Godard: kinofil, buntownik, emeryt

Godard: kinofil, buntownik, emeryt

Mówiono o nim, że "jest bardziej popularny od papieża i nieco mniej od The Beatles. 50 lat temu nakręcił „Do utraty tchu” i kino już nigdy nie było takie samo. Jean-Luc Godard zapowiada reżyserską emeryturę. Wcześniej jednak przyjedzie do Wrocławia na festiwal Era Nowe Horyzonty.
Godard najlepsze lata przeżył w epoce Nowej Fali. To wtedy nakręcił najsłynniejsze filmy: „Alphaville", „Szalonego Piotrusia”, a przede wszystkim debiutanckie „Do utraty tchu”. Dzisiaj nieco zapomniana, na  przełomie lat 50. i 60. Nowa Fala odmieniła francuskie kino. I nie tylko. Pod jej wpływem byli filmowcy z Czechosłowacji i Polski. Później twórcy z kręgu duńskiej Dogmy.

Termin „Nowa Fala" wymyśliła Franćoise Giroud, dziennikarka i reżyserka. Posłużyła się nim do określenia powojennego pokolenia Francuzów, którzy odrzucili kodeks wartości ojców. Termin podchwycił Pierre Billard, francuski dziennikarz i historyk. Uznał, że doskonale oddaje zmiany, jakie dokonywały się wtedy we  francuskim kinie. Zaczęły bowiem powstawać filmy odzwierciedlające obyczajowy bunt młodych, a jednocześnie zrywające ze skostniałym kinem francuskim. O Nowej Fali mówi się, że to kino zrodzone z kina. Jej pojawienie się we Francji zostało bowiem poprzedzone przez tzw. cinéphilie – kinofilię, którą Tadeusz Lubelski, jeden z najlepszych polskich znawców tematu, interpretuje jako zamiłowanie do filmu podniesione do rangi życiowego powołania.

Precz z kinem papy!

W powojennych latach kino przestało być dla młodych Francuzów tylko rozrywką. Stało się pasją. Potrafili godzinami dyskutować o filmach, analizując ich każdy najdrobniejszy szczegół. Z kinofilii zrodził się w  1951 r. miesięcznik „Cahiers du Cinéma", który na wiele lat stał się jednym z najlepszych i najbardziej opiniotwórczych magazynów filmowych. To „Cahiers du Cinéma” wprowadziło system gwiazdkowej oceny filmów, który tak chętnie podchwyciły inne pisma. Jednym z współtwórców miesięcznika był wybitny teoretyk kina André Bazin. Do współpracy zaprosił młodych kinofilów: Erica Rohmera, Jacques’a Rivette’a, Claude’a Chabrola, Franćois Truffauta i Jean-Luca Godarda. Młodzi redaktorzy chłonęli filmy, ale nie byli bezkrytyczni. Często bezkompromisowi w  osądach, kpili z tradycyjnego kina francuskiego (nazywali je „kinem papy”), przeciwstawiając mu jako wzór kino amerykańskie. Chcieli, by  powstawało kino autorskie – tworzone nie przez filmowych rzemieślników, ale przez autorów, którzy do swoich filmów mają stosunek osobisty. Atakowali René Clementa i René Claira, ale wielbili Jean Renoira i  Roberta Bressona. To właśnie w „Cahiers du Cinéma” w 1954 r. Franćois Truffaut opublikował tekst, który stał się manifestem kina Nowej Fali.

Nowofalowcy odrzucali kino oparte na gwiazdach. Chcieli aktorów nieznanych czy wręcz naturszczyków. Stawiali na improwizację i zdjęcia w  naturalnych wnętrzach lub plenerach. Domagali się paradokumentalnej formuły. Wszystko po to, by kino wyglądało jak zapis życia. Wkrótce zresztą redaktorom „Cahiers du Cinéma" znudziło się samo teoretyzowanie. Postanowili wprowadzić swój program w życie. Zaczęli od  krótkometrażowych filmów amatorskich. Potem przerzucili się na  pełnometrażowe fabuły dla kina. Jako pierwszy przetarł szlak Claude Chabrol, kręcąc w 1958 roku „Pięknego Serge’a”.

