Szkoła konkurencji

Szkoła konkurencji

Szkoła konkurencji W USA rankingi uniwersytetów są pożyteczne, potrzebne i popularne. Amerykańskie uniwersytety konkurują o studentów. Studenci płacą tam za studia i utrzymują uczelnie na rynku. Jak każda firma tamtejsze uniwersytety chcą dotrzeć do konsumentów z informacją o jakości swoich usług oraz przekonać, że oferują odpowiednie dla danego konsumenta połączenie ceny i jakości. Dla jednych studentów odpowiedni jest Harvard, dla innych przyzwoity uniwersytet stanowy, a dla jeszcze innych lokalny college.
Każda amerykańska uczelnia chwali się tym, co ma najlepszego. Uczelnie z  czołówki rankingów reklamują osiągnięcia ich wykładowców oraz prestiż dyplomu, który przekłada się na możliwości kariery i zarobki absolwentów. Uczelnie z dalszych miejsc rankingów chwalą się lepszym dostosowaniem do potrzeb studentów. Na przykład oferują mniejsze grupy na wykładach i ćwiczeniach, kładą większy nacisk na możliwość nadrobienia zaległości ze szkoły średniej oraz uczą bardziej praktycznych umiejętności bezpośrednio przydatnych na rynku pracy. Praktycznością serwowanej wiedzy oraz niższą ceną odróżniają się od  bujających w obłokach ogólnej wiedzy droższych uczelni z czołówki rankingów, których absolwenci mogą na rynku pracy zaistnieć dzięki renomie dyplomu. W Polsce rankingi szkół wyższych są tylko połowicznie przydatne, ponieważ nie ma u nas rynku wiedzy uniwersyteckiej. Zarówno państwowe, jak i prywatne uczelnie są ograniczone ustawami i  rozporządzeniami ściśle regulującymi, czego uczyć, jak uczyć i kto może uczyć. Jakiekolwiek odstępstwo od tej reguły jest zakazane. Konkurowanie różnorodnością usługi i ceną jest zatem mocno ograniczone. To tak, jakby na rynku pieczywa państwo nakazało produkcję tylko jednego gatunku chleba z surowców opisanych w ustawie i określiło, że tylko piekarze z  jednej szkoły mogą ten chleb piec, oczywiście w przepisanej przez ustawę liczbie piekarzy na bochenek pieczonego chleba. Na takim rynku przeważałyby patologie, a nie konkurowanie o klienta. Tak jest dziś na  rynku uniwersyteckim w Polsce. I nie jest to jakiś radykalny pogląd, skoro podobnie sprawę widzi nawet Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, pisząc w założeniach do nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym, iż „standardy kształcenia – wprowadzone w trosce o zachowanie jakości kształcenia – znacząco ograniczyły autonomię uczelni w sferze tworzenia autorskich, innowacyjnych kierunków studiów, które stwarzałyby wartość dodaną kształcenia na poziomie wyższym. Uczelnie, nawet te o  najwyższym statusie, nie mają obecnie możliwości szybkiego dostosowywania oferty dydaktycznej do zmieniających się potrzeb rynku pracy. Mogą prowadzić kierunki z listy ustalonej przez ministra, według standardów programowych określonych dla każdego z nich". Dodam tylko, że  Polska jest dziś w Europie jedynym – oprócz Rosji – krajem, gdzie obowiązuje państwowa lista dopuszczonych do wykładania w szkołach wyższych kierunków nauczania.

