Polityka po resecie

Polityka po resecie

Wariant pierwszy: Bronisław Komorowski zostaje prezydentem, na jesieni odbywają się przyspieszone wybory parlamentarne i do Sejmu wchodzą tylko dwie partie – PO i PiS. Wariant drugi: Komorowski zostaje prezydentem, PiS po rozłamie zamienia się w 15-procentowy, opozycyjny fundusz emerytalny Jarosława Kaczyńskiego. Wariant trzeci: Kaczyński godzi się z Markiem Jurkiem i Ludwikiem Dornem, PiS wygrywa wybory prezydenckie, a za rok także parlamentarne, premierem zostaje Zbigniew Ziobro. Dziś możliwe są i takie, nawet najbardziej nierealistyczne scenariusze. Smoleńska katastrofa zresetowała bowiem wszystko.
Przeklinam dzień, w którym Leszek został prezydentem", „To wszystko moja wina, to ja go namówiłem do kandydowania", „Gdybym mógł cofnąć czas, to razem z nim wsiadłbym do tego samolotu” – wyrzucał sobie Jarosław Kaczyński w ciągu pierwszych kilkunastu godzin po śmierci brata. Wtedy z pewnością nie myślał jeszcze o kandydowaniu w wyborach prezydenckich. To zaskakujące, ale pierwszy ten pomysł zgłosił… były poseł Artur Zawisza. Jeszcze w sobotę wysłał SMS-a jednemu ze  współpracowników prezesa PiS: „Jarosław Kaczyński na prezydenta”. W  odpowiedzi dostał: „Gilo albo Zizu” – wskazanie na Zytę Gilowską, członkinię Rady Polityki Pieniężnej, lub Zbigniewa Ziobrę, byłego ministra sprawiedliwości. Ta sekwencja zdarzeń – tragiczna śmierć prezydenta, trauma jego brata i szokująco szybki start politycznej giełdy nazwisk – dobrze oddaje atmosferę, w jakiej 10 kwietnia zanurzył się PiS. Atmosferę autentycznej żałobywymieszanej z cynicznymi kalkulacjami. W samym środku tego wszystkiego znalazł się prezes PiS, od  ponad roku zmagający się z ciężką chorobą matki. Chyba trudno wyobrazić sobie bardziej nieszczęśliwy splot okoliczności.

Kursując między pogrzebami a szpitalem, szef PiS ważył wszystkie argumenty w sprawie swojego startu w wyborach prezydenckich. Teza: oczekiwania partyjnego aparatu oszołomionego widokiem tłumów przed Pałacem Prezydenckim, brak alternatywnej kandydatury oraz chęć utrzymania twardego przywództwa w  partii, bo wystawienie Zbigniewa Ziobry zachwiałoby jego pozycją; oraz  te przeciw: mimo wszystko duże prawdopodobieństwo porażki oraz strach przed wystawieniem na ostrą krytykę działalności i dokonań politycznych brata. Ostateczna decyzja ma zapaść dopiero w poniedziałek, ale wiele wskazuje na to, że Kaczyński podejmie ryzyko i wystartuje.

