że robił to sam, a nie dołączył do nas. Ale miał własne ambicje – mówi Janke. Jednak do dziś mówi o koledze z „Wyborczej" z szacunkiem. – Mam złe zdanie o polskim środowisku dziennikarskim. Artur jest jednak jego jasnym punktem – przyznaje.

We własnym kręgu Domosławski rzadziej słyszy podobne pochwały. Na  niedawnej promocji książki Andrzeja Friszkego „Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi" redaktor naczelny jego macierzystej gazety Adam Michnik tak przywitał salę pełną dziennikarzy, legend polskiej opozycji demokratycznej, czołowych postaci kultury: – Jacek często się uśmiechał i dziękuję ci, Andrzeju, żeś nie zaczął swojej książki od zastanawiania się, co się za tym uśmiechem kryło... Od słynnego już zdania o uśmiechu zaczyna się książka Domosławskiego o Kapuścińskim.

– Artur już od dawna jest na aucie – mówi jego kolega z redakcji. – Charakterystyczną cechą jego publicystyki jest współczucie dla biedoty Ameryki Południowej i  jednoczesna surowa recenzja polityki USA. A podważanie zasadności istnienia wolnego rynku jest niezgodne z linią „Gazety Wyborczej". W  dodatku dział zagraniczny rządzony jest przez ludzi zachłyśniętych amerykańską polityką zagraniczną. Artur jest więc trochę traktowany jak dziwak – tłumaczy.

Nie zawsze tak było. Domosławski zaczynał pracę w  „Gazecie Wyborczej", kiedy miał 23 lata. – Po wyborach prezydenckich w 1990 r. przeczytałem małe ogłoszenie w lewym dolnym rogu, że „Gazeta Wyborcza" szuka młodych, bez doświadczenia dziennikarskiego, gotowych tyrać 24 godziny na dobę. I tak zostałem na  dobre – pisał o sobie 9 lat temu. W krótkim czasie stał się jednym z  ważniejszych publicystów „Wyborczej". Pisał o doniosłych dla Polski rzeczach w imieniu swojej gazety, w pełnej zgodzie z jej linią. Ale już w roku 2008 bronił na łamach „Wyborczej" wenezuelskiego populisty i  dyktatora Hugo Cháveza.

Jak doszło do przeobrażenia liberalnego demokraty w obrońcę lewicowych wrogów wolnego rynku? W skrócie mówiąc – tak jak do przemiany krajowego publicysty w specjalistę od Ameryki Łacińskiej. – Odkryłem, że o wiele bardziej pasjonuje mnie daleki świat, i przekwalifikowałem się na  „reportera w podróży". Przełomowa w moim życiu zawodowym była pierwsza podróż do Ameryki Łacińskiej: do Brazylii i Argentyny – opowiada. Tak zaczęła się era Ameryki Łacińskiej w życiu Domosławskiego. Raportował o  wojnach gangów i świeckich misjonarzach w fawelach Rio de Janeiro, konfliktach o ziemię w Amazonii, współczesnym niewolnictwie w Brazylii.

Jednocześnie w jednym ze swoich tekstów o Polsce Domosławski opisał numer półrocznika „Lewą Nogą" poświęcony aktualności tez Karola Marksa. – Artur skrytykował nas, ale zauważył, to już coś. Po tej publikacji odnowiliśmy przyjacielskie kontakty, bo znaliśmy się jeszcze z liceum –  wspomina Stefan Zgliczyński, jeden z założycieli pisma. W 2003 r.

Domosławski i Zgliczyński wybrali się na wspólną wyprawę po Ameryce Południowej. Łączyły ich zainteresowania: od rewolucji kubańskiej, poprzez Che Guevarę, do lewicowego zwrotu, jaki zaczynał się wtedy w  tamtym regionie. Wyprawa dla Domosławskiego okazała się podróżą życia, zupełnie jak kiedyś podobna podróż dla Che. – Przejechaliśmy przez Amerykę Łacińską, rozmawialiśmy z tamtejszymi opozycjonistami, działaczami. Artur wrócił przemieniony. Zaczął dostrzegać to, co ja już wiedziałem, że neoliberalny lek, który nam zaaplikowała transformacja, nie uleczy choroby.