Godard także chciał reżyserować. W 1954 roku za pieniądze zarobione przy budowie tamy nakręcił krótkometrażówkę, ale to było dla niego za mało. Frustrowało go  to, że koledzy z „Cahiers du Cinéma" wystartowali w kinie wcześniej od  niego. Zazdrościł zwłaszcza Truffautowi, którego debiut „Czterysta batów” zdobył w 1959 roku nagrodę za reżyserię na festiwalu w Cannes. Godard przyjaźnił się wtedy z Truffautem, co jednak nie przeszkadzało mu w ostrej rywalizacji. Ich drogi ostatecznie rozeszły się w 1968 roku, gdy Godard uznał, że Truffaut zdradził ideały Nowej Fali i zaprzedał się komercji. W latach 70. wymienili z sobą serię nieprzyjemnych listów. Godard nazwał byłego przyjaciela kłamcą, Truffaut odpłacił radą, by swoją kolejną produkcję Godard zatytułował „Gówno pozostaje gównem”.

Debiut bez scenariusza

Jednak na przełomie lat 50. i 60. jeszcze się przyjaźnili. Truffaut bezskutecznie próbował nakłonić swojego teścia, by sfinansował debiut Godarda „Do utraty tchu". I to Truffaut podsunął Godardowi pomysł na  scenariusz. Spisał go w formie konspektu na czterech kartkach papieru. Godard nigdy się nie pofatygował, by go rozszerzyć. Swoje zapiski w  sprawie fabuły zmieścił na pudełku po zapałkach.

„Do utraty tchu" (1960) powstawało na wariackich papierach. Pieniędzy ledwie wystarczyło na  podstawowy sprzęt. Zamiast wózka operatorskiego korzystano z wózka inwalidzkiego, który pchał sam Godard. Większość zdjęć powstała na  ulicach Paryża. Kręcono je tak szybko, że przechodnie zazwyczaj nie  zauważali nawet ograniczonej do minimum ekipy filmowej. Do legendy kina przeszła scena, w której paryski policjant biegnie na pomoc do  „umierającego” Jean- Paula Belmondo. Nie miał pojęcia, że to tylko film. Dialogi do konkretnych scen Godard wymyślał tuż przed ich kręceniem. Aktorzy sporo improwizowali. Tylko Belmondo, dla którego „Do utraty tchu” stało się początkiem pięknej filmowej kariery, uparł się, by  zapamiętywać teksty Godarda. A te dialogi też zrywały z tradycją „kina papy” – banalne myśli przeplatały się z dywagacjami na temat „Dzikich palm” Williama Faulknera.

Już w „Do utraty tchu" można dostrzec cechy, które staną się charakterystyczne dla stylu Godarda. Preferowaną przez nowofalowców tzw. niezależność twórczą Godard manifestował, ostentacyjne ignorując potrzeby widza. A to zdjęcia były prześwietlone, a to montaż sprawiał wrażenie niedbałego i rwanego, a to obraz drgał (większość zdjęć była kręcona z tzw. ręki). Nad filmem unosiła się aura pozornego, a w rzeczywistości dobrze kontrolowanego chaosu. „Historia powinna mieć początek, rozwinięcie i zakończenie, ale niekoniecznie w takim porządku” – to reżyserskie credo Godarda było potem wielokrotnie cytowane.

„Do utraty tchu" wciąż uchodzi za najlepszy film w dorobku Godarda. Znamienne, że jako jedyny od początku do końca utrzymany jest w jednej, tej samej konwencji – kina sensacyjnego. Kolejne już tej zasady nie  przestrzegały. „Alphaville” (1965) to na przykład niesamowita hybryda science fiction, czarnego kryminału, melodramatu, czarnej komedii i  ekstrawagancji, w której publiczne egzekucje dokonywane są na basenie olimpijskim, a wieńczy je szalony balet wodny.