„Dlaczego mój brat nie nosi zegarka? Bo to on ustala, która jest godzina" – to  ulubiony dowcip Lecha Kaczyńskiego z czasów rządu PiS. Smoleńska katastrofa niespodziewanie przywróciła Jarosława do grona głównych rozgrywających na scenie politycznej. O ile bowiem do 9 kwietnia jego wizerunek wydawał się nie do naprawienia, o tyle po 10 kwietnia przestawienie godziny na zegarku Jarosława stało się znów możliwe. Założenie spin doktorów PiS jest proste: społeczne emocje są po naszej stronie, więc kluczem do zwycięstwa jest sam prezes, to ostatnia szansa na pokazanie wyborcom jego ludzkiego oblicza. – To  koniec Jarosława ostrego gracza. W tej kampanii ujawni się jako polityk dotknięty tragedią: pokorny i koncyliacyjny. Poza tym ograniczymy jego medialną aktywność do minimum – twierdzi jeden z naszych rozmówców. Jeśli idzie o to ostatnie, to z ustaleń „Wprost" wynika, że sztabowcy PiS bardzo poważnie rozważają odwołanie rezerwacji łódzkiej hali Atlas Arena, w której jeszcze dwa tygodnie temu planowano start kampanii Lecha Kaczyńskiego. A do debaty z Bronisławem Komorowskim chcą doprowadzić dopiero przed drugą turą. Cel jest jasny: sprowadzić kampanię do  plebiscytu w sprawie spuścizny zmarłego prezydenta. – W tym zawsze będziemy bardziej wiarygodni niż nasi przeciwnicy – twierdzi nasz informator z PiS. Stąd pomysły z żałobnymi billboardami w sepii, z  których miałby spoglądać Jarosław Kaczyński.

Strategia PiS niesie jednak duże ryzyko. Po pierwsze, epatowanie smutkiem może przynieść skutki odwrotne do zamierzonych. Dobrze pokazał to pochówek na Wawelu, który wywołał sprzeciw części społeczeństwa. Jak określił to jeden ze współpracowników Jarosława, zgadzając się na  krakowskie rozwiązanie, PiS „sam napluł sobie w aureolę". O ile jednak w  wypadku pogrzebu prezydenckiej pary protesty utonęły w żałobnej powadze, o tyle w kampanii taryfy ulgowej już nie będzie. A kontrowersji nie  zabraknie. Pokazuje to chociażby przemówienie Smoleńsk zresetował w polskiej polityce wszystko z wyjątkiem hegemonii Platformy i PiS Jarosława Kaczyńskiego podczas pogrzebu Krzysztofa Putry, w którym nadał on śmierci pasażerów lotu 101 atrybut męczeństwa. Wątpliwe, by wyborcy długo akceptowali takie hiperbole. Ciekawe też, jaką reakcję wywoła nowy, koncyliacyjny wizerunek prezesa PiS. Czy ludzie uwierzą w to, że  tak twardy zawodnik zamienia się w politycznego kamedułę? To pytanie jest tym bardziej zasadne, że po smoleńskiej tragedii stosunek do  Platformy wewnątrz PiS bynajmniej nie stał się koncyliacyjny. Wręcz przeciwnie, podczas rozmów z politykami PiS, nawet tymi umiarkowanymi, można odnieść wrażenie, że katastrofa tylko pogłębiła przepaść oddzielającą ich od partii Donalda Tuska. Spór, dotychczas wyłącznie polityczny, z ich punktu widzenia przerodził się w walkę na śmierć i  życie. Na razie czuć to jedynie w rozmowach kuluarowych. Ale czy  politykom PiS nerwy w końcu nie puszczą także przed kamerami? – Nie mamy wyjścia. Na te dwa miesiące musimy zacisnąć zęby. Stawka jest tego warta – uważa jeden ze spin doktorów PiS.

Miarą metamorfozy szefa PiS będzie reakcja na pojednawcze gesty polityków Polski-Plus i Prawicy RP. Z  ustaleń „Wprost" wynika, że ci pierwsi są gotowi nawet do powrotu do swojej dawnej partii. Z  kolei Marek Jurek w rozmowie z jednym ze współpracowników Jarosława Kaczyńskiego powiedział, że marzy mu się współpraca wzorowana na modelu niemieckiej prawicy, w którym mniejsza i bardziej prawicowa CSU jest lojalnym partnerem większej i centrowej CDU, ale zachowuje swą podmiotowość. Pozycja negocjacyjna Marka Jurka i Ludwika Dorna jest oczywiście żadna, ale Kaczyński, zawierając z nimi sojusz, dałby wiarygodne świadectwo pokory.

