Znaczy kapitan

Znaczy kapitan

Przez 32 lata pływał po morzu. Mimo to żona go nie zostawiła, a dzieci nie wyklęły.
Kapitan Jerzy Radomski sądził, że wpłynie do portu w Świnoujściu po  cichu. Był zaskoczony, kiedy okazało się, że asystuje mu ponad dwadzieścia jachtów, a na brzegu czekają dziennikarze. Najpierw zaprosił ekipę powitalną na rum. Potem zjadł pierogi (ruskie i z mięsem). I  zachwycił się portem. – Wspaniałe uczucie, gdy wpływa się, a wszystko dookoła jest takie eleganckie. Jak wypływałem, stały tutaj radzieckie okręty – mówi. 27 czerwca o kapitanie Jerzym Radomskim usłyszała cała Polska: tego dnia zakończył najdłuższy rejs w historii polskiego żeglarstwa. Na jachcie „Czarny Diament" pływał... 32 lata. Z krótkimi przerwami.

Gdy Jerzy Radomski miał 14 lat, uzbierał pieniądze na wyprawę z rodzinnego Działdowa do Trójmiasta. I zakochał się w morzu. Siedział na nabrzeżu i patrzył na jachty. – Zastanawiałem się, co jest tam dalej, za tą wodą – wspomina dziś. – Pytałem, czy mogę w czymś pomóc, chciałem pracować nawet za darmo, ale wszyscy mnie przeganiali.

Po powrocie każdą wolną chwilę spędzał na okolicznych jeziorach, jednak pierwszy kurs żeglarski skończył dopiero w wojsku. Po wyjściu do cywila przeprowadził się na Śląsk i zaczął pracę jako elektryk w kopalni w Jastrzębiu-Zdroju. O żeglowaniu nie przestał myśleć. Dlatego gdy w 1965 roku prosił ukochaną Barbarę o rękę, zastrzegł, że czeka go jeszcze wielka podróż. Chyba mu nie uwierzyła, bo to były czasy, gdy otrzymanie paszportu graniczyło z cudem. Ale już dwa lata później wypłynął w swój pierwszy rejs poza bałtycki, do wybrzeży Jugosławii. – To  była bajka. Chciałem więcej! – mówi. Radomski założył w Jastrzębiu górniczy klub żeglarski, a w 1970 roku został kierownikiem wyprawy do  Afryki i na Wyspy Kanaryjskie. Razem z kolegami z kopalni przez cztery lata zbierał pieniądze na ten rejs.

To podczas rejsu na Kanary kapitan Radomski wraz z załogą dostali zaproszenie do udziału w regatach dookoła świata. – Postanowiłem wtedy: trzeba zbudować własny jacht! Ówczesny dyrektor kopalni dał mi wolną rękę i miejsce na terenie zakładu, gdzie mógłbym spokojnie budować – opowiada. Sam wymyślił, jak ma wyglądać jacht, i pojechał z rysunkami do szczecińskiego konstruktora Kazimierza Michalskiego, który zrobił projekt. – Pracowałem osiem godzin w kopalni, a potem razem z kolegami kolejne osiem przy jachcie. Spałem po trzy godziny na dobę – mówi.

Młodsza siostra kapitana Wanda Radomska-Retelewska wspomina, że kiedy pierwszy raz zobaczyła powstający jacht, przestraszyła się. – Jezus, Maria! Jurek, taką łupiną orzecha na  oceany chcesz się wybrać? – wykrzyknęła. Inaczej zapamiętał to mały Mariusz, syn Radomskiego. – Ojciec przemycił mnie na teren zakładu. Byłem zdumiony, że coś tak wielkiego można wybudować własnymi rękami –  mówi. 44-letni dziś Mariusz Radomski pamięta też długie rozmowy ojca z  kolegami zapraszanymi do domu. – Wszystko kręciło się wokół jachtu. Roztrząsali jakieś techniczne problemy, planowali – mówi.

6 maja 1978 roku „Czarny Diament" został zwodowany w Trzebieży, a na port macierzysty wybrano Szczecin. 22 czerwca 1978 r. dokładnie o godz. 22.55 „Czarny Diament” z 15 osobami na pokładzie wypłynął ze Świnoujścia w  rejs zaplanowany na... cztery lata. Peerelowskie media informowały wtedy, że płynie w świat sławić polski węgiel.

Chorągiewki na mapie
– Dla mnie to był po prostu kolejny rejs taty. Były akurat wakacje, a on wypłynął razem z mamą. Ja miałem 12 lat, siostry 9 i 3 lata. Całe lato spędziliśmy wtedy u dziadków. We wrześniu okazało się, że wróciła tylko mama. Wtedy zrozumiałem, że tata nie pojawi się prędko w domu – wspomina Mariusz Radomski. Wkrótce od ojca zaczęły przychodzić pocztówki wysyłane z kolejnych portów, które odwiedzał. – W moim pokoju wisiała duża mapa świata. Robiłem kolorowe chorągiewki na szpilkach i wbijałem w kolejne miejsca na mapie, śledząc rejs taty. Byłem z niego dumny – opowiada.

