Samotność jastrzębia

Samotność jastrzębia

Relacje izraelskiego premiera Beniamina Netanjahu z prezydentem Obamą coraz bardziej przypominają szorstką przyjaźń. Najbardziej dotąd stabilny sojusz polityki międzynarodowej na naszych oczach przechodzi potężny kryzys.
Izrael ma problem i powinien działać. Na jego rozwiązanie pozostały dni, może nawet godziny. Premier Beniamin Netanjahu powinien się zdecydować na zbombardowanie reaktora nuklearnego w Iranie – stwierdza w rozmowie z  nami John Bolton, ambasador USA oddelegowany do ONZ przez rząd George’a W. Busha. Ten jeden z najbardziej kontrowersyjnych republikańskich dyplomatów na początku zeszłego tygodnia wywołał burzę, gdy udzielił wywiadu telewizji Fox News i po raz pierwszy namawiał Tel Awiw do  stanowczej reakcji. – Trzeba działać szybko, bo gdy w reaktorze nuklearnym w Buszerze zostanie zainstalowane paliwo, możliwości interwencji zostaną mocno ograniczone. Zbombardowanie go później oznaczałoby bezprecedensowe skażenie środowiska substancjami radioaktywnymi – dodaje Bolton. Dyplomata uważa także, że Izrael nie  zdobędzie się mimo wszystko na taką odwagę i tym samym utrudni sobie ewentualne działania w przyszłości.

Gdyby Netanjahu, przez rodaków zdrobniale nazywany Bibi, posłuchał Boltona i zbombardował instalacje w  Buszerze, Iran od razu by zareagował. „Przyszłość Izraela byłaby poważnie zagrożona" – stwierdził w oficjalnym komunikacie rzecznik teherańskiego MSZ. Co więcej, z pomocą reżimowi ajatollahów ruszyłby pewnie libański Hezbollah, który skutecznie odbudowuje swoje wpływy w  Bejrucie i nawołuje do wojny. Dlatego premier Izraela nie skorzysta z  rady byłego amerykańskiego ambasadora, który w czasie swojej krótkiej, niespełna rocznej kadencji zasłynął z kowbojskiej dyplomacji. Ale gdyby tylko mógł, gdyby tylko oprócz sfrustrowanego Boltona mógł liczyć na  poparcie Białego Domu, może zachowałby się inaczej, bo sam bardzo lubi politykę konfrontacji. Na razie Barack Obama zmusza go do negocjacji pokojowych z prezydentem Autonomii Palestyńskiej Mahmudem Abbasem. Początek rozmów 2 września w Waszyngtonie. 

Przełom za przełomem

– Netanjahu uwielbia ostre komentarze. Jako szef opozycyjnego Likudu w  latach 90. izraelsko-palestyńskie porozumienia z Oslo nazwał zdradą, a  ówczesnego szefa MSZ określił jako „Chamberlaina Bliskiego Wschodu" –  stwierdza Larry Defner, publicysta „Jerusalem Post”. Jako szef prawicowego rządu w latach 1996-99 Bibi zasłynął doktryną „trzy razy nie” – „nie” dla wycofania się ze Wzgórz Golan, „nie” dla jakichkolwiek dyskusji o podziale Jerozolimy i „nie” dla negocjacji na warunkach dyktowanych przez społeczność międzynarodową.

Ale dziś sytuacja się zmieniła, bo Jerozolima w coraz mniejszym stopniu może liczyć na pomoc swojego tradycyjnego sojusznika – Ameryki. Barack Obama gra z Iranem stanowczo, ma nawet własny plan ewentualnej wojny prewencyjnej, ale na  rajd na reaktory nuklearne się nie zgodzi. To nie jest wyłącznie sprawa dyplomatycznej strategii – eufemistycznie mówiąc, między obecnym prezydentem USA a izraelskim premierem od początku nie było chemii.

Obydwaj startowali w tym samym momencie. Obama został zaprzysiężony 20  stycznia 2009 r., Netanjahu stanął na czele rządu dwa miesiące później, po dziesięcioletniej przerwie. Zaczęło się od awantury. Hillary Clinton pojechała do Jerozolimy i ostrzegła Izrael, że dalsza rozbudowa osiedli żydowskich na Zachodnim Brzegu zniweczy proces pokojowy. Netanjahu nie  zrobił nic, by ten proces zatrzymać. W czerwcu 2009 r. Barack Obama w  swoim słynnym już wystąpieniu do świata muzułmańskiego w Kairze stanowczo stwierdził, że Stany uważają budowanie nowych osiedli na  terytoriach Autonomii Palestyńskiej za gwałt na wcześniejszych ustaleniach. Izraelski premier poczuł się osaczony i po raz pierwszy przyznał, że zgadza się na niepodległą Palestynę, choć bezarmii i pod szeregiem skomplikowanych warunków.

Tymczasem rozbudowa osiedli żydowskich w palestyńskiej części Jerozolimy trwała w najlepsze. Jesienią 2009 r. Obama za wszelką cenę chciał zorganizować spotkanie z  Netanjahu i palestyńskim liderem na Zachodnim Brzegu Mahmudem Abbasem. Premier Izraela się zgodził, ale zaznaczył, że to nie oznacza podjęcia negocjacji. Co więcej, choć rząd zapowiedział zamrożenie ekspansji na  terenach Autonomii, w marcu 2010 r. Netanjahu zaakceptował plan zbudowania 1600 nowych mieszkań dla Żydów w północno- -wschodniej dzielnicy Jerozolimy. Dla Białego Domu to było za wiele. Podczas wizyty w mieście wściekły wiceprezydent Joe Biden potępił Izrael w słowach, jakich jeszcze nigdy nie użył przedstawiciel Waszyngtonu.

