Wojna na górze wciąż trwa

Wojna na górze wciąż trwa

Dokładnie 20 lat temu wybuchła wojna na górze. To wtedy zaczęła się historia prawdziwej demokracji w Polsce. Ale to również wtedy w polityce pojawiła się retoryka „rewolucji moralnej”. Niestety, żywa do dziś. Zwłaszcza po katastrofie smoleńskiej.
Dwadzieścia lat temu ruch „Solidarności", od zawsze federacyjny i  skłócony, ale do 1990 roku względnie zwarty w działaniu, rozpadł się z  hukiem. W czasie wojny na górze rozsypały się Komitety Obywatelskie (struktura władzy powołana przez „Solidarność" w 1989 roku), za to  powstały nowoczesne partie polityczne. Bezpośrednią konsekwencją wojny solidarnościowych elit były wybory prezydenckie (grudzień1990), w  których Lech Wałęsa i Tadeusz Mazowiecki rywalizowali o głosy, a  pośrednią – wielopartyjne wolne wybory (listopad 1991). Wielkie wydarzenie leżące u podwalin demokratycznej Polski… A jednak weterani wojny rozpalonej latem 1990 roku wspominają ją niechętnie lub wcale. Bo  chwały nie przyniosła.

Po pierwsze, towarzyszyła jej pospieszna deheroizacja. Solidarnościowi wszyscy święci atakowali się bez pardonu. A przecież Antoni Macierewicz, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń, Jan Olszewski czy Lech Wałęsa znajdowali się wtedy na szczytach polityki właśnie dzięki temu, że przez długie lata komunistycznych represji lśnili jak diamenty. „Jak to jest możliwe, że człowiek jeszcze niedawno tak wspaniały wygaduje dzisiaj takie rzeczy" – gorączkował się młody dziennikarz wydawanego przez „Solidarność" „Tygodnika Gdańskiego” –  Jacek Kurski. Jeszcze przed chwilą Władysław Frasyniuk, bity w więzieniu niezłomny z Wrocławia, był dla młodej konspiry bohaterem, „dziś” stawał się uczestnikiem starcia, w którym podział na szlachetnych („My”) i  ześwinionych(„Oni”) przechodził wewnątrz dawnej opozycji. Myślenie, że  nasi przeciwnicy stoją tam, gdzie kiedyś stało ZOMO, narodziło się w  początkach III RP.

Po drugie, dlatego że ze współczesnej perspektywy widać, że beneficjentami wojny na górze nie byli jej uczestnicy, ale  dawni towarzysze. Solidarnościowcy, bezapelacyjni zwycięzcy plebiscytu z  4 czerwca 1989 roku, powzięli nagle przekonanie, że rząd dusz i rząd polityczny po prostu im się należą. Kto zresztą im zagrażał, poza kolegami z ruchu? Komuna rozpadła się, partia komunistyczna doszła do  wniosku, że nic już po niej, i w styczniu 1990 roku po prostu się rozwiązała. W pierwszych w pełni wolnych wyborach w maju 1990 roku jej następczyni, niesławnej pamięci Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej, zdobyła 1,5 proc. głosów. Naprawdę wydawałosię, że ludzie dawnej „Solidarności" wzięli wszystko i na zawsze. Jarosław Kaczyński wspominał, że Wałęsa po wymęczonym zwycięstwie w wyborach prezydenckich nad kandydatem z Peru Stanisławem Tymińskim (grudzień 1991), miał poczucie, że objął ten urząd nie na pięć lat, nie na dwie kadencje nawet, ale „na zawsze". Prezydent elekt trwał w złudzeniach, ale nie on jeden. Trzy lata po rozpętaniu wojny na górze SdRP i postkomunistyczne PSL wygrały wybory parlamentarne, skłócone i rozbite partie postsolidarnościowe w większości nie przeszły nawet progu wyborczego – w  tym Porozumienie Centrum Jarosława Kaczyńskiego.

Strach przed elektrykiem

Po trzecie, dlatego że rzesze Polaków, zwolenników „Solidarności", zostały podzielone na „Solidarność" A i „Solidarność” B przez banialuki. Oficjalnym powodem ówczesnych działań Wałęsy był niepokój związany z  powolnością solidarnościowego premiera Mazowieckiego. „Gdy Mazowiecki został premierem, wziąłem sobie urlop; teraz wracam z urlopu” –  zapowiedział przewodniczący „Solidarności” w maju 1990 roku. Mniej oficjalnym, ale wciąż zrozumiałym powodem było przeciwdziałanie marginalizacji Wałęsy przez Mazowieckiego. Obóz Wałęsy opracował jednak bardziej ujmującą za serce wizję, w której walka szła o wolność, demokrację i pluralizm, a nie o ambicje przewodniczącego „Solidarności”.

