Rodzina była najważniejsza - wspomnienia o Krzysztofie Putrze

Rodzina była najważniejsza - wspomnienia o Krzysztofie Putrze

Pisałam o Krzysztofie Putrze, gdy pierwszy raz został wicemarszałkiem Senatu w 2005 r. Moi rozmówcy mówili o nim w samych superlatywach. Miałam kłopot. Tekst stawał się jednostronny, bo nie było krytycznych opinii. Zaczęłam dzwonić do jego politycznych oponentów.
– Chciałbym nawet coś uszczypliwego powiedzieć, ale o Putrze się nie da – stwierdził wtedy Zbigniew Krzywicki, wówczas lewicowy szef sejmiku województwa podlaskiego. Dziś, kiedy przyszło mi pisać to wspomnienie, zadzwoniłam do niego po raz kolejny. – W polityce różniło nas wszystko, ale o Putrze nadal mogę mówić tylko jako o uczciwym człowieku – powiedział.

Kiedy z powodu obowiązków służbowych nie miał czasu, a był proszony o pilny wywiad, godził się na rozmowę przed północą i rozmawiał do drugiej w nocy. – Jak mają pani w redakcji głowę uciąć, to już lepiej, jeśli ja się nie wyśpię – żartował, kiedy przepraszałam go za nieludzką porę.

Dla dziennikarzy był rozmówcą nietypowym. Naturalny, bezpośredni. Z niezwykle rzadką wśród polityków otwartością i szczerością opowiadał o sobie, dzieciach, robotniczej przeszłości, początkowym braku wykształcenia i obycia politycznego, które pilnie uzupełniał w rozmowach z prof. Andrzejem Kalicińskim, senatorem OKP, kardiochirurgiem, żołnierzem AK. Opowiadał o tradycyjnej chłopskiej rodzinie w Józefowie koło Raczek, skąd się wywodził. Rodzinne gniazdo na Suwalszczyźnie kojarzyło mu się nie tylko z rodzicami i piątką rodzeństwa, ale może przede wszystkim z dziadkiem, którego wspominał niezwykle ciepło. Odziedziczył po nim też – obok chłopskiego uporu i przywiązania do zasad – sumiaste wąsy, które stały się jego znakiem rozpoznawczym. Innego przodka przywoływał głównie w prywatnych rozmowach. Jego kuzynem był Aleksander Putra, poseł na Sejm Ustawodawczy z 1919 r. z ziemi suwalskiej, augustowskiej i sejneńskiej. Absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, peowiak i przedwojenny działacz chłopski. Ta tradycja też zobowiązywała.

Rodzina była dla niego najważniejsza. Był niezwykle dumny z ośmiorga dzieci. – To mój największy sukces – powtarzał. Problemy? – Tylko mieszkanie trzeba było zamienić na dom, żebyśmy się wszyscy pomieścili – stwierdzał z nutką dumy. Kiedy w 2000 r. urodził się jego najmłodszy syn, zrezygnował na kilka lat z ogólnopolskiej sceny politycznej. Z łatwością mógł wejść do Sejmu, uważał jednak, że musi poświęcić czas rodzinie. Działał tylko w regionie. Miał zasadę, której starał się przestrzegać: trzy niedziele w miesiącu dla rodziny, jedna dla polityki. Przez pryzmat rodziny patrzył na sprawy państwa. – Jak w rodzinie będzie dobrze, w kraju też będzie dobrze. To nie jest tak, że liberalne społeczeństwa rezygnują ze wsparcia rodziny – przekonywał mnie w pociągu z Warszawy do Białegostoku kilka dni przed śmiercią. Przywoływał przykład Francji i innych krajów Europy Zachodniej, które mają system wspierania rodzin. Przez całą podróż rozmowa krążyła wokół rodziny, społeczeństwa obywatelskiego i partyjniactwa, które jego zdaniem zabijało obywatelską aktywność.

Ciągle uważał się za robotnika. Był mistrzem w białostockiej Fabryce Przyrządów i Uchwytów, działał w związkach zawodowych, szybko znalazł wspólny język z „Solidarnością". Nie potrafił się oderwać od tego środowiska nawet wtedy, kiedy był już politykiem. – Czasem czuję się nawet nieswojo, że jestem tu, gdzie jestem. Tak jakbym wdrapał się po ich plecach. Dlatego nie mogę zapomnieć o tych ludziach. Ciągle staram się z nimi utrzymywać kontakt – mówił.

Przeczytaj cały felieton w najnowszym wydaniu tygodnika Wprost

Czytaj także

 0