I wtedy nastąpił przełom. W maju izraelski odpowiednik GUS podał, że w bieżącym roku nie powstało ani jedno nowe osiedle. Kolejnym przełomem był incydent z zaatakowaniem Flotylli Wolności, czyli grupy statków pod  turecką banderą z pomocą humanitarną dla kontrolowanej przez Hamas Strefy Gazy. Obama oficjalnie stronił od jednoznacznej krytyki Izraela, ale po cichu zaczął pracować nad ofensywą na forum ONZ i zepchnął Netanjahu do narożnika. Dzisiaj izraelski premier ma do wyboru: albo grać na warunkach Baracka Obamy, albo... czekać, najlepiej na zwycięstwo republikanów.

Szansą dla Netanjahu byłoby przejęcie Białego Domu przez ludzi o poglądach ambasadora Johna Boltona. W Izraelu mówi się o tym całkiem otwarcie. Kiedy w styczniu wybory uzupełniające do senatu w  Massachusetts (na miejsce po zmarłym demokracie Edwardzie Kennedym) wygrał republikanin Scott Brown, jerozolimski dziennik „Haaretz" poświęcił sprawie odredakcyjny komentarz. Napisano w nim, że zwycięstwo Browna jest także pośrednim zwycięstwem Netanjahu, bo władzę odzyskują protektorzy izraelskiego premiera.

Zawsze blisko Ameryki

Kluczem do zrozumienia politycznej osobowości Netanjahu może być jego pochodzenie. Ten jastrząb z Tel Awiwu, rocznik 1949, jest jedynym jak dotąd szefem izraelskiego rządu, który urodził się w państwie Izrael (powstałym w 1948 r.). Icchak Rabin przyszedł co prawda na świat w  Jerozolimie, ale trzy dekady wcześniej, kiedy miasto było częścią brytyjskiego mandatu. Poza tym obecny premier spędził parę dobrych lat z  rodzicami na placówce w Stanach i to tam zrobił maturę. Z Amerykanami dogaduje się świetnie – i w przenośni, i dosłownie, bo mówi z niemal perfekcyjnym bostońskim akcentem. Dlatego też Netanjahu, chociaż startuje zazwyczaj z radykalnych, ultranacjonalistycznych stanowisk, jest też czasami w Izraelu uważany za obcego, który politycznych przyjaciół i doradców ma głównie w konserwatywnych think tankach w  Waszyngtonie.

Zawsze był blisko Ameryki, w latach 80. najpierw jako zastępca szefa izraelskiej placówki w USA, potem jako ambasador przy ONZ. Swoją pozycję w polityce budował według metod zza Atlantyku. W 1996 r., kiedy po raz pierwszy został premierem, wybory wygrał dzięki republikańskiemu strategowi Arthurowi Finkelsteinowi. Skądinąd ta bardzo brutalna kampania raz na zawsze „zamerykanizowała" marketing polityczny w Izraelu.

W jakimś stopniu wciąż może liczyć na amerykańską pomoc. Nie  jest tajemnicą, że żydowskie osiedla na Zachodnim Brzegu powstają za  pieniądze z USA. Według całkiem oficjalnych raportów Żydzi z Nowego Jorku i Waszyngtonu ofiarowali osadnikom w ostatniej dekadzie 200 mln dol. Ale są to organizacje stawiające na konfrontację, politycznie związane z republikanami. – Z jednej strony one zrobią wszystko, by  skompromitować Obamę, z drugiej – ich działalność pozwala się czuć bezpiecznie Netanjahu, który jest dla nich gwarantem status quo –  stwierdza proszący o dyskrecję strateg demokratów.

Wyjątkowo dziwacznym gestem amerykańskich zwolenników obecnego izraelskiego premiera jest szukanie w polityce Białego Domu freudowskiego klucza. – Oni za głównego wroga mają Rahma Emanuela, szefa kancelarii prezydenta Obamy. On sam jest Żydem, który według nich ma głęboko skryty problem z tożsamością i  odreagowuje go antyizraelską polityką – dodaje nasz rozmówca. To jest o  tyle absurdalne, że Emanuel urodził się w Jerozolimie, ma podwójne obywatelstwo i po studiach służył w izraelskiej armii.

Beniamin Netanjahu czeka na okazję do dyplomatycznej ofensywy. Może się ona nadarzyć w listopadzie. Wtedy odbędą się wybory do Kongresu, które według politologów z dużym prawdopodobieństwem mogą wygrać republikanie. Ale gospodarzem Białego Domu, przynajmniej do stycznia 2013 r., pozostanie Barack Obama i to on będzie autoryzować amerykańską politykę na Bliskim Wschodzie. A to nie jest radosna perspektywa dla Netanjahu.

Okładka tygodnika WPROST: 35/2010
Więcej możesz przeczytać w 35/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 2
  • Israelczycy to tchorze....potrafia tylko zabijac IP
    w kamienie.......Netanjahu to dupek...odkad jego brat, znany israelski terrorysta zginal w Entebe.....trzesie gaciami...jedyne co umie to gadac i zrec falafle..
    • Izkarioza IP
      A czy Izrael jest na 100% pewny że Iran niema rakiet z głowicami jądrowymi? wystarczy kilka po jednej na główne miasta. Hajfę zaszczycić dwoma głowicami, bo tam port wojenny.

      Czytaj także