To jest mój prześladowca

To jest mój prześladowca

Nękają swoje ofiary dzień i noc, wysyłają tysiące obraźliwych sms-ów. Byli bezkarni. Ale być może jeszcze w tym roku przestępstwem stanie się uporczywe nękanie. Czyli stalking.
Takich przepisów w kodeksie karnym zabrakło, kiedy 35-letnia Anna z  Wrocławia dostawała setki SMS-ów od niechcianego wielbiciela. – Poznałam go trzy lata temu na imprezie u koleżanki. On uważa, że przez te trzy lata byliśmy ze sobą. A przecież w tym czasie widzieliśmy się zaledwie kilkanaście razy – mówi Anna. Nie miała pojęcia, że już na pierwszym spotkaniu Jarek obmyślił dokładny plan na wspólne życie. On miał się dla  niej przeprowadzić z Lubania do Wrocławia. Ona miała zostać jego żoną i  urodzić mu syna. Anny o zdanie nie pytał. Sprzeciwów nie przyjmował. Dziecko albo śmierć
Jest grudzień 2009 roku. Jarek podwozi Anię do domu i mówi jej o swoich zamiarach: „Będziesz sprzątała, prała moje koszule, zamieszkamy razem, zrobię prawo jazdy na tiry, będę zarabiał". – Przecierałam oczy ze  zdumienia. Kiedy powiedziałam nie, Jarek wpadł w szał. Krzyczał, że jak nie urodzę mu dziecka, to wsadzi mnie w golfa, poleje benzyną i spali –  wspomina kobieta. Przerażona wybiega z auta.

Anna postanawia zakończyć znajomość. 26 grudnia, w drugi dzień Bożego Narodzenia po raz kolejny mówi Jarkowi, że nigdy więcej się z nim nie zobaczy. On nie przyjmuje tego do wiadomości. Wysyła kilkadziesiąt SMS-ów dziennie. Większość z  nich nie nadaje się do zacytowania. Kiedy Anna zmienia numer telefonu, Jarek zaczyna słać listy, kilkadziesiąt dziennie. Zostawia karteczki za  wycieraczką auta, dzwoni bez przerwy do muzeum, w którym Anna pracuje, rzuca się na maskę jej samochodu, chodzi za nią nawet do sklepu.

Gdy zdesperowana dziewczyna idzie na policję, funkcjonariusze tylko rozkładają ręce. – Powiedzieli, że muszę poczekać, aż się stanie coś, co  będzie można zgłosić – mówi Anna. Rozumiała, że ma czekać, aż  prześladowca ją pobije, zdemoluje jej mieszkanie albo zniszczy samochód.

Anna nie chce czekać. Dzięki pomocy wrocławskiego Centrum Praw Kobiet składa zawiadomienie do prokuratury i żąda ścigania prześladowcy. Jednak kiedy policjanci zabierają Jarka na rozmowę, sprawa się pogarsza. Podpisując się pod raportem policyjnym, Jarek spisuje z niego aktualny numer telefonu swojej ofiary. I znów śle jej wulgarne SMS-y. Przez kilka miesięcy z wesołej kobiety Anna zmienia się w kłębek nerwów. – Zaczęłam zastanawiać się, czy sama nie jestem wszystkiemu winna – mówi. Jej sytuacja poprawia się o tyle, że teraz, gdy Jarek jest w pobliżu, po  prostu dzwoni na policję. A policjanci przyjeżdżają i przepędzają intruza. Sprawa nadal jest w prokuraturze.

Wymyślne tortury
Zdarza się, że prześladowcy zabijają. Według danych zgromadzonych przez Associazione Italiana di Psicologia e Criminologia w ostatniej dekadzie nawet co dziesiąte morderstwo mogło być efektem stalkingu. – Morderstwo jest na samym końcu długiego łańcucha różnych wymyślnych tortur stosowanych przez prześladowcę. Tylko w krańcowych przypadkach oprawcy posuwają się do użycia przemocy – tłumaczy psycholog społeczny prof. Zbigniew Nęcki.

