Sezon wyprzedaży

Sezon wyprzedaży

Podczas prywatyzacji PZU swoje pierwsze pieniądze na giełdzie zarobiło 140 tys. Polaków. Wkrótce na rynek trafią kolejne spółki: energetyczny Tauron, Giełda Papierów Wartościowych, a równolegle dziesiątki mniejszych i perspektywicznych firm. Za niewielkie pieniądze będzie można zaistnieć na światowym rynku przyczep kempingowych, zostać udziałowcem kopalni soli, wieżowca w centrum Warszawy albo willi w Zakopanem.
29-letnia Kamila, pracownik jednego z wrocławskich biur, trzy tygodnie temu przyszła do pracy wcześniej, żeby na spokojnie ze służbowego komputera obserwować start notowań PZU. Denerwowała się, bo 9,3 tys. zł, które zainwestowała w 30 akcji spółki, kosztowało ją wiele miesięcy zaciskania pasa. – Od dawna chciałam się nauczyć inwestowania na  giełdzie, a debiut PZU był świetną okazją do stawiania pierwszych kroków. Przecież wszyscy mówili, że drobni inwestorzy zarobią. I udało się – opowiada.

Pod odliczeniu prowizji i podatku każdemu z inwestorów, który sprzedał swoje akcje zaraz w dniu debiutu, zostało w kieszeni około 1000 zł. Dla 140 tys. osób, które specjalnie dla tej jednej prywatyzacji założyły rachunki maklerskie, były to pierwsze pieniądze zarobione na giełdzie.

To był chyba najlepszy sposób na przekonanie do  prywatyzacji każdego jej krytyka. Dlatego minister skarbu Aleksander Grad promuje pomysł akcjonariatu obywatelskiego, zgodnie z którym duża pula akcji prywatyzowanych firm przeznaczana jest dla inwestorów indywidualnych. Pod koniec czerwca wprowadzi na rynek kolejną spółkę –  Tauron, która produkuje i sprzedaje energię elektryczną na południu Polski. Inwestorom przypadnie 53 proc. akcji spółki. – Zależynam, by na  prywatyzacji mógł zarobić zwykły Kowalski – mówi „Wprost" Aleksander Grad.

– W przypadku dużych prywatyzacji najlepiej wydzielić pulę akcji i  wyłączyć ją z mechanizmu redukcji, by każdy mógł kupić z góry określoną liczbę akcji – dodaje minister Grad. Do tej pory przy debiutach dużych spółek nie udawało się zaradzić głównym problemom: kolejkom, dużym redukcjom w zamówieniach akcji i drogim kredytom na ich zakup. Tak było podczas prywatyzacji PGE w 2009 r. Teoretycznie każdy mógł zapisać się na tyle akcji, na ile chciał. Wielkość zamówień wielokrotnie przewyższała jednak liczbę akcji. Inwestorzy, spodziewając się redukcji rzędu 95 proc., podpierali się ogromnymi kredytami. Tylko wielka gotówka w ręku gwarantowała, że po uwzględnieniu proporcjonalnej redukcji każdy dostanie mniej więcej tyle akcji, ile planował. 60 tys. inwestorów detalicznych dzięki kredytom zamówiło akcje za ponad 25 mld zł, a  otrzymało za 900 mln zł. Za to prowizje od kredytów kosztowały tak wiele, że mimo wysokiego kursu nie było szans na zysk. Jak policzyli analitycy Comperii, inwestor, zamawiając akcje za 100 tys. zł (z czego 90 proc. to kredyt), otrzymywał ich za 3,8 tys. zł. Mimo że ich cena nominalnie wzrosła, to sprzedając pakiet w dniu debiutu, tracił na całej transakcji 397 zł. Zarobiły za to banki.

Po PZU i Tauronie okazji do  zarobienia na prywatyzacji państwowych spółek będzie jeszcze sporo. Wiadomo, że po Tauronie na parkiet wejdzie też sama GPW. W ramach rządowej strategii nowego właściciela ma znaleźć około 800 firm. Wśród zakurzonych aktywów Ministerstwa Skarbu wciąż można znaleźć perełki. Jakimś cudem jako państwowe uchowały się gospoda, hotel i pensjonaty położone w najlepszych lokalizacjach Zakopanego (spółka Polskie Tatry). Wśród firm „do wzięcia" są Polskie Nagrania z kolekcją płyt Czesława Niemena, Tomasza Stańki czy zespołu Mazowsze, znany w Europie producent tkanin Optex, Fabryka Porcelany Wałbrzych czy Kopalnia Soli Kłodawa, która dzięki mroźnej zimie pobiła rekord sprzedaży soli drogowej (i nieźle na tym zarobiła).

Interesująco rysują się plany resortu skarbu stworzenia przy giełdzie rynku dla prywatyzacji małych, perspektywicznych i dochodowych firm. Firmom, które mogą trafić na ten parkiet, warto się przyjrzeć. Intraco –  spółka, której wartość księgowa sięga 80 mln zł – zawiaduje położonym w  centrum Warszawy wieżowcem. Jest samoobsługową kopalnią złota. W 2008 r. osiągnęła 23 mln zł przychodów i 4 mln zł zysku. Przedstawiciele spółki zapewniają, że rok 2009 także był rentowny. To marzenie każdego funduszu emerytalnego poszukującego stałych i odpornych na kryzys źródeł dochodu. Nie ma powodów, żeby pod państwową kuratelą nadal działały takie przedsięwzięcia jak fabryka zegarów i wodomierzy Metron Clocks, firma przewożąca zwierzęta Agrosped czy producent przyczep kempingowych.