Drugim sprawdzianem będzie obsada stanowisk szefa klubu i wicemarszałka Sejmu. Nominacja przynajmniej na  jedno z nich kogoś spoza dawnego Porozumienia Centrum mogłaby być nowym otwarciem. Z nieoficjalnych ustaleń „Wprost" wynika, że początkowo głównym kandydatem na fotel szefa klubu był Marek Kuchciński, uważany za  przedstawiciela „zakonu PC". Przeciwko niemu zbuntowała się jednak duża część posłów. – Jest obcesowy i traktuje nas jak karną kompanię. W  czasie żałoby zajmował się głównie wyznaczaniem osób, które miały chodzić do mediów. Widziałem, jak w obecności kilkunastu osób wydzierał się na posła, który publicznie wypowiedział się nie po jego myśli. To  było upokarzające – opowiada jeden z naszych rozmówców. Sam Kuchciński nie chciał się wypowiadać na temat sytuacji wewnętrznej w partii. – W  czasie żałoby nie prowadziliśmy rozmów politycznych. A w myślstatutu decyzja o obsadzie funkcji szefa klubu należy do prezesa – mówi „Wprost” Kuchciński. Przeciwnik jego kandydatury, znany poseł PiS: –  Przekazaliśmy ludziom z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego, że nominacja Marka doprowadzi do awantury. Prosimy o jedno: niech to będzie każdy, byle nie on.

W tej sytuacji Kuchciński być może zostanie wicemarszałkiem Sejmu. Funkcję szefa klubu mógłby objąć Adam Lipiński lub Joanna Kluzik-Rostkowska. Ciekawe jest także to, co stanie się z PiS po  wyborach prezydenckich. Jeśli Kaczyński zdecyduje się na start i wygra, w partii zapewne dojdzie do zmiany lidera. Możliwe są tu dwa warianty. Bardziej prawdopodobny zakłada przekazanie przywództwa wiernemu, ale  mało charyzmatycznemu Lipińskiemu. Szef PiS byłby wówczas wykonawcą instrukcji wydawanych w pałacu przy Krakowskim Przedmieściu. Drugi scenariusz to przejęcie partii przez Ziobrę, którego celem będzie wówczas zwycięstwo w wyborach parlamentarnych i objęcie teki premiera. Co, jeśli PiS przegra? Mimo trzeciej porażki z rzędu Jarosław Kaczyński z pewnością nie wycofa się do swojego Sulejówka. Chcąc zapobiec wewnętrznemu puczowi, raczej obierze taktykę salami – będzie okrajać partię z potencjalnie nielojalnych polityków. PiS stanie się wówczas współczesną wersją PC, czymś w rodzaju 15-procentowego funduszu emerytalnego Jarosława i kilku jego przybocznych.

Pogrzeb Sebastiana Karpiniuka. W połowie mszy polowej pojawia się spóźniony premier Donald Tusk. Zamiast iść do pierwszego rzędu, w którym czeka na niego miejsce, podchodzi do dwóch stojących z tyłu posłów PiS Mariusza Kamińskiego i Adama Hofmana i pyta: „Dzień dobry, panowie. Zmieszczę się koło was?". I staje między nimi, ku zaskoczeniu polityków PiS i zazdrości działaczy PO. Dopiero na pogrzebie przechodzi do przodu, obok Grzegorza Schetyny i Bronisława Komorowskiego i wygłasza emocjonalne przemówienie. Widok poruszonego premiera, który zamiast pchać się do pierwszych rzędów, wybiera towarzystwo politycznych przeciwników, jest znamienny. Właśnie tak ma wyglądać cała kampania prezydencka Platformy. – Jeśli PiS zachowa spokój, to będziemy łagodni. A jak puszczą im nerwy? Będziemy łagodni tym bardziej – zapowiada jeden z naszych rozmówców. Z naszych ustaleń wynika, że liderzy PO bardzo poważnie rozważają nawet rezygnację z powołania formalnego sztabu wyborczego.