Według niego schemat myślenia stalkera jest prosty: skoro ja nie mogę cię mieć, to nikt cię nie będzie miał. – Taki człowiek uważa, że wyrządzono mu krzywdę, i buzuje w nim chęć jej wyrównania. Z  punktu widzenia desperata zabójstwo kogoś, kto go porzucił czy nie  odwzajemnił afektu, jest lepsze niż zostawienie go przy życiu – mówi psycholog.

Badania nad zjawiskiem stalkingu w Polsce wykazały, że w  ponad połowie przypadków prześladowcą jest partner lub były partner ofiary. Jednak może to być też osoba zupełnie obca.

Boleśnie przekonał się o tym Adam Sidorowicz z Warszawy, chirurg specjalizujący się w  medycynie estetycznej. „Jestem ofiarą cyberstalkingu. Moja prześladowczyni Marta Popiel posługuje się moimi danymi osobowymi, również zdjęciami, oraz umieszcza w internecie nieprawdziwe informacje na mój temat" – pisze Sidorowicz na stronie internetowej swojego gabinetu.

Zaczęło się jesienią 2005 roku. Do gabinetu Sidorowicza przyszła na konsultacje młoda pacjentka. Krótkie włosy, ciemny blond. Tydzień później przyniosła elegancko zapakowany prezent. Doktor zaprzyjaźnił się z pacjentką, ona się w nim zakochała. Gdy dotarło do  niej, że nie może liczyć na wzajemność, wpadła w furię. W internecie umieściła zdjęcie lekarza i opatrzyła je swoim komentarzem: „Adam Sidorowicz to zdehumanizowane bydlę, które upaja się zadawaniem bólu kobietom". „Zabija chorych ludzi lub doprowadza ich do kalectwa”, „Groził mi dożylnym podaniem środka, po którym umiera się w pół minuty” – dodaje kolejne posty. Potem, podszywając się pod lekarza, zamieszcza ogłoszenia w portalach randkowych, umawia się z młodymi chłopcami, proponuje im sponsoring. – Mój telefon dzwonił wtedy niemal non stop. Mężczyźni i kobiety, z którymi rzekomo umawiałem się na randki, pojawiali się nawet w gabinecie. A najgorsze było to, że tak naprawdę nigdzie nie mogłem szukać pomocy – mówi Sidorowicz.

Podobna historia przytrafiła się Katarzynie, 35-letniej dekoratorce wnętrz z  podwarszawskiego Piaseczna. – Któregoś dnia dostałam SMS-a od  nieznajomego mężczyzny. Pisał, że mój numer znalazł na stronie mojej firmy, jest pracownikiem miejscowego supermarketu, że widział mnie tam kilka razy, wypytywał ludzi o mnie i że się zakochał. Pierwszy taki SMS wydał mi się nawet śmieszny. Jednak gdy przychodziło ich kilkadziesiąt dziennie, nie było mi już do śmiechu. Zwłaszcza że  adorator zaczął mnie śledzić. Informował mnie o zawartości mojej skrzynki e-mailowej, a także o tym, co jadłam na śniadanie, z kim widziałam się po południu, w co byłam ubrana – opowiada.

Katarzynę najbardziej przerażało to, że nigdy nie widziała swojego prześladowcy. To mógł być każdy, kogo mijała na ulicy, w kinie, w parku. Przez prawie miesiąc bała się wychodzić z domu. W końcu jej mąż zadzwonił do  nieznajomego i postraszył go policją. Na razie prześladowca dał za  wygraną.

Nie wszyscy jednak rezygnują tak łatwo. – Często jedyną obroną może być zmiana numeru telefonu, a nawet adresu. To drastyczne, ale  skuteczne, ponieważ w ten sposób ofiara znika z pola rażenia prześladowcy. Skuteczną obroną mogłaby być ostrzegawcza rozmowa policji, która, niestety, nie lubi się angażować w takie sprawy – mówi Zbigniew Nęcki.