Niestety, publiczność szybko poczuła się zmęczona Nową Falą. Zatęskniła za tradycyjnym „kinem papy". Część filmowców z Nowej Fali to zrozumiała, próbując – jak Truffaut – znaleźć kompromis. Godard kompromisów nie uznawał. Wraz z  malejącym zainteresowaniem Nową Falą malało także zainteresowanie jego filmami. Do tego doszły problemy z cenzurą na tle obyczajowym i  politycznym. W 1967 r. w filmie „Weekend” Godard ogłosił „koniec kina” i  postawił na kino eksperymentalne (kilkakrotnie potem próbował wrócić do  głównego nurtu filmowej produkcji, ale publiczność pozostawała na to  obojętna). Zainteresował się polityką.

Pobić producenta

Godard pochodzi z zamożnej mieszczańskiej rodziny, ale już jako student etnografii przejawiał zainteresowanie lewackimi ideami. Potem doszła fascynacja maoizmem. Pod koniec lat 60. założył grupę Dziga Viertowsympatyzującą z ideami socjalizmu. Marzył o nakręceniu biografii Trockiego z Johnem Lennonem w roli głównej. Muzyk odmówił, bo nie miał do Francuza zaufania. Godard zgodził się zrobić film o sytuacji w  Palestynie na zamówienie OWP, ale nie udało się zebrać potrzebnych funduszy. Zrobił dokument o Czarnych Panterach. Zaczął też obnosić się ze swoimi antyamerykańskimi poglądami. Nie uznawał świętości także w  kinie. Eisenstein? „Był pod wpływem faszysty Griffitha". Bunuel „kręcił filmy, bo pozwolił mu na to generał Franco”. Koledzy z Nowej Fali? „Nie interesują mnie ani oni, ani ich filmy”.

Gotów był bronić swoich poglądów i swojego kina. W 1963 r. spoliczkował asystenta producenta Carla Pontiego. A to dlatego, że Ponti wraz z producentem Josephem Levinem przemontował bez zgody Godarda jego „Pogardę". Godard dał im kino artystyczne w swoim stylu. Oni chcieli kasowego pewniaka z nagą Brigitte Bardot. Kiedy nie mogli wymusić zmian na Godardzie, przerobili film za jego plecami. Wściekły Godard nazwał Amerykanina Levine’a King Kongiem, a Włocha Pontiego Mussolinim. W maju 1968 r. na znak poparcia dla strajkujących zawisł na kurtynie podczas jednego z seansów festiwalu w Cannes i tym samym przyczynił się do odwołania całej imprezy. Pół roku później z powodu „różnic artystycznych” pobił producenta „Sympathy for  the Devil”.

Godard zapowiada, że nakręcony w tym roku „Socialism" (zostanie pokazany we Wrocławiu 23 i 24 lipca, obok kilkunastu innych prac reżysera) to ostatni film. Jego filmografia obejmuje prawie 90 tytułów, ale tylko kilka z nich przetrwało próbę czasu. Można odnieść wrażenie, że eksperymentując z kinem i ignorując publiczność, Godard coraz bardziej rozmija się z jej potrzebami. Godard ma chyba tego świadomość. Stąd decyzja o artystycznej emeryturze. Z tego też chyba powodu nie pojawił się na tegorocznym festiwalu w Cannes, gdzie „Socialism” miał premierę. Przysłał za to zaskakujące oświadczenie: „Poszedłbym na koniec świata dla festiwalu, ale nie zrobię już żadnego kroku dalej”. Miejmy nadzieję, że do Wrocławia jednak przyjedzie.

Okładka tygodnika WPROST: 30/2010
Więcej możesz przeczytać w 30/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także