Czy w tym klimacie odnajdzie się także Bronisław Komorowski? Część polityków Platformy początkowo miała obawy. Faktem jest, że  marszałek zaliczył kilka wpadek. Pracowników Kancelarii Prezydenta oburzyła zbyt szybka ich zdaniem nominacja nowego szefa kancelarii, podpisana kilka godzin po  katastrofie, gdy śmierć Lecha Kaczyńskiego nie była jeszcze urzędowo potwierdzona. Z kolei lewica krytykowała chęć prowadzenia negocjacji w  sprawie terminu wyborów prezydenckich w trzecim dniu żałoby. Padały także oskarżenia o brak empatii i wygłaszanie, a właściwie teatralne recytowanie oschłych przemówień. Ten ostatni zarzut jest jednak nie do  końca uczciwy. Pierwsze wystąpienia Komorowskiego po tragedii rzeczywiście były nie najlepsze, ale później to się zmieniło. Marszałek miał dobre, choć nienagrodzone brawami przemówienie na pl. Piłsudskiego. Bardzo osobiście wspominał także Krzysztofa Putrę. „Mogliśmy się odnaleźć jako ludzie. Być może decydowały wspólne tradycje rodzinne patriotyzmu kresowego, tradycji Armii Krajowej. Być może zadecydował fakt ojcostwa w wielodzietnych rodzinach, u Krzysztofa ośmioro dzieci, Panie Boże, u mnie pięcioro. A być może rzeczy tak z pozoru drobne jak i  może te wąsy, trochę staromodne, trochę niemodne, trochę dziwaczne, ale  jakieś bardzo polskie" – mówił. – Staram się być dla niego wyrozumiały. Ta jego urzędowość była mechanizmem obronnym przeciw stresowi, który go  zżerał od środka – mówi „Wprost" jeden z liderów PO.

Równie niejednoznaczna jest ocena nominacji Jacka Michałowskiego na szefa Kancelarii Prezydenta. Podjęcie decyzji jeszcze przed identyfikacją zwłok LechaKaczyńskiego rzeczywiście może razić. Tyle tylko, że  Michałowski zachowuje się wyjątkowo taktownie. Trochę jakby miał świadomość niezręczności swojego położenia. By nie drażnić urzędników powołanych przez Lecha Kaczyńskiego, nie wprowadził się na przykład do  ministerialnego gabinetu, zamiast tego zajął skromny pokój w biurze administracyjnym. Po wejściu do kancelarii zapowiedział wszystkim: „Przyszedłem tylko na trzy miesiące, nikogo nie zwolnię i nikogo nie  zatrudnię". Jedyną jego decyzją kadrową jest na razie awansowanie na  funkcję dyrektora biura kadr Pawła Zołoteńkiego, zaufanego człowieka Władysława Stasiaka. Michałowski nie wtrącał się też w organizację uroczystości pogrzebowych, za które odpowiadał Jacek Sasin (z którym w  PiS zaczyna się wiązać polityczne nadzieje). Znamienna Lipcowy termin drugiej tury wyborów jest wyjątkowo niekorzystny dla  Platformy Obywatelskiej była scena podczas mszy w intencji Pawła Wypycha: starzy ministrowie usiedli tak, że w ich rzędzie zabrakło miejsca dla nowego szefa kancelarii. Michałowski – zamiast poprosić o miejsce – spokojnie usiadł w ławach przeznaczonych dla rządu.