Wyprzedaż zasobów Ministerstwa Skarbu to także szansa dla  przedsiębiorców, którzy stosunkowo niewielkim nakładem mogą rozbudować swoje już działające przedsiębiorstwa, przejmując konkurencję. Warszawska firma przewozowa Mobilis stara się o kupno siedmiu firm PKS, m.in. w Ciechanowie, Mławie, Ostrołęce i Płocku. – Są interesujące, bo  mają klientów, podczas gdy rynek przewozów osób się kurczy. Ludzie przesiadają się do własnych aut – mówi Eugeniusz Szymonik, prezes Mobilisu.

Wygląda na to, że dopiero konieczność łatania dziury budżetowej wpływami z prywatyzacji pozwoli wielu firmom wyjść na dobre spod kurateli skarbu państwa. Jeśli to się szybko nie stanie, to z roku na rok będą tracić na wartości. – Gdy przyszły czasy prywatyzacji, wiedzieliśmy, że i nas ona czeka. Woleliśmy wyprzedzić bieg wydarzeń. Niemal wszyscy pracownicy wzięli kredyty i wykupiliśmy 25 proc. udziałów, państwo dorzuciło kolejne 11 proc. Teraz chcemy kupić resztę –  opowiada Ryszard Bielawski, prezes Telkom-Telmor z Gdańska, jednego z  niewielu polskich producentów sprzętu do odbioru radia i telewizji (m.in. kabli koncentrycznych, konwerterów, wzmacniaczy i anten). Jej klientami są m.in. operator kablowy Vectra czy duński Triax. Telkom-Telmor zatrudnia 234 osoby. Z powodu kryzysu po raz pierwszy od  wielu lat w zeszłym roku odnotował stratę. Prezes Bielawski boi się, że  jeśli ministerstwo postanowi jednak sprzedać spółkę w drodze przetargu, skorzystają konkurenci – przejmując ją i likwidując.

Państwowe firmy pozostawione na żer lokalnych polityków na ogół nie działają po to, żeby zarabiać, ale by spełniać zachcianki lokalnych władz. Majątek spółki Polskie Tatry (wille, hotele, restauracje) można porównać z  hotelarsko-gastronomicznym imperium najbogatszych zakopiańczyków – Adama Stocha czy Adama Bachledy-Curusia. Firma nie przynosi jednak dochodu, bo  na jej wynikach ciążą koszty obsługi niemal 40 mln zł kredytu na  dokończenie budowy zakopiańskiego aquaparku. Niedochodowy i kosztowny obiekt „nakazał" wybudować lokalny samorząd – właściciel 28 proc. udziałów spółki.

Kryzys przypomniał, że firmy prywatne są lepiej zarządzane niż państwowe. GUS w specjalnym badaniu podsumował wyniki przedsiębiorstw w Polsce po pierwszym kryzysowym roku, czyli roku 2008. 77 proc. prywatnych firm zakończyło rok z zyskiem. W państwowych odsetek wyniósł 70 proc. Prywatne firmy miały znacząco lepsze wskaźniki rentowności, niższe koszty, a po spadkach sprzedaży – mniej towaru w  magazynach. Prywatne przegrywały z państwowymi tylko w jednej kategorii: miały mniej gotówki. To jednak można zinterpretować tym, że lepiej zarządzają pieniędzmi lub że inwestują.

Państwo niechętnie wykłada pieniądze na inwestycje. – Kiedy pokazałem nasz Zremb przedsiębiorcy z  Belgii, stwierdził, że tak stare maszyny widział ostatnio w muzeum techniki – opowiada Zenon Kiszkiel, właściciel kopalni i kamieniołomu w  Strzegomiu. Stara się o kupno lokalnego Zrembu, znanego producenta betoniarek. Chce zainwestować 6 mln zł. – Firma jest trochę zapuszczona, ale zatrudnia dobrych fachowców. Jeśli zapewnić jej nowoczesne technologie, to odzyska świetność – dodaje Kiszkiel.

Wiele spółek może jednak nie dotrwać do końca akcji prywatyzacyjnej. Wrocławski Archimedes, producent narzędzi hydraulicznych, czeka na zmianę właściciela 16 lat. W 2007 r. MSP nawet ogłosiło przetarg, ale żaden z  trzech chętnych nie zaproponował zadowalającej kwoty. Szkoda, to był najlepszy okres, żeby firmę sprzedać, bo była rentowna. W 2009 r. obroty spadły o ponad 40 proc. i pojawiła się strata. Spółka przetrwała kryzys, bo sprzedała część nieruchomości. Zarząd obawia się, że skończy się likwidacją. Jeśli tak – pod młotek pójdzie 2,5 ha w centrum Wrocławia. Może skarb państwa zarobi na tym kilka złotych. Spółka już nie.

Okładka tygodnika WPROST: 23/2010
Więcej możesz przeczytać w 23/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0