Domosławski zobaczył w Ameryce Południowej biedę, która nie powstała wprawdzie z powodu liberalno-rynkowych reform, ale z powodu tych reform eksplodowała. – Podróże do Ameryki Łacińskiej wywróciły moje postrzeganie świata –  przyznaje. Swójnowy światopogląd zawarł w książce „Gorączka latynoamerykańska", do której wstęp napisał mu Ryszard Kapuściński. –  Mój mistrz – mówi. – Ukształtował w dużym stopniu moje spojrzenie na  świat.

Żeby czytać miejscową prasę i literaturę, nauczył się hiszpańskiego i portugalskiego. Tego pierwszego języka na kursie, drugiego – samodzielnie. Wchłonął go, jak mówi, z powietrza i bossa novy. Bo Kapuściński mawiał: żeby poznać kraj, musisz poznać jego język. A Domosławski pokochał Brazylię.

Jako że tematyka, która go pochłonęła, w macierzystej firmie traktowana była raczej jako niszowa, aby móc wyjeżdżać, nauczył się zdobywać pieniądze na wyprawy. – „Gazeta" wsparła mnie kilka razy, ale większość wyjazdów robiłem na własną rękę –  opowiada. – Czasem zaprosił mnie jakiś uniwersytet i zostawałem dłużej, żeby zebrać materiały do reportaży. Mieszkałem po znajomych w różnych krajach, żeby oszczędzać na noclegach. Najczęściej jednak jeździłem zupełnie na własny koszt. A potem było wpychanie tekstów o „egzotycznej" Ameryce Łacińskiej do „Gazety". Finansowo nie było to więc opłacalne.

Ze stypendium na Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii przywiózł plik wywiadów z czołowymi światowymi intelektualistami lewicowymi, jak Noam Chomsky czy Joseph Stiglitz. Niektóre z nich dla linii „Gazety Wyborczej" były wręcz obrazoburcze. Wydrukowano je, jednak ich nie  eksponowano. Tym razem droga pod prąd doczekała się jednak uznania – za  książkę „Ameryka zbuntowana", w której zebrane są te rozmowy, Domosławski dostał Nagrodę im. Beaty Pawlak.

W momentach zwątpienia pocieszał go Kapuściński. Powtarzał: najważniejsza jest pasja, nie wolno z niej rezygnować, nawet jeśli nie  przynosi profitów. – Nie zostawiłem swoich pasji dla tematów, które są ważne tylko jeden dzień i potem już nikt tego nie pamięta. Co z tego, że  częściej byłbym na łamach i miał większą wierszówkę, jeśli coś mnie nie  obchodzi?

– Ciężko zapracował na swoje nazwisko – przyznaje Mikołaj Lizut. Inny znajomy dodaje: – Nikt nie przygotowuje się tak do swoich tekstów jak Artur. On traktuje to jak siłownię. Ciężką harówą nadrabia też pewne braki, na przykład przyciężkawe pióro.

– To człowiek, który nie spoczywa na laurach. Musiał zrobić to, co zrobił o Kapuścińskim. Z  czystej rzetelności – mówi Zgliczyński.


Okładka tygodnika WPROST: 13/2010
Więcej możesz przeczytać w 13/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Sentencja Mędrca IP
    Największy ból mogą nam zadać tylko osoby najbardziej kochane. Najgorszy, bo zaczajony, zaskakujący wróg to ten, który jest najbliżej ciebie - Ryszard Kapuściński.

    Po przeczytaniu książki - Kapuściński non-fiction - tak też sobie pomyślałem o p.Arturze Domosławskim - padlinożerca bez zasad i twarzy.