Z ustaleń „Wprost" wynika, że żałoba narodowa przewartościowała też układ sił wewnątrz Platformy. Doszło między innymi do ponownego ocieplenia relacji między Tuskiem a Grzegorzem Schetyną. Wróciły spotkania i narady w kancelarii premiera. Szef klubu PO przyjął rolę łącznika między szefem rządu a marszałkiem. Trasę między Sejmem a  kancelarią premiera jego samochód pokonywał kilka razy dziennie. Czy to  pojednanie jest szczere? – Trudno powiedzieć. Chyba wzajemnie się sondują – twierdzi jeden z członków zarządu PO. O tym jednak, że Tusk i  Schetyna mimo pozorów zgody prowadzą jakąś subtelną grę, świadczy kalendarz wewnętrznych wyborów przyjęty przez Platformę. Z ustaleń „Wprost" wynika, że zjazd partii, na którym Tusk po raz kolejny ma  zostać wybrany na przewodniczącego, odbędzie się 27 czerwca. Kluczowa będzie jednak rada krajowa, która wyłoni nowego sekretarza generalnego wraz z zarządem. Schetyna, chcąc wykorzystać wzrost swojej pozycji, prze do zwołania rady zaraz po wyborach prezydenckich. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że  bardziej prawdopodobne jest przesunięcie tego na wrzesień. Jak łatwo się domyślić, zwolennikiem tego wariantu jest Tusk.

Jeśli chodzi o  polityczną strategię, Platformę czekają trzy wyzwania. Pierwszym jest druga tura wyborów prezydenckich, która ma się odbyć 4 lipca. Biorąc pod  uwagę, że elektorat Platformy z zasady jest najmniej zdyscyplinowany, najzamożniejszy, a więc i najbardziej mobilny podczas wakacji, to termin wyjątkowo niekorzystny dla PO. Drugim wyzwaniem jest Janusz Palikot, którego dotychczasowa taktyka obrażania prezydenta stała się w nowej sytuacji obciążeniem dla partii. Według informacji „Wprost" z sondaży zamówionych przez Platformę wynika, że po śmierci prezydenta odsetek osób, które nie ufają Palikotowi, przekroczył 90 proc.! Kontrowersyjny poseł mimo to nie zamierza usuwać się w cień. W Lublinie pokazał się na  przykład w miejskim ratuszu. Jego wizyta wzbudziła jednak mnóstwo kontrowersji. – Jak się teraz czujesz? Załóż czerwoną koszulę! –  krzyczeli do niego ludzie. Palikot pojawił się także na pogrzebach kolegów z Platformy. W prywatnych rozmowach przyznawał, że chciał przy okazji wysondować reakcje ludzi związanych z PO. – Przyjęliśmy go z  rezerwą, ale bez ostentacji – twierdzi jeden z posłów Platformy.

Trzecim wyzwaniem, które czeka Platformę, jest uspokojenie sytuacji wewnątrz koalicji. Politycy PSL boją się bowiem scenariusza, w którym Komorowski wygrywa wybory prezydenckie i wykorzystując pretekst w postaci przyszłorocznej prezydencji w Unii, proponuje PiS przyśpieszone wybory parlamentarne na jesieni. – Dzięki takiemu porozumieniu PO i PiS mogłyby ugruntować poparcie z drugiej tury wyborów prezydenckich i spolaryzować scenę polityczną – twierdzi poseł PSL Janusz Piechociński. Deklaracje Platformy, że nikt o takim wariancie dziś nie myśli, ludowców nie  uspokajają. – Na miejscu Tuska trzymałbym taki scenariusz w szufladzie –  twierdzi inny polityk stronnictwa.

