Muzeum, czyli marka

Muzeum, czyli marka

Efekt Bilbao trwa. W Rzymie w zeszłym tygodniu otwarto muzeum MAXXI – futurystyczny kompleks zaprojektowany przez Zahę Hadid. A w maju w Metzu zaczęła działać nowa siedziba Centrum Pompidou. Muzea budzą emocje. Czyni się z nich towar polityczny, propagandowy, również źródło wielkiego dochodu. Jak długo jeszcze?
Muzeum Guggenheima w Bilbao otwarto 13 lat temu. Od tego momentu mówi się o „efekcie Bilbao". Co się wydarzyło w prowincjonalnym hiszpańskim mieście? Pojawiła się widowiskowa budowla autorstwa celebryty w swym fachu Franka Gehry’ego, która stała się ikoną współczesnej postmodernistycznej architektury. O muzeum pisano i fotografowano je bez końca. Budynek wystąpił nawet w początkowej scenie filmu „Światto za  mało” z 1999 r. o przygodach agenta 007 Jamesa Bonda.

Pojawiły się też naprawdę duże pieniądze, bo wielkie rzesze turystów zaczęły nawiedzać miasto i do dziś nie przestają. Tylko w ciągu dwóch pierwszych lat istnienia muzeum odwiedziło ponad 250 tys. osób, z czego aż 80 proc. przyjechało do Bilbao właśnie w tym celu. Co prawda do sukcesu, którego znakiem jest muzeum, miasto przygotowywało się starannie także na innych polach, np. budując metro (którego stacje zostały zaprojektowane przez sir Normana Fostera, również gwiazdę architektury) oraz umieszczając nastromych ulicach położonych na zboczach ciągi ruchomych schodów. Ale  to symboliczny potencjał nowego muzeum wyzwolił sukces miasta. – Nie  można się obrażać, trzeba potraktować architekturę muzealną jak atrakcję turystyczną – mówi „Wprost" prof. Charlotte Klonk, historyk sztuki, wykładowca na berlińskim Uniwersytecie Humboldta. – To fakt, że ludzie zaczęli masowo przyjeżdżać do Bilbao dopiero po pojawieniu się w nim Muzeum Guggenheima.

Rzecz jasna, już wcześniej próbowano podobnych przeszczepów. Na przykład w latach 70. XX wieku Fundacja Guggenheima została obdarowana wspaniałą donacją: kolekcją sztuki awangardy I połowy XX wieku i XVIII- -wiecznym weneckim pałacem. W ten sposób w Wenecji, w  pałacu przy Canale Grande, powstała pierwsza zamorska placówka Muzeum Guggenheima ze wspaniałymi zbiorami m.in. twórców amerykańskich Marka Rothko czy Roya Lichtensteina. Teraz wizyta w muzeum w Palazzo Venier dei Leoni to ważna pozycja w programie turystów zwiedzających Wenecję.

Bilbao zapoczątkowało zupełnie nowy światowy trend. Efektowne muzea budowane są w najbardziej odległych zakątkach globu.W Ad-Dausze w  Katarze I.M. Pei, twórca szklanej piramidy na dziedzińcu Luwru, realizuje Muzeum Sztuki Islamskiej. Przed rokiem otwarto nowe Muzeum Akropolu projektu Bernarda Tschumiego: czteropiętrowy gmach przypomina statek Marsjan zaparkowany w środku dzielnicy mieszkalnej. Do tej serii muzeów-ikon, które chcą wykorzystywać efekt Bilbao, wciąż dołączają kolejne – ostatnio w Rzymie i Metzu.

Rzymskie Muzeum Narodowe Sztuki XXI wieku projektu Zahy Hadid, najjaśniejszej gwiazdy współczesnej architektury, wygląda, jakby powstało pod wpływem rycin Giovanniego Piranesiego czy mrocznych obrazów M.C. Eschera. Betonowe ściany, skomplikowane klatki schodowe. W kolekcji MAXXI znajdują się dzieła międzynarodowych gwiazd, takich jak Andy Warhol, Ed Ruscha i  Gerhard Richter, ale „zabrakło lokalnych tematów. Kolekcja jest raczej bezpieczna niż nowatorska – mówi „Wprost" Joanna Mytkowska, dyrektor warszawskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej. – Podobnie zresztą jak sam budynek, który powstawał bardzo długo, bo 12 lat, i to, co było w projekcie świeżego, stało się już lekko anachroniczne. Niemniej jednak to architektura na przyzwoitym poziomie”.

