Niechciane Możejki

Niechciane Możejki

O możliwości sprzedaży litewskiej rafinerii Możejki szef Orlenu mówi od bardzo dawna. Wreszcie robi krok do przodu. Ma wybrać doradcę, który podpowie, czy sprzedać, a jeśli tak, to komu.
Po raz pierwszy od czasu objęcia stanowiska Jacek Krawiec, prezes PKN Orlen, opowiada publicznie o pomyśle na rozwiązanie problemu, jakim stała się rafineria na Litwie. – Zarząd zdecydował o wyborze doradcy, który pozwoli wypracować rekomendację co do przyszłości Możejek. Wszystkie opcje są możliwe: od kontynuowania tej inwestycji – która na  razie się nie zwraca – przez sprzedaż części udziałów, po całkowite wycofanie się z tego projektu – deklaruje prezes Krawiec. Scenariusze tego, co dalej z Możejkami, mają powstać do listopada. Decyzja zapadnie nie wcześniej niż na przełomie roku. – Doradca wyjdzie na rynek i  zbierze oferty od potencjalnych inwestorów: jakie pakiety ich interesują, w zamian za co, o jakich kwotach rozmawiamy. Nie sprzedam Możejek za każdą cenę – mówi Krawiec w rozmowie z „Wprost". Dla ekspertów informacja o wyborze doradcy to sygnał, że Orlen może zrobić to, co zdaniem większości ekspertów powinien zrobić, czyli sprzedać Możejki. Według specjalistów z rynku paliw i ekonomistów nigdy zresztą nie należało ich kupować, a skoro już są, to tego zbędnego ciężaru trzeba się jak najszybciej pozbyć. Szef Orlenu i przedstawiciele Ministerstwa Skarbu Państwa, które wciąż kontroluje 27,5 proc. akcji spółki, starannie dobierają jednak słowa. Dobrze wiedzą, że na zdanie zaczynające się od: „sprzedajemy" podniesie się krzyk polityków PiS. Choć z punktu widzenia polityków PO ten rok jest najlepszym możliwym momentem na wyjście z Możejek – rząd należy do PO, prezydentem został polityk z tej partii.

PiSukces

Gdyby rządził PiS, nie mogłoby być mowy o sprzedaży Możejek. Bo zakup rafinerii był dla tej partii ważny głównie z powodów politycznych. Możejki miały być symbolem polskich aspiracji, formą uniezależnienia się – choć w małej części – od rosyjskich surowców i paliw, a do tego miały dać zyski Orlenowi. A wyszło jak zawsze: Orlen został z długami i pustą kasą, bo Możejki przestały zarabiać już w następnym roku po  sfinalizowaniu transakcji. – Tak się dzieje, gdy się próbuje robić na  złość głównemu dostawcy surowca do fabryki, w tym przypadku na złość Rosji – mówi Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw. – Nie ma żadnej szansy, żeby Możejki zaczęły zarabiać. Lepiej je sprzedać, nawet tanio, niż trzymać i rejestrować straty – mówi ekonomista Robert Gwiazdowski z  Centrum im. Adama Smitha.

Orlen to spółka notowana na giełdzie, większość jej akcji od dawna należy do prywatnych akcjonariuszy, ale  inwestycja w Możejkach to był wielki państwowy projekt. Szefem Orlenu, odpowiedzialnym za transakcję, był wtedy Igor Chalupec. Jednak cały proces odbywał się nie tylko z błogosławieństwem, lecz z osobistym zaangażowaniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Chalupec nie był człowiekiem ani prezydenta, ani jego brata, jednak pomysł przejęcia Możejek bardzo się głowie państwa spodobał. Z jakiego powodu? Ponieważ miał pokazać Rosjanom, „na co nas stać". A na tapecie akurat była sprawa „bezpieczeństwa energetycznego".

I dokładnie w tym momencie pojawił się Orlen, argumentując, że zakup Możejek zwiększy owo bezpieczeństwo, bo  Rosjanie będą musieli się liczyć z dużym importerem rosyjskiej ropy. Orlen za punkt honoru postawił sobie przelicytowanie każdego innego oferenta, głównie były to firmy rosyjskie. Zdrowy rozsądek przestał się liczyć. W efekcie za kontrolę nad Możejkami zapłacił w 2006 r. w sumie 2,8 mld dolarów.

– Rosjanie bez większego problemu dali się przelicytować, a następnie bez żadnych oporów odcięli Możejkom dostawy ropy. Oficjalnie zepsuł się rurociąg – nie został naprawiony do dziś –  mówi były szef dużej polskiej spółki z sektora paliwowego. – Chyba nie  należy się dziwić, że zakręcili kurek Polakom, którzy bez skrępowania trąbili, gdzie się da, że kupują Możejki niejako przeciwko planom Rosji – dodaje Andrzej Szczęśniak. Polacy byli tak zaaferowani kupnem fabryki, że nie wynegocjowali od razu warunków dotyczących jej działalności: budowy rurociągów, zasad korzystania z terminalu morskiego w Kłajpedzie i przewozów koleją gotowych produktów. Tych spraw do dziś albo nie udało się załatwić, albo Orlen płaci za usługi najwyższe możliwe stawki. –  Polacy nie wyrobili sobie pozycji na Litwie. Nasza administracja się nie  popisała. Rosjanie załatwiliby wszystko bez trudu – mówi Szczęśniak. Krótko mówiąc, cały pomysł zakończył się fiaskiem.