Przyspieszone wybory parlamentarne oznaczałyby także kłopot dla SLD. Nawet najwierniejsi współpracownicy Grzegorza Napieralskiego nie wróżą mu bowiem dobrego wyniku w wyborach prezydenckich. Dlaczego w takim razie szef Sojuszu zdecydował się kandydować? Z  informacji „Wprost" wynika, że doszło do tego trochę przypadkiem. Po  śmierci Jerzego Szmajdzińskiego wielu działaczy SLD chciało startu Ryszarda Kalisza. Na jego kandydaturę nie chciał się jednak zgodzić sam Napieralski. Z kilku powodów: po pierwsze, Kalisz miał plan pojednania z  Partią Demokratyczną i SdPl. Byłby to powrót tylnymi drzwiami do  znienawidzonej przez szefa Sojuszu formuły Lewicy i Demokratów. Poza tym obaj politycy od kilku miesięcy są Poczuj www.turkishairlines.com slonce w poważnym konflikcie osobistym. W tej sytuacji Napieralski postanowił zaszachować Kalisza kandydaturą europosła Marka Siwca. Pomysł spotkał się jednak z wewnętrznym oporem i doprowadził do niespodziewanego sojuszu zwolenników i przeciwników Kalisza. Ci pierwsi liczą na to, że  Napieralski dostanie słaby wynik, w efekcie czego w partii pojawi się szansa na kolejną zmianę przywództwa. Z ustaleń „Wprost" wynika, że  wewnętrzna opozycja na nowego lidera już namaszcza właśnie Kalisza. –  Dziś Grzesiek jest jeszcze za silny. Zaprosimy go do tańca dopiero po  wyborach, które nie zapowiadają się na jego sukces – twierdzi przeciwnik Napieralskiego. Szef Sojuszu, mając świadomość tej taktyki, może chcieć wciągnąć na swój pokład swoich głównych rywali. Kaliszowi zaproponował już funkcję szefa swojego komitetu, a Bartosza Arłukowicza może zrobić rzecznikiem sztabu wyborczego. – Wszyscy powinniśmy zaangażować się w  kampanię prezydencką Grzegorza Napieralskiego – mówi śledczy z komisji hazardowej.

Z rozgrywek w SLD najbardziej cieszy się Andrzej Olechowski. Liczy na to, że socjalny Napieralski będzie dla niego łatwiejszym rywalem niż centrowy Kalisz. Może mieć rację. Jeśli Pawłowi Piskorskiemu uda się uzbierać podpisy pod jego kandydaturą, Olechowski może liczyć na  trzeci wynik w wyborach. Na nawiązanie walki z kandydatami PO i PiS nie  ma jednak szans. Smoleńsk zresetował w polskiej polityce wszystko poza hegemonią tych dwóch największych partii.

Okładka tygodnika WPROST: 18/2010
Więcej możesz przeczytać w 18/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 2
  • JS IP
    Jeżeli PO dojdzie do władzy to wiadomo jak się to skończy. Właśnie tacy ludzie sprzedali Polskę w 1772 podczas rozbiorów Polski. Dokładnie tacy niby liberałowie. Zaprzedajne szlachcice wszystko akceptujące i łagodzące Prawo. Karierowicze którzy dla kasy od zagranicznych hohsztaplerów podpiszą każdą ustawę. My Polacy powinniśmy uważać bo jest to naszym narodowym problemem ta sprzedajność. Kasa za liberum veto z zagranicy spowodowała upadek wielkiej Rzeczpospolitej. Lechu dobrze o tym wiedział i nigdy dla kasy nie sprzedawałby swojego sumienia. Należy się mu wielka cześć za to.
    P.S. Ciekawe czy ludzie zauważyli że B.Komorowski często stosuje nawet na pogrzebie Lecha, tzw. Uścisk polityka lub rękawiczki. Wiadomo że ten kto stosuje ten uścisk (oburęczny) próbuje pokazać że jest osobą godną zaufania jednak jego gest odkrywa jego fałszywe zamiary. Poczytajcie mowę ciała i obejrzyjcie filmy z jego udziałem zobaczycie że jego intencje nie są szczere.
    • JAN STARY IP
      Nie wierze zeby PiS traktowalo powaznie kandydature Ziobry na prezydenta. Pisalem juz kiedys na tym forum, ze nawet ministrem sprawiedliwosci zostal o 20 lat za wczesnie, kompromitujac sie jako prawnik dyskwalifikujacymi ministra wypowiedziami na temat dr. G. W Polsce, jak we wszystkich krajach cywilizowanych, podstawa postepowania sadowego jest domniemanie niewinnosci az do wydania przez sad wyroku, minister sprawiedliwosci powinien o tym wiedziec.

      Czytaj także