No, we can’t

No, we can’t

Gospodarka USA wciąż jest w kiepskim stanie. Antykryzysowe strategie nie zadziałały, w dodatku z Białego Domu odchodzi Christina Romer, szefowa doradców ekonomicznych Obamy. To wygląda na akt kapitulacji.
Mam męża, trójkę dzieci, w tym 13-letniego syna, który idzie niedługo do  liceum. Pracując w Waszyngtonie, byłam daleko od domu, nie miałam czasu dla rodziny – tak 51-letnia Christina Romer wyjaśnia, dlaczego 3 września przestanie pełnić funkcję szefa prezydenckiej Rady Doradców Ekonomicznych. Ta wiadomość zaskoczyła obserwatorów, bo nic jej nie  zapowiadało. – Rządowy etat można stracić z trzech powodów: zostać zwolnionym, paść ofiarą konfliktów personalnych lub samemu się rozczarować i dojść do wniosku, że nie tak to miało być – mówi Marc Ambinder, główny komentator polityczny CBS News. W przypadku Christiny Romer swoją rolę odegrały wszystkie trzy powody. Jej postawa nie  podobała się Obamie, miała ambitnych i głuchych na argumenty konkurentów oraz zawiedzioną nadzieję, iż w opracowywaniu planów ratowania gospodarki USA zdobędzie decydujący głos. Ale po kolei.

Pakiet pełen cudów

Styczeń 2009 r. Uśmiechnięta i budząca zaufanie Christina Romer przekonuje w wywiadach i na konferencjach prasowych, że gospodarka USA zmierza w dobrym kierunku.Wszystko dlatego, że rząd USA rozpoczyna wdrażanie największego pakietu antykryzysowego w historii. 787 mld dolarów ma powędrować nie tylko do zagrożonych bankructwem instytucji finansowych, ale także zasilić projekty infrastrukturalne, ułatwić życie drobniejszym biznesom, wspomóc „zieloną" gałąź energetyki. Zdaniem Romer „absolutnie wspaniały, najlepszy i najodważniejszy” projekt administracji Obamy uchroni Stany przed wysokim bezrobociem, ożywi konsumpcję i produkcję. A już na pewno zagwarantuje, że nie powróci recesja. Najbardziej mają w tym pomóc inwestycje publiczne: budowy dróg, mostów, sieci energetycznych, centrów zdrowotnych. Wszystko zgodnie z pamiętająca czasy Roosevelta koncepcją, że jeśli państwo sieje – społeczeństwo zbiera plony.

Wygłaszając te zapewnienia, Christina Romer czuła zapewne, że złapała Pana Boga za nogi. Liczyła, że w roli doradcy prezydenta spełni największe marzenie każdego ekonomisty: zrealizuje swoje ekonomiczne koncepcje w praktyce. Nikt nie miał wobec niej uprzedzeń. Wszystkim imponowały jej kwalifikacje. Od lat na  Uniwerytecie Kalifornijskim w Berkeley wraz z mężem Davidem studiowała cykle koniunkturalne, przyczyny kryzysów gospodarczych, kwestię wysokości podatków oraz efekty rządowych planów ratunkowych. Słowem, wydawała się właściwą osobą na właściwym miejscu. Jej nominacja spotkała się z dobrym przyjęciem nawet u republikanów. Jedynie konserwatywna telewizja Fox News pytała: „Co taka miła dziewczynka robi w Białym Domu?".

Romer mogła liczyć, że praca u boku prezydenta zrobi z niej, dotychczas ekonomisty naukowca, ekonomistę supergwiazdę. Nie chodziło nawet o zarobki – główni doradcy Obamy otrzymują ok. 170 tys. dolarów rocznie (ok. 0,5 mln zł). Ekonomiczna supergwiazda to osoba, z której opinią liczą się wszyscy w środowisku naukowym, jest pierwszą kandydaturą przy obsadzaniu stanowisk w ważnych instytucjach finansowych i na którą już zawsze uwagę zwraca Komitet Noblowski. Wśród poprzedników prof. Romer znajdowali się m.in. James Tobin (noblista) Alan Greenspan (były szef banku centralnego USA), Joseph Stiglitz (noblista), Ben Bernanke (obecny szef banku centralnego).

Niestety, Christina Romer wróci na swoją kalifornijską uczelnię bez finansowych czy prestiżowych sukcesów. Żadna z prognoz, które wygłaszała po objęciu stanowiska, nie  okazała się trafna. Romer zapewniała, że dzięki działaniom rządu w  sierpniu 2010 r. bezrobocie w USA będzie wynosić tylko 7 proc. Pomyliła się. Jest gorzej niż w najgorszych koszmarach waszyngtońskich biurokratów: bezrobocie wynosi aż 9,7 proc. i nic nie zapowiada, by  niebawem miało zmaleć. Administracji Obamy nie udało się także ożywić konsumpcji. Amerykanie, zamiast wydawać, w naturalnym odruchu zaczęli oszczędzać. Oszczędza również przemysł – w ciągu ostatnich dwóch miesięcy spadł o prawie 18 proc. wskaźnik zamówień fabrycznych. W  dodatku w 2011 r. w USA może uderzyć druga fala kryzysu. –  Prawdopodobieństwo, że recesja uderzy ponownie, jest większe niż 50 proc. – uważa prof. Robert Schiller z Uniwersytetu Yale. To ryzyko zwiększa ogromny dług publiczny (ok. 93 proc. PKB) i deficyt budżetowy (ponad 1,3 bln dolarów). I znikąd nie widać ratunku.

Bez pomysłów

Romer, odchodząc ze stanowiska, skupia na sobie uwagę mediów. Nie ulega jednak wątpliwości, że gospodarcze kłopoty Obamy to nie tylko jej wina. O wiele większy wpływ na decyzję prezydenta mają sekretarz skarbu Timothy Geithner i przewodniczący Narodowej Rady Ekonomicznej Lawrence Summers. Obaj budzą kontrowersje. Geithner uchodzi za adwokata interesów Wall Street w Waszyngtonie, a Lawrence Summers za finansowego nieudacznika. Gdy był rektorem Uniwersytetu Harvarda, uczelnia straciła miliard dolarów w grze na rynku derywatów. Summers miał na spotkaniach z  Obamą torpedować pomysły Romer. – Moje doświadczenie w pełnieniu podobnych funkcji podpowiada, że Romer musi mieć teraz mieszane uczucia. Z jednej strony, bycie członkiem prezydenckiej drużyny i tworzenie historii to ekscytująca sprawa. Z drugiej – w takiej pracy traci się niezależność. Uniwersytet daje więcej intelektualnej wolności – mówi Greg Mankiw, który doradzał prezydentowi Bushowi, a Christinę Romer zna bardzo dobrze, bo był świadkiem na jej ślubie. Odszedł z Waszyngtonu, gdy zmuszano go, by ze względów politycznych zmienił zdanie na temat wyprowadzania przez korporacje miejsc pracy za granicę. Uważał, że nie ma w tym nic złego.

Zbyt duża rozbieżność pojawiła się również między poglądami Obamy a Christiny Romer. – Jej dorobek naukowy nie pozostawia wątpliwości. Zdaniem Romer dobrym sposobem na kryzys jest właściwa polityka monetarna, a nie zwiększanie wydatków publicznych i podatków. Ona od początku musiała czuć się nieswojo na tym stanowisku. Jej telewizyjny uśmiech nie powinien nas zwodzić. Każdy rządowy pracownik uśmiecha się przed kamerami. Gdy ja otrzymałem od Busha propozycję bycia jego doradcą, odmówiłem – mówi prof. Donald Boudreaux z Uniwersytetu George’a Masona. Jego słowa potwierdza opublikowana w czerwcu w  „American Economic Review" praca Christiny i Davida Romerów, w której dochodzą do wniosku, że każda podwyżka podatku dochodowego o 1 proc. skutkuje spadkiem tempa wzrostu PKB o 3 proc., głównie dlatego, że  hamuje inwestycje kapitałowe.

Jak na ironię, jedynym „konstruktywnym" pomysłem, na który stać administrację Obamy, jest podniesienie od  przyszłego roku podatków dla najbogatszych. Co gorsza, Peter Orszag, bodaj najbardziej utalentowany ekonomista w ekipie Obamy, w zeszłym miesiącuzrezygnował ze stanowiska dyrektora Biura Zarządzania i Budżetu. Obok Summersa i Geithnera to właśnie z nim Obama liczył się najbardziej. Niestety, w publicznych potyczkach w Kongresie Orszag wypadał słabo, brakowało mu pewności siebie i szybko tracił społeczne zaufanie. W  utrzymaniu tego zaufania nie pomagało to, że uchodził za kobieciarza i  miłośnika luksusu. Mówi się, że zrezygnował również po to, by uciszyć wywołany przez siebie obyczajowy skandal. Porzucił swoją ciężarną dziewczynę dla dziennikarki ABC News.

Odejścia prof. Romer i Orszaga potwierdzają, że Obama mniej dba o rozwiązanie problemów ekonomicznych, a bardziej o sprawy wizerunkowe. Niestety, robi to nieskutecznie –  według danych Instytutu Gallupa poparcie społeczne dla prezydenta spadło w ostatnich tygodniach do najniższego poziomu od początku jego kadencji – 41 proc. Zapewne, by pomóc swojej partii przed nadchodzącymi wyborami do Kongresu, skupi się na odwracaniu tego trendu. Czy będzie pamiętał o  gospodarce? – Między wierszami kolejnych, coraz bardziej desperackich komunikatów Białego Domu mimowolnie przewija się jak refren: „No, we  can’t" – kwituje w rozmowie z „Wprost” Edward Prescott, laureat ekonomicznej Nagrody Nobla.

Okładka tygodnika WPROST: 35/2010
Więcej możesz przeczytać w 35/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • polo IP
    Kosztowne ekobzdury - przypadek czeski :
    W 2005 uchwalono w Czechach ustawę o odnawialnych źródłach energii , która gwarantowała właścicielom elektrownii słonecznych stałą , korzystną cenę wykupu gwarantowaną przez państwo . Czescy politycy byli dumni , że postawili na odnawialne , ekologiczne żródła energii , Greenpeace inne eko-organizacje stawiały Czechy za wzór jak promować czyste , alternatywne źródła energii . Słowem , wszystko było wspaniale .
    Był tylko jeden mały mankament : cena wykupu energii z elektrowni solarnych jest aktualnie dziesięciokrotnie wyższa niż cena rynkowa ! W 2011 czeski odbiorca zapłaci o 15-20% więcej za energię , właśnie z tego powodu .
    Biznes solarny opanowali w 75% obcokrajowcy : Niemcy , Chińczycy i Wietnamczycy . Kurczą się obszary ziemi uprawnej , przeznaczone pod  nowe \'fotovoltajki\' , np nowa potężna elektrownia solarna pod Mielnikiem powstała na 82 ha świetnej gleby . Dopłaty do energii solarnej będą kosztowały Czechy 400mld koron ( 65mld złotych ) w ciągu następnych 20 lat . Nowy rząd premiera Necasa próbuje teraz wycofać się częściowo z tych dopłat , ale nie będzie to łatwe bo grożą procesy o odszkodowania .
    Tak kończy się wprowadzenie eko-religii i ekologicznych mrzonek w życie .
    To samo będzie z \'energooszczędnymi\' żarówkami i autami z napędem elektrycznym
    http://smolensk-2010.pl/2010-05-14-54-pytania-nadal-aktualne-aktualizacja-13-05-2010.html