W środowisku związanym z takimi postaciami, jak Jacek Kuroń, Bronisław Geremek (szef Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego) czy Andrzej Wielowieyski, rzeczywiście spowalniano proces przekształcania się Komitetów Obywatelskich w partie polityczne i promowano niejasny projekt postpartyjnej, postideologicznej polityki. Można się było gorszyć tymi pomysłami i przeciwdziałać im, ale dorabianie do tego konfliktu legendy nowej wojny o wolność było mydleniem oczu. Nie było w Polsce takiej siły, która mogłaby zastąpić rozpadający się system jakąś monopartią. Na  pewno nie były taką siłą Komitety Obywatelskie, ostatnie w naszych dziejach pospolite ruszenie.

Równocześnie druga strona odpowiedziała mitem nieuchronnego końca świata – o ile prezydentem zostanie Lech Wałęsa. Apriorycznie uznano, że Zdzisław Najder, bracia Kaczyńscy, młodzi liberałowie z Gdańska, Stefan Niesiołowski czy Jacek Maziarski, muszą zniszczyć wszystko, co dobrze zrobiliby Geremek, Kuroń, Hall i  Niezabitowska. Narastała panika, że elektryk z Gdańska byłby prezydentem populistą marnującym jeszcze niewidoczne owoce reform Balcerowicza, odwołującym się do demonów polskiego nacjonalizmu i antysemityzmu (trzeba przyznać, że kandydat puścił oko do widowni w sprawie „osób, które nie przyznają się do swego pochodzenia"), niszczycielem, prymitywem bez przygotowania, małpą z brzytwą, ukrytym dyktatorem, politykiem na czas walki, a nie na czas budowania itp. „Pan jest jeszcze młody, niech pan się języków pouczy" – napominał robotnika, któremu przyszło do głowy zostać prezydentem, Andrzej Szczypiorski, niedoszły lider Partii Polskiej Inteligencji. Adam Michnik w charakterystycznym dla siebie stylu pisał: „Muszę zakładać, że przypisane mi będą intencje najbardziej nikczemne (…). Dłużej milczeć mi już nie wolno (…). Prezydentura Lecha Wałęsy może być dla Polski katastrofą, może to być pierwszy reżim typu peronistowskiego w Europie centralnej”. Rolę straszaka odegrał tutaj zmarły w 1974 roku argentyński przywódca Juan Domingo Perón.

W dyskusji padały również postulaty, które, jak się wydawało, niosły konkretną treść, np. „przyspieszenie" (w domyśle –  instytucjonalnych zmian zamykających w Polsce epokę postkomunizmu), wyprowadzenie wojsk radzieckich z Polski, korektę refom Balcerowicza, porzucenie grubej kreski (w domyśle – dobranie się do skóry spółkom nomenklaturowym i dawnym esbekom). Tempo, w jakim te hasła porzucono, szokowało. Nowy prezydent tolerował wokół siebie ludzi z dawnych służb, rozpraszał swoich zwolenników, walczył o emerytury dla byłych esbeków, zaczął prowadzić nadostrożną politykę wobec Moskwy, Balcerowicza zostawił na pozycji wicepremiera od spraw gospodarczych. Nie okazał się Perónem ani kometą zapowiadającą koniec świata. Okazał się wielkim rozczarowaniem dla tych, którzy wierzyli w charyzmę Wałęsy.

Rewolucja zamiast polityki

To w czasie wojny na górze rozmowę o polityce zastąpiła zatem ostatecznie retoryka „rewolucji moralnej" (termin w Polsce o długiej, sięgającej XIX wieku tradycji). Nadużywano języka ocen moralnych, ponieważ nie umiano nazwać faktycznej treści sporu językiem polityki. Wiesław Walendziak, przeżywający na początku lat 90. szczyt publicystycznego zaangażowania, pisał przed wyborami prezydenckimi: „Nikt nie pyta dzisiaj o przekonania, liczy się tylko, czy jesteś >za<, czy >przeciw<. Jeżeli jesteś >za<, możesz wejść w krąg przyjaciół wodza, a to się może wiązać z bardzo konkretnymi przywilejami i >nadaniami?<.