Metz na siedzibę nowego oddziału Centrum Pompidou wybrano starannie, jako punkt łatwo dostępny dla przybyszów z Belgii, Luksemburga i Niemiec. Budynek ma lubianą przez turystów zuchwałą bryłę. Architekt Shigeru Ban przyznaje, że inspiracją stał się dla niego kształt chińskiego kapelusza znalezionego na pchlim targu. Charakterystyczne poziome tuby – peryskopy zwrócone na trzy strony świata – wykorzystywano w architekturze muzealnej już wcześniej (np. Muzeum Multimedialne Dysku z Nebry w Saksonii). Tym razem nazwa kojarzona z architektonicznym skandalem (kiedy w latach 70. XX wieku między ciężkie hausmannowskie kamienice Renzo Piano i Richard Rogers wtłoczyli industrialną, oplecioną rurami bryłę Centrum Pompidou, protestom nie było końca) firmuje więc tylko lekkostrawną pseudoawangardę. Ale kurator placówki obiecuje inne atrakcje. –  Wszystkie nasze projekty będą prowokującą niespodzianką – mówi Laurent Le Bon. Ekspozytura w Metzu będzie się posiłkować zasobami z paryskiej kolekcji stałej, co stanowi swoistą gwarancję poziomu. A wkrótce otwarcie kolejnego Centrum Pompidou, tym razem w Szanghaju.

Modzie na ekspansję uległa nawet największa muzealna legenda – paryski Luwr. Już niedługo w jego salach odbywać się będą komercyjne imprezy, a  sama nazwa sygnować będzie mniejsze i większe filie. Pierwsza z nich, lokalna i francuska, ma powstać w Lens za dwa lata. Niedawno wmurowano kamień węgielny pod nowoczesny ażurowy budynek autorstwa wyróżnionego w  tym roku Nagrodą Pritzkera duetu Sanaa. Luwr – Lens będzie dysponował powierzchnią umożliwiającą ekspozycję około 250 dzieł ze zbiorów paryskich. Władze muzeum uspokajają, że oddalonej placówce nie  zamierzają wciskać wiecznych rezydentów magazynów, ale dzieła pierwszoligowe: Leonarda da Vinci, Rembrandta, Rafaela, Botticellego. Takie, dla których warto się pofatygować na wietrzne wybrzeże. Mury jeszcze nie stoją, ale szacunki dochodów są już dość precyzyjne. Oblicza się, że nowa siedziba Luwru będzie przyciągać rocznie pół miliona odwiedzających. Bo nikt nie ukrywa, że dla małego Lens z  nieczynnymi kopalniami i zaledwie średnio popularnym klubem piłkarskim inicjatywa muzealna to akcja typu „być albo nie być".

Zupełnie inne motywy wpłynęły na decyzję o powstaniu Luwru w stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich Abu Zabi. Jak wszystko, co buduje się tam teraz, także filia francuskiego muzeum będzie gigantyczna. Wypożyczenie arcydzieł Luwrowi bis i użyczenie mu nazwy będzie kosztować w ciągu 30  lat 700 mln dolarów. Umowa zapewnia dziełom sztuki opiekę francuskich kustoszy i konserwatorów. Zyski z kontraktu przeznaczone są dla  „udziałowców", czyli muzeów wypożyczających prace. Lwia część tych pieniędzy zasili budżet Luwru.

Inicjatywa władz wywołała ferment środowiskowy i społeczny. Pod internetową petycją „Muzea nie są na  sprzedaż" podpisali się nie tylko muzealnicy, dyrektorzy placówek i  krytycy sztuki. Jednym z inicjatorów powstania listu protestacyjnego jest Jean Clair, wieloletni dyrektor oraz twórca paryskiego Muzeum Picassa i dyrektor Stulecia Biennale w Wenecji (a także autor wydanej w  ubiegłym roku po polsku książki „Kryzys muzeów. Globalizacja kultury”). Z głębokim oburzeniem wieszczy on upadek zachodniej kultury rozpuszczonej w arabskim słońcu wśród pól golfowych, kasyn i nocnych klubów.

Niestety, to raczej głos wołającego na puszczy, bo od lat „prace terenowe" prowadzi także petersburski Ermitaż. W ostatniej dekadzie otwarto filie w Londynie, we włoskiej Ferrarze i w Tatarstanie, a  ostatnio pozyskano atrakcyjną siedzibę w XVII-wiecznym zamku Amstelhof w  Amsterdamie.

Prezydent Francji Nicolas Sarkozy, przyjmując w 2008 r. od  arabskiego księcia Al- -Sauda fundusze na stworzenie na dziedzińcu Luwru osobnej galerii eksponującej dzieła sztuki islamu, stwierdził, że  Francja jest przyjaciółką krajów arabskich i nie zależy jej na wojnie cywilizacji Wschodu i Zachodu. Atrakcyjny projekt, zwany przez paryżan welonem, zaprojektował Jean Nouvel, autor dobrze starzejącego się zespołu budynków paryskiego Instytutu Świata Arabskiego. Powstanie Luwru na  piaskach to druga część tego planu, opartego na przekonaniu (według słów ministra kultury w latach 2004-2007 Renauda Donnedieu de Vabresa), że  kultura to kapitał, który powinien przynosić zyski.

Co oczywiste, nie wszyscy są szczęśliwi z takiego postawienia sprawy. –  „Gioconda" Leonarda nie była malowana po to, by oglądały ją tłumy, portret tworzony był na zamówienie męża. Dziś jest obiektem masowej wyobraźni – konstatuje prof. Maria Poprzęcka, wieloletnia szefowa Instytutu Historii Sztuki UW. – Dzieła sztuki są jak celebryci, funkcjonują jak popkulturowe instytucje. A wiele muzeów ma dziś ambicje bycia interdyscyplinarnymi centrami kultury. Luwr już to robi, stając się wielofunkcyjnym kombinatem do spędzania wolnego czasu. W wielu wypadkach dokonuje się przemiana ze świątyni sztuki w Disneyland.

A co z  samymi budynkami, bo także ich forma budzi dyskusje? Choć każdy chciałby przyciągnąć do swojego miasta takie pieniądze, jakie zarobiło muzeum w  Bilbao, to jednak nie wszyscy chcą takiej wiecznej instalacji w tkance miasta (tam zresztą obiekt stoi nad rzeką i bezpośrednio nie konkuruje z  architekturą zastaną).

– Problemem jest przyzwyczajenie, które odbiorcy architektury mają od lat 90., polegające na oczekiwaniu, że siedziby instytucji powinny być budynkami o agresywnej, ikonicznej architekturze i szokować formą – wyjaśnia „Wprost" Jarosław Trybuś, krytyk architektury i jeden z kuratorów nagrodzonej Złotymi Lwami wystawy w  pawilonie polskim na XI Biennale Architektury w Wenecji. – To wciąż efekt Bilbao, ale od tego czasu minęło 13 lat, a to, zwłaszcza w naszej epoce, kawał czasu. Tego typu architektura przeszła już do historii, wyszła z mody.

A zatem efekt Bilbao wciąż działa, ale zaczyna irytować. Sami muzealnicy zaczynają się buntować przeciwko muzeom, w których architektura okazuje się ważniejsza od sztuki. – Widziałem kiedyś Muzeum Sztuki Współczesnej projektu Oscara Niemeyera w Niterói. To spodek stojący na wyspie, a z okien widać całe Rio de Janeiro – wspomina prof. Piotr Piotrowski, dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie. – Znajomy profesor historii sztuki z Brazylii powiedział mi: Niemeyer zrobił to celowo, żebyś zwracał uwagę na okna, a nie na to, co wisi między oknami.

Wygląda na to, że po  latach architektonicznej ekstrawagancji coraz bardziej tęsknimy za  bryłami wyciszonymi. Być może w tę kolejną modę wpisze się Warszawa ze  swoim skromnym, powściągliwym Muzeum Sztuki Nowoczesnej budowanym na  placu Defilad przez Christiana Kereza.

Współpraca: Iga Nyc, Dawid Karpiuk
Okładka tygodnika WPROST: 24/2010
Więcej możesz przeczytać w 24/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także