Bezpieczeństwo zamrożone

Orlen ropę do Możejek sprowadza morzem, a gotowy produkt odsyła koleją –  to kosztowne. Jeśli dołoży się do tego spadek marż rafineryjnych, to  staje się oczywiste, dlaczego litewski zakład notuje straty. – Możejki były rentowną firmą tylko w okresie doskonałej koniunktury w tej branży, czyli przed kupnem przez Orlen. Poza tym wcześniejszy właściciel Jukos zatrzymał wszystkie duże inwestycje, żeby poprawić wyniki rafinerii –  mówi prezes Orlenu.

Czy Polska stała się bardziej bezpieczna pod  względem energetycznym? – My nie tylko nie wzmocniliśmy bezpieczeństwa energetycznego kraju, ale wręcz je osłabiliśmy. Orlen musiał wziąć kredyt, zadłużenie wzrosło do 14 mld zł, przez co nie mógł realizować polityki prorozwojowej. W 2009 r. stanął na granicy utraty płynności finansowej – wylicza Jacek Krawiec.

Jego zdaniem bezpieczeństwo energetyczne zależy dziś od innych rozwiązań niż inwestowanie w  rafinerie: trzeba samodzielnie wydobywać ropę (tzw. upstream) i  produkować energię elektryczną, tak jak robią to światowe koncerny. Orlen też chce. – To dziś najbardziej rentowna działalność w biznesie naftowym – kapitałochłonna, którą buduje się latami, ale też stopa zwrotu jest bardzo wysoka, nawet rzędu kilkudziesięciu procent. Ma się własną ropę, czyli z najtańszego źródła – mówi Krawiec. Orlen produkuje rocznie 30 mln ton paliw. Zdaniem prezesa gdyby miał złoża, które pokrywają 10 proc. produkcji, bezpieczeństwo byłoby większe. Na te cele na razie zaplanowano w budżecie tylko ok. 700 mln zł na pięć lat, a to zdecydowanie za mało. Pieniądze zamrożone w Możejkach sątraktowane jak potencjalne źródło finansowania nowych projektów. Krawiec chętnie porównuje Orlen do austriackiego OMV i węgierskiego MOL, które już wybrały drogę rozwoju. Teraz chce on poprowadzić nią Orlen. Dziś każda z  tych spółek jest warta dwa razy więcej niż Orlen. Gdzie szukać ropy? –  Przyglądamy się kilku spółkom. W grę wchodzi wydobywanie ropy ze złóż w  Afryce Północnej, Ameryce Północnej i Europie – mówi Krawiec.

Eksperci mają jednak poważne wątpliwości. Andrzej Szczęśniak mówi, że te pomysły mogą być nie do zrealizowania. – Orlen nie ma dość pieniędzy. Nie  wystarczą oszczędności rzędu kilkuset milionów złotych, żeby spłacać kredyty i inwestować – twierdzi.

Pytanie brzmi, czy gdyby strona polska rzeczywiście chciała sprzedać Możejki, to czy znalazłby się kupiec? Do  wyboru na świecie jest przecież wiele bardziej łakomych kąsków po bardzo atrakcyjnej cenie. Po wypadku na platformie wiertniczej bardzo interesujące aktywa sprzedaje BP. – Tylko w samej Europie na sprzedaż zostało wystawionych dziewięć rafinerii. Żadna nie została sprzedana mimo długich negocjacji – mówi Szczęśniak.

– Prawdę mówiąc, gdyby dziś Rosjanie kupili Możejki, wyświadczyliby Orlenowi przysługę. Rosjanie woleliby poczekać nawet kilka lat i kupić sam Orlen – podsumowuje Robert Gwiazdowski.

Ten scenariusz jest dziś abstrakcyjny. Jednak warto o nim wspomnieć. Nie po to, by straszyć. Raczej po to, by wszyscy uświadomili sobie, że nonsensem jest podejmowanie decyzji gospodarczych wyłącznie ze  względów politycznych. Tak uczyniła ekipa, która Możejki kupiła. Dziś problem mają następcy i ci, którzy o bezpieczeństwie energetycznym mówią na poważnie.

Okładka tygodnika WPROST: 34/2010
Więcej możesz przeczytać w 34/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • Marago IP
    Dlaczego Polacy mają dokładać Litwinom do  paliw to  tego nie  wiem . Strategiczny bład w  zakupie rafinerii teraz trzeba z  tego wybrnąć.

    Czytaj także