Ofiarą farsy „rewolucji moralnej" stała się lustracja – ta dogrywka wojny na górze. Dokonało się wtedy (wiosna 1992) znamienne przetasowanie. Rząd Jana Olszewskiego powołany przez chybotliwą koalicję ugrupowań popierających Lecha Wałęsę został po pół roku obalony m.in. dzięki gorączkowej i brutalnej akcji prezydenta. Zwolennik rozbicia grubej kreski siekierką znacznie więcej zapału wykazał w boju z „chorymi psychicznie" zwolennikami lustracji niż w realizacji któregokolwiek z  punktów własnego programu wyborczego. Jacek Kuroń dzielnie mu sekundował, mówiąc o „grupie szaleńców, ludzi chorych”, którzy z pomocą wojska (?!) chcieli „sięgnąć po całą władzę” – wczorajsi „mazowieczycy” popierali Wałęsę z równą energią, jak przedtem go zwalczali. Język „rewolucji moralnej” narzucił siatkę pojęć, w której przeciwnik musiał zostać po prostu zniszczony.

Wojna na górze określiła polityczne podziały na kolejne 20 lat – ci, którzy wtedy byli rywalami, nawet jeśli działali w drugim lub trzecim szeregu, są nimi nadal. Żywy też pozostaje język „rewolucji moralnej", szczególnie po katastrofie smoleńskiej. Podobieństwa sytuacji tamtej i współczesnej są aż zaskakujące. Załamanie władzy komunistów w 1989 roku niosło nadzieję na „rewolucję moralną", ale skończyło się wojną na górze. Efektem nadziei na ponowną „rewolucję moralną” była ponowna wojna na górze. PO i PiS, dwie partie zaskakująco do siebie podobne i podobnie definiujące wroga (korupcja, nieprzejrzyste prawo, plastelinowy wymiar sprawiedliwości, bariery dla  przedsiębiorczości, Lew Rywin), z niezwykłym impetem zbudowały sobie fałszywe tożsamości rycerzy dobra – a z jeszcze większym impetem wmawiały swoim zwolennikom, że tamci stanowią „watahy zła”. Nawet nie  wiadomo, kiedy to się stało, a już zwolennicy PiS zaczęli wierzyć, że  Polska będzie uczciwsza w koalicji z Samoobroną niż z PO, a zwolennicy PO – że „rewolucją moralną” ma być po prostu odsunięcie od władzy braci Kaczyńskich.

Druga wojna na górze znów ułatwiła odpolitycznienie języka. Mamy dyskusję o „stylu uprawiania polityki", „klasie", „miłości” i, niestety, „krwi na rękach”. Oby rację miał Lech Wałęsa, który 20 lat temu prorokował: „Jak jest wojna na górze, społeczeństwo nie musi walczyć”.

Okładka tygodnika WPROST: 30/2010
Więcej możesz przeczytać w 30/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 3
  • Maria IP
    Wszyscy wiemy kto lubi wojować. Mam cichą nadzieję, ze ostatni taki wojownik ma już po 60. Zaszczepia tę miłość do wojny swoim szeregom, ale myślę, że wraz z nim wszystko się rozpadnie i zacznie się praca od podstaw bez rozróby tak niszczącej nasze Państwo.
    • Aferka IP
      Dlaczego muzułmanie i Al-Kaida w Polsce w osobie Abdula El-Assira i Agnana Kashogiego zbierają podpisy za usunięciem krzyża pod Pałacem Prezydenta RP a Polska wysyła żołnierzy aby z nimi walczyli ? Zobacz: Wojna o krzyż cz. 2 na youtube.
      http://www.youtube.com/watch?v=dQ1HlI9HMkg
      • xylon IP
        Dlatego znowu politykę trzeba sprowadzić na właściwe tory.Ludzie od 20 lat zasiadający w parlamencie nic nowego nie wniosą,marazm przez zasiedzenie,niekompetencje zrujnował kraj na długie lata.Dlaczego ustawy pod lobbystów okazują się takie skuteczne,profesjonalne pozwalające na mnożenie kapitału a ustawy reformujące kraj to większość same gnioty.Co powoduje ze zamiast korzystać,z i tak rozbudowanych instytucji,powołuje się następne-ciała doradcze ,komitety doradców,stabilności finansowej etc.Biurokracja z roku na rok rośnie tworząc plany roczne,5 letnie,do 2030!!.Nikt za nic nie bierze odpowiedzialności zasłaniając się ograniczonymi kompetencjami.Wojna na górze zeszła do ludzi których przerażenie ogarnia-kto nami rządzi

        Czytaj także