Siostra kapitana Wanda Radomska-Retelewska wspomina, że kiedy brat wpłynął na Ocean Indyjski, rodzina straciła z nim kontakt na kilka miesięcy. – To były dramatyczne chwile. Baliśmy, że coś mu się stało. A ludzie zaczęli plotkować, że uciekł i ukradł jacht zbudowany wspólnie z kolegami – opowiada.

Gdy „Czarny Diament" zacumował u brzegów Australii, kapitan pobiegł do budki telefonicznej i zadzwonił do żony. Radość nie trwała jednak długo. Wkrótce potem okazało się, że rejs nie  zakończy się zgodnie z planami po czterech latach. – W Polsce był właśnie stan wojenny, niepewna sytuacja. Nie jestem tchórzem, ale po  prostu wtedy nie widziałem lepszego rozwiązania. Dostałem aprobatę żony i zostałem na morzu – mówi kapitan. Zarabiał, wożąc w sezonie turystów, a kiedy kończyły się pieniądze, podejmował się każdej pracy. – Budowałem tunel pod drogą w Australii, jacht w Mozambiku, byłem elektrykiem w  jednej z afrykańskich papierni, pracowałem w drukarni w Afryce, u  zaprzyjaźnionego żeglarza – opowiada Radomski.

Przez 32 lata Jerzy Radomski był w Polsce zaledwie kilkanaście razy. – Najadałem się serniczków, makowców, a kiedy uznawałem, że za dużo ciałka mi przybyło, ruszałem na morze – śmieje się. Najdłuższy pobyt w kraju trwał pół roku.

Żona kapitana unika dziś wywiadów, podobnie jak mieszkająca w  Jastrzębiu-Zdroju córka Agnieszka. Sam kapitan twierdzi, że zraziły się do dziennikarzy, bo nachalnie zadawali im zbyt intymne pytania. –  Uszanujcie ich prywatność – prosi. Pytany, czy żona nigdy nie miała do  niego żalu, odpowiada: – Najważniejsze, że ciągle jesteśmy razem.

Znajomi Barbary mówią, że zawsze denerwowała się, gdy ktoś sugerował, by  znalazła sobie innego. – Jerzy jest moim mężem i tak zostanie! – mówiła stanowczo. Kiedy tylko mogła, pływała razem z nim. Na „Czarnym Diamencie" małżonkowie obchodzili 40. rocznicę ślubu.

Mariusz Radomski przyznaje, że wiele osób ocenia jego ojca jednoznacznie: – Mówią, że  zostawił żonę z trójką dzieci – stwierdza. – Rzeczywiście, najtrudniej było mamie. To ona na co dzień musiała się zmagać z problemami trójki dorastających dzieci. Gdy byliśmy starsi, tata pisał do każdego z nas osobne listy. Nie wiem, co pisał do sióstr. Ale do mnie pisał jak przyjaciel. Jeśli miałem jakieś problemy, na przykład w szkole, to nie pouczał, ale opowiadał, jak on sobie radził, kiedy był w moim wieku –  wspomina Mariusz.

11 razy dookoła ziemi
Kiedy w Jastrzębiu-Zdroju życie toczyło się wokół codziennych problemów, Jerzy Radomski walczył z żywiołami. Już po roku wyprawy „Czarny Diament" wpadł na rafę u wybrzeży Etiopii. Część załogi zrezygnowała z walki, ale  pozostali żeglarze przez ponad dwa miesiące wykuwali w rafie rynnę, przez którą wyprowadzili potem jacht. – To była mordercza praca, ale  udało się! Przydało się górnicze doświadczenie – żartuje dziś kapitan. Na morzu przeżył również dwa spotkania z piratami, opierał się wiatrom osiągającym 12 stopni w skali Beauforta i falom dochodzącym do 20 metrów. – On jest oazą spokoju. W najtrudniejszych sytuacjach potrafi trzymać nerwy na wodzy – mówi jego krewny Andrzej Bugajski. – Uparty, zdeterminowany, świetny przywódca z poczuciem humoru – wyliczają Patrycja Długoń i Mikołaj Westrych, którzy postanowili nagłośnić powrót „Czarnego Diamentu” do Polski. – On sam jest bardzo skromny. O  najbardziej niesamowitych przygodach opowiada tak zwyczajnie, jakby mówił o wyprawie do sklepu po bułki – mówi Marek Słaby z Polskiej Fundacji Morskiej.

Przez 32 lata jacht przepłynął niemal 240 tys. mil morskich, okrążając ziemię jedenaście razy. W tym czasie przez pokład przeszły 1063 osoby z 37 krajów. Przez 11 lat członkiem załogi był pies Burgas, potem 19 lat Bosman. Wiele razy gościli na łodzi najbliżsi kapitana – żona, dzieci, potem wnuki. Jerzy Radomski często mówi o swoim dziewięcioletnim wnuku Michale (syn Mariusza i Małgorzaty): – Począł się na „Diamencie!" I w pierwszy rejs wypłynął, jak miał trzy miesiące. A  ostatnio powiedział mi, że jak dorośnie, to też wybuduje jacht.
Okładka tygodnika WPROST: 29/2010
Więcej możesz przeczytać w 29/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także