Nie ma u nas również prawdziwej konkurencji o studenta. Bo nie ma  płacącego klienta. Uczelnie państwowe są dysponentem przywileju studiowania za darmo, finansowanego przez podatnika. Przywileju rozdawanego przez państwo za pośrednictwem uczelni. To właśnie dlatego w Polsce student jest petentem, a nie klientem. Nie  podoba się studentowi, że wykładowca notorycznie się spóźnia, regularnie nie pojawia się na wykładach lub zwyczajnie przynudza? To niech idzie sobie gdzie indziej. Minister i tak da uczelni pieniądze na dalsze funkcjonowanie. A chętni na darmowe studia, jak na każdy darmowy towar, zawsze się znajdą. Natomiast dla wszystkich, którzy nie zasłużyli na  przywilej darmowych studiów, zostają studia zaoczne i wieczorowe oraz  uczelnie prywatne.Płatni studenci państwowych uczelni traktowani są jak gorszy gatunek. Mają płacić, nie wymagać i cieszyć się, że będą mieli dyplom państwowej uczelni. Można ich traktować jak pogardzaną dojną krowę, bo bez ich pieniędzy uczelnia i tak przeżyje. Zadba o to państwo, wypłacając sowite dotacje. Zresztą uczelnie prywatne też są upaństwowione, bo mogą uczyć tylko tego, na co pozwoli im ministerstwo i  tylko według ministerialnych standardów. Poza niewieloma chwalebnymi wyjątkami, którym zdarza się być lepszymi iż jadące na renomie uczelnie państwowe, konkurencja między uczelniami prywatnymi często przyjmuje postać dostosowania się o ministerialnych wymogów lub obchodzenia ich jak najmniejszym kosztem. Stąd też biorą się uczelnie sprzedające dyplomy każdemu, to zapłaci czesne i może się wykazać wyczuwalnym tętnem. Na takim rynku wartość rankingów dla wielu uczelni jest ograniczona, o może pokazać coś, co wolą ukryć. A studenci i tak wiedzą, że liczy się sukces indywidualny, bo uczelnie pozbawione korzyści konkurowania nie dbają o  swą jakość i nawet dyplom dobrej uczelni może oznaczać zarówno ciężką pracę oraz dużo zdobytej wiedzy, jak i umiejętność prześlizgnięcia się przez studia.

Najlepszym dowodem na to, że ministerialne wymogi są patologią, jest następujący przykład: gdyby dziś nad Wisłę przeniosły się najlepsze uczelnie świata, takie jak Harvard, to następnego dnia zostałyby zamknięte, gdyż nie spełniają wymogów naszego Ministerstwa Nauki i  Szkolnictwa Wyższego! Dodam jeszcze, że w USA, gdzie istnieje największy odsetek najlepszych na świecie uczelni, państwo ma na mocy konstytucji zakaz regulowania procesu nauczania w szkołach wyższych. Amerykańska konstytucja stanowi bowiem, że rząd federalny może regulować tylko kwestie wymienione w konstytucji, a ta nic nie mówi o szkołach wyższych. Rząd amerykański może zatem tylko wspierać uczelnie, może zachęcać do  udziału w różnych programach, ale nic nie może im kazać, jeżeli chodzi o  sam proces nauczania. W rezultacie w USA konkurują z sobą zarówno poszczególni profesorowie, jak i uczelnie. U nas nie ma tej konkurencji, bo to państwo określając, kto jest dobry i nadaje się, by uczyć studentów, ogranicza możliwości konkurowania. Przekłada się to na wiele prozaicznych kwestii, które decydują o sukcesie lub porażce skomplikowanej organizacji, jaką jest uczelnia. Ot chociażby na pensje wykładowców. U nas w tej kwestii dominuje tendencja do uśredniania oraz  progresji z wiekiem. W USA konkurencja uczelni o profesorów oznacza, że  dobry młody profesor może zarabiać kilkakrotnie więcej niż stary. A o  tym, kto jest profesorem, nie decyduje ustawa, lecz zatrudnienie na  posadzie profesora przez firmę, która nazywa się... uczelnia.

W Polsce też zdarzają się świetni wykładowcy, którym się chce, oraz uczelnie lepiej zorganizowane. Ale nie dlatego, że mają do tego systemowe zachęty, lecz dlatego, że dobra robota sprawia im przyjemność i cenią ją samą w sobie. Dla wielu, niestety, to jednak zbyt mało...
Okładka tygodnika WPROST: 20/2010
Więcej możesz przeczytać w 20/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 2
  • Gawronski-rafzen IP
    Z ostatniej chwili. Źródła dobrze poinformowane podały, że jaruzelski wynegocjował w Moskwie dom spokojnej starości dla wszystkich z platformy im. Ericha Honneckera.

    Czytaj także