Szansa dla nękanych
Jedną z niewielu spraw, które znalazły finał w sądzie, jest historia dentystki Angeliki Krupskiej. To przy jej sprawie po raz pierwszy zaczęto mówić w Polsce o zjawisku stalkingu. Koszmar lekarki zaczął się jesienią 2006 roku, kiedy pomogła w usunięciu zęba Sebastianowi W. Następnego dnia mężczyzna zjawił się pod gabinetem, w którym pracowała. „Zakochałem się" – oznajmił. Angelika parsknęła śmiechem. Dalszy rozwój wypadków przekonał ją, że wcale nie jest zabawnie. Sebastian pojawiał się pod jej domem, wpadał do pracy. Wyznaniami miłości plakatował klatkę schodową. Dzwonił, słał listy, chodził za nią krok w krok. Raz nawet rzucił się na samochód, którym jechała, i całował szybę. Innym razem wpadł za nią do autobusu i próbował obmacywać. Zachowywał się agresywnie wobec niej i jej bliskich, którzy próbowali ją chronić.

Policja długo zbywała prośby kobiety o pomoc. Bo uporczywe nękanie i nagabywanie to w  polskim prawie zaledwie wykroczenie zagrożone karą grzywny. Dentystka nie dała jednak za wygraną i zaczęła słać skargi do Ministerstwa Sprawiedliwości. Ostatecznie jej oprawca został oskarżony z kilkunastu artykułów kodeksu karnego, między innymi za groźby karalne i  napastowanie seksualne. W marcu 2008 roku trafił do aresztu. Jeszcze w  tym samym roku sąd skazał go na 3,5 roku więzienia i, co niezwykle ważne dla pokrzywdzonej, zakazał zbliżania się do niej i jej bliskich przez 15 lat po wyjściu zza krat.

W większości przypadków prawnicy są jednak bezsilni. Mecenas Jerzy Grycz z warszawskiej kancelarii przyznaje, że  dotąd nie mógł pomóc ofiarom stalkingu. – Na początku mojej kariery prawniczej zgłosiła się do mnie młoda dziewczyna, która dwa lata wcześniej rozstała się z chłopakiem. Teraz miała już męża. Ten fakt nie  przeszkadzał jednak jej byłemu chłopakowi i jednocześnie jej oprawcy. Prześladował ją, wysyłał niechciane informacje e-mailem, SMS-y, wystawał pod domem. Prawdopodobnie gdyby opowiedziała mi tę historię osoba trzecia, nie uznałbym jej za coś złego, ale widziałem przed sobą dziewczynę, której drżały ręce, która miała łzy w oczach i była po  prostu przerażona. Usiedliśmy z kolegami i zaczęliśmy wertować kodeks karny, szukając jakiegoś przepisu, który pozwoliłby nam jej pomóc. Niestety, poza przepisami dotyczącymi wykroczeń nie znaleźliśmy nic, co  można byłoby temu człowiekowi zarzucić – opowiada mecenas.

13 lipca tego roku po wielu latach nieuznawania stalkingu za przestępstwo dla ofiar nękania pojawił się wreszcie promyk nadziei. Minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski zapowiedział, że stalking trafi do kodeksu karnego. Jeśli tak się stanie, sąd będzie mógł skazać stalkera na trzy lata więzienia. A jeśli, nie daj Boże, jego ofiara targnie się na życie – nawet na 12 lat.
Okładka tygodnika WPROST: 32/2010
Więcej możesz przeczytać w 32/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 2
  • Zosia IP
    Zamiar dobry ale nie w talibamie,tu nawet trybunał konst.jest dyspozycyjny np.ocena z religii na świadectwie.
    • Dariusz Bojda bojdarek@gmail.com IP
      Bzdury. Przepis dobry, ale nie w kraju gdzie byle jaki osiołek w todze jest \"przeciążony\" pracą, nie podlega okresowym badaniom psychiatrycznym, ma \"niezawisłość\" i dziury w edukacji jak - nie przymierzając - rów mariański. W kraju pochodzenia tego przepisu, trzeba o winie przekonać całą ławę przysięgłych - a to już nie jest takie proste. W Polsce - dureń uzna, że stalkingiem jest np. \"uporczywe sąsiedztwo\". Chory film, podkreślam. Bo jak ktoś jest taki nieudolny, że nie potrafi zmienić numeru swego telefonu i go zastrzec (na przykład, bo są i inne sposoby), to niech ma problem. Prokuratołki są takie \"przepracowane\", że wstyd dokładać im nowych obowiązków za te ichnie przywileje, których mają tak malutko... że o immunitecie i nieusuwalności z urzędu OCZYWISTEGO idioty - nie wspomnę.