Parytet do kożucha

Parytet do kożucha

Co jakiś czas, niczym bumerang, wraca temat parytetów na listach wyborczych. Do dobrego tonu, zarówno na lewicy, jak i na prawicy, należy podkreślanie znaczenia roli kobiet w polityce. Wszyscy politycy solennie zapewniają, że panie powinny masowo zasilać ich formacje, w których czekają na nie z otwartymi ramionami.
I bardzo dobrze, że panowie czekają na panie. Ale po co do tego oczekiwania dodawać upokarzające, wybitnie antydemokratyczne, przywileje? W wyborach powinni startować najlepsi kandydaci. Nie jest ważne czy na listach znajdzie się 10 procent kobiet czy 90, ważne jak będą przygotowane do wypełnienia mandatu samorządowego czy parlamentarnego. Arbitralne ustalenie liczby pań na listach sprawi, że w przypadku braku sensownych kandydatur zacznie się łatanie list kobietami w stylu Renaty Beger, Danuty Hojarskiej czy Jolanty Szczypińskiej. W ostateczności można jeszcze dokonać operacji zmiany płci. Paru desperatów spragnionych poselskiego mandatu może by się na to zgodziło.

Zamiast tracić czas na jałowe dyskusje o parytetach, lepiej chyba efektywnie zachęcać kobiety do angażowania się w politykę i zaprzestać ich faktycznego dyskryminowania. Bo w polskiej kulturze politycznej, mimo wielu pięknych słówek i wyświechtanych frazesów, ciągle panuje głębokie przekonanie, że panie do rządzenia i piastowania ważnych stanowisk się nie nadają. Co najwyżej mogą być pachnącym kwiatkiem do męskiego kożucha. To właśnie takie postrzeganie kobiet trzeba wyplenić. Inaczej panie zawsze będą traktowane jak osoby specjalnej troski, które panowie muszą prowadzić za rączkę i które potrzebują parytetowej pomocy, bo bez niej zagubią się w świecie męskich intelektualistów.


Czytaj także